
Wśród liczącej 2000 pielgrzymów grupy było ponad 60 osób, które zdecydowały się
na grupę namiotową i przeszły całą – liczącą 250 km trasę. Fot. Archiwum prywatne
Czekali na nią od miesięcy. Nawet bardziej niż w poprzednich latach, bo czas zarazy tak wiele im odebrał. Pozbawieni zostali normalnego życia, kontaktów z najbliższymi, wywróciło się ich życie zawodowe. Wielu straciło bliskich. Potrzeba rekolekcji w drodze i poukładania sobie wszystkiego na nowo w głowie i sercu była więc silniejsza niż zwykle.
Megazmęczenie. Strugi potu cieknące po czole i policzkach. Otarcia na udach. Pokaleczone stopy. Jak można tak chcieć spędzać wakacje? Ci, którzy od lat podejmują pielgrzymkowy trud, wiedzą jednak, że to także niezwykłe doświadczenie. Fizycznemu zmęczeniu towarzyszy bowiem spokojne serce i przewietrzona od codziennych problemów głowa.
Tak ładuje się baterie na cały rok
12 sierpnia br. dotarła na Jasną Górę 38. Piesza Pielgrzymka Diecezji Sandomierskiej. Ze względu na pandemiczne obostrzenia i utrudnienia, zorganizowana została w formie sztafetowej, czyli każda grupa szła tylko jeden dzień. Łącznie 2000 osób, a wśród nich ponad 60-osobowa grupa namiotowa. Oni przeszli całą trasę – 250 kilometrów. Nie korzystali jednak z noclegów u ludzi, ale rozbijali się w wyznaczonych miejscach. Potrzeba oderwania się od codzienności na dłużej niż jeden dzień była wśród członków tej grupy tak duża, że zdecydowali się na dodatkowe niż zazwyczaj niedogodności. Nie żałują ani jednego kilometra.
– Pielgrzymka to rekolekcje, ale i znajomości, które zawiązują się na całe życie. Ludzie, których łączą te same wartości i wspólne pokonywanie trudności – podkreśla Joanna z Tarnobrzega, która na Jasną Górę pielgrzymowała już wielokrotnie. – Nigdzie nie poznasz drugiego człowieka tak, jak w sytuacjach, w których doświadcza się wspólnie potu i łez. Łez bólu i zmęczenia, ale i łez wzruszenia.
– Pielgrzymka to tak naprawdę megafajne spędzenie czasu z innymi. Mimo trudu wielogodzinnego marszu, humory zazwyczaj dopisują – przyznaje pątniczka. – Kto choć raz był na pielgrzymce, albo nawet miał okazję zobaczyć pielgrzymów, przyzna rację, że nie są ponurakami.
W ubiegłym roku na sztafetową pielgrzymkę zdecydowało się mniej osób niż w latach wcześniejszych. Obawy o marsz w czasie pandemii były wówczas duże, a możliwość przejścia tylko jednego odcinka wydała się wielu zaprawionym w pielgrzymowaniu mało atrakcyjna. W tym roku na pielgrzymi szlak wyszło rekordowo dużo osób. Zazwyczaj grupy liczyły bowiem około 100 pątników. W tym roku każdy odcinek pielgrzymkowej sztafety pokonywało dwa razy więcej nóg.
Czekała na nas z pyszną zupą i płakała
Fakt, że przyszło nam żyć w czasach covidowych nie oznacza wcale, że ludzie zamknęli się na ludzi. Organizatorzy pielgrzymki przypuszczali, że mogą być problemy z noclegami i dlatego nie zdecydowano się prosić o przyjęcie pątników. – Wydawałoby się, że ludzie zamkną się przed nami, będą się bali, ale wcale tak nie było. Chcieli przyjmować pielgrzymów, bo robią to od lat. Tęsknią za nimi, w wielu domach między goszczącymi a pątnikami zawiązały się niemal przyjaźnie – zdradza Joanna. – Może witaliśmy się mniej wylewnie, ale te powitania i pożegnania były chyba nawet bardziej wzruszające. W jednej z miejscowości była starsza pani, która zawsze brała nas na nocleg i w tym roku także użyczyła nam podłogi. Nakarmiała nas pyszną zupą. I płakała. Ze wzruszenia. Ona jest sama. Czeka zawsze na nas. Była zdruzgotana, bo myślała, że nie będzie w tym roku pielgrzymów. Przed rokiem nie miała. Nie było namiotowej grupy, która szła całą trasę. Mówiła, że nie dość, że jest sama: mąż nie żyje, rodziców już dawno nie ma, brata straciła niedawno, a dzieci rozpierzchły się w świecie, to jeszcze covid odciął ją od ludzi, bo nawet jest lekarz na telefon. Była szczęśliwa, że mogła nas ugościć i porozmawiać.
Ci, którzy wyszli na wprost tegorocznych pielgrzymów nie kryli, że cieszy ich widok także z innego powodu. – Ludzie mówili nam, że ostatnio na ulicach demonstrowane było tylko zło, z ust tych, którzy na tę ulice wychodzili, padały przekleństwa. Cieszył ich więc widok młodych ludzi, którzy idą z uśmiechem i nie wstydzą się demonstrować, że wierzą, że się modlą – opowiada pątniczka.
Doświadczenie rekolekcji w drodze pozwala także zrozumieć, z czym się inni zmagają, co niosą na swoich barkach.
Każdy idzie ze swoim wielkim bagażem
Codzienne nowenny, podczas których wypowiadane są prośby i podziękowania to czas, gdy pielgrzymi mówią głośno o tym, co noszą w sercu. Były podziękowania za zdane egzaminy, ale i prośby o ich zdanie. Dużo błagań o uzdrowienie z choroby alkoholowej. Prośby o dobrego małżonka, o dobrą żonę, o łaski dla kogoś bliskiego. Modlono się za zmarłych i żywych, dzieci za rodziców, żony za mężów. Dziękowano za uzdrowienia. Pielgrzymi zawsze pamiętają o tych, którzy ich przyjmują, często niosą prośby, które im powierzono od tych, którzy na wejście na trasę się nie zdecydowali.
– Każdy idzie ze swoim wielkim bagażem. Pielgrzymka to także okazja do dobrych spowiedzi, zupełnie innych od tych w konfesjonałach. Taka spowiedź rozmowa w drodze, na końcu grupy, wielu życie poukładała. Dla kapłanów, którzy idą z pielgrzymami, to także wyjątkowe doświadczenie – mówi doświadczona pątniczka. – Spotykają ludzi potłuczonych przez życie, z problemami, które chcą powierzyć komuś, kto nie oceni, a poprowadzi do rozwiązania. To nie jest klepanie formułek i puk, puk. Bo w drodze nie ma gdzie takiej spowiedzi „odpukać”.
Małgorzata Rokoszewska



16 Responses to "Pątnicy czasu zarazy"