
Przez pieniądze lekarze zaczęli się zachowywać jak wilcze stado. Najbardziej operatywni potrafią miesięcznie zarobić nawet 40 tys. złotych. Wszystko dzieje się jednak kosztem zaniedbanych pacjentów.
– Czekałem 2 miesiące na konsultację u specjalisty – opowiada starszy Czytelnik z Przemyśla. – W umówionym dniu przyszedłem na wizytę i co? I pan doktor nie przyszedł, bo… nie dojechał. A jechał z Sanoka, gdzie też przyjmuje i coś mu się tam stało z samochodem! Takie sytuacje chyba są przewidywalne! Skoro miał jechać i zawsze się na drodze może coś wydarzyć, to trzeba było wyjechać wcześniej! Ja i parę innych osób zostaliśmy odesłani z kwitkiem i obietnicą, że skontaktują się z nami w sprawie następnego terminu. To kpina – uważa nasz Czytelnik.
Cóż, sytuacja, gdy ktoś ma awarię samochodu albo utknie w korku każdemu zdarzyć się może. Rzecz w tym, że lekarze dość często nie docierają na umówione wizyty, bo, kolokwialnie mówiąc, „skaczą” z jednej pracy do drugiej. Tu praktyka w ramach NFZ, tu prywatna, tam dyżur w szpitalu, a gdzieś jeszcze konsultacje. Wielu pacjentów skarży się, że nawet jeśli lekarz dociera na czas, to przyjmuje „na chybcika”. – Byle przyjąć, byle zapisać, że się było i wziąć kasę z NFZ albo od pacjenta – żalą się. Lekarze widzą to bardzo różnie, jak się okazuje…
Dr Luboiński: – Lekarze są jak wilki
Doktor Grzegorz Luboiński, onkolog i współzałożyciel grupy ds. rozwiązywania problemów etycznych w środowisku lekarskim przy Fundacji Batorego, w wywiadzie dla „Newsweeka” mówi wprost: – Przez pieniądze lekarze zaczęli się zachowywać jak wilcze stado. To bardzo kategoryczna opinia, ale lekarz broni jej, argumentując przekonująco. – Bardzo młodzi stażem lekarze zarabiają niewiele, ale już lekarze z dorobkiem i funkcjami typu ordynator czy kierownik kliniki, którzy dodatkowo dobierają sobie dyżury, są w stanie wyciągnąć nawet 30 tysięcy złotych na rękę – zdradza dr Luboiński. Do tego dochodzą jeszcze dochody za prywatną praktykę. Niby nic złego, że człowieka także lekarz jest zaradny, tylko że, zdaniem dr. G. Luboińskiego, ta pracowitość, czy też jak mówi „prosto z mostu” onkolog, pazerność musi się odbijać na pacjentach.
Cudów nie ma. To musi odbić się na pacjencie
Jakiś czas temu krajem wstrząsnęła informacja, że pewien anestezjolog zmarł w pracy z przepracowania. Po prostu pracował tak długo bez wypoczynku, że organizm odmówił mu „współpracy”. Poza oczywistym żalem z powodu czyjeś śmierci, ta informacja wzbudziła zgrozę. I słusznie, bo zmarły tuż przed śmiercią z wycieńczenia decydował przecież o tym, jakie znieczulenie komu można podać, konsultował pacjentów, analizował wyniki badań. Czy był w ogóle w stanie to robić tak, żeby pacjent był bezpieczny, a decyzja trafna? Dr Luboiński uważa, że nie.
– Nie bez powodu Unia wymyśliła, że po dyżurze lekarz musi mieć jedenaście godzin wolnego. A ja wiem, że są koledzy, którzy zaraz po skończeniu nocnego dyżuru jadą do prywatnego szpitala i tam operują. Niektórzy mają nawet ustalony stały grafik i zawsze biorą dyżur w poniedziałek, bo we wtorek rano mają drugą robotę. Jak człowiek prowadzi samochód dziesięć godzin, to mu przed oczami mroczki zaczynają latać. Lekarz nie jest bardziej odporny na zmęczenie i stres niż kierowca, cudów nie ma – podkreśla onkolog w rozmowie z dziennikarką „Newsweeka”.
Niektórzy padają ze zmęczenia
Sytuacja, kiedy lekarz, jak wspomniany zmarły anestezjolog, pracuje bez przerwy 7 dni i umiera z przepracowania jest ekstremalna, ale, jak zauważa dr Luboiński, branie przez lekarzy „co w ręce wpadnie” w postaci źródeł dochodu, to nic nadzwyczajnego. – Byłem ostatnio u kardiologa i jestem przerażony – zwierza się nam 50-letni Andrzej z Podkarpacia. – Lekarz był po prostu nieprzytomny! Kilka razy pytał mnie o to samo, zamiast wyników moich badań analizował wyniki badań kogoś innego! Na początku myślałem, ze jest po prostu pijany, ale nie czuć było od niego alkoholu – opowiada pacjent. – Za którymś razem, gdy pan doktor pytał o tę samą rzecz, zirytowałem się i powiedziałem mu, że przecież już mówiłem – przyznaje Andrzej. – Lekarz przyznał, że jest zwyczajnie zmęczony, bo po dyżurze i praktyce w przychodni przyjmuje teraz jeszcze prywatnie – dodaje.
Dr Morawski: – To wina systemu
Doktor Wiesław Morawski z Przemyśla także dostrzega problem w tym, że lekarze pracują za dużo, ale przyczyny tego upatruje nie w ich pazerności, a w systemie, w jakim z woli rządzących przyszło im pracować. – W tej chwili lekarz chcący zarobić godziwe pieniądze, musi pracować więcej i nie może się ograniczyć do jednego kontraktu – uważa W. Morawski. – To nie pazerność, ale dbanie o swój i rodziny byt – podkreśla. – Gdyby lekarze zarabiali normalnie, to nie musieliby brać dodatkowych dyżurów, czy prowadzić prywatnych praktyk. Tymczasem wielu z nas dojeżdża naprawdę daleko z jednego miejsca pracy do drugiego, pracuje bardzo dużo – zauważa. – Kiedyś się mówiło, że mamy za dużo lekarzy, teraz zaczyna ich brakować. Z rozmów z kolegami z zachodniej części kraju wiem, że praktykują także w Niemczech, a wielu młodych lekarzy po prostu wyjeżdża z kraju! To wina chorego systemu, a pozorne „ruchy” ministra Arłukowicza wykonywane z służbie zdrowia nic nie dają. Na przykład obecny pomysł „przerzucenia” części obowiązków ze specjalistów na lekarzy pierwszego kontaktu ma zlikwidować kolejki do tych pierwszych, ale obawiam się, że wydłuży kolejki do tych drugich – tłumaczy lekarz.
Tak czy owak, traci pacjent
Czy to pazerność lekarzy, czy system i tak to, że lekarze zbyt wiele i w wielu miejscach pracują ostatecznie „uderza” w pacjenta. Bo coraz częściej trafia on do lekarza, który jest rozkojarzony, zmęczony, właśnie przybiegł z jednej pracy, już myśli o drugiej i łatwiej mu popełnić błąd, źle zinterpretować wyniki badań, zaordynować złe leki, coś przeoczyć, a także, co bywa dla niektórych pacjentów niebagatelne, potraktować go jak kolejny „przypadek. Do tego dochodzi fakt, że goniący za groszem lekarze nie mają czasu na dokształcanie się, sympozja i konferencje, bo przecież mają kilka prac. A tymczasem medycyna się rozwija, idzie naprzód. Zalatany lekarz, to kiepski lekarz, bo nie skupia się na pacjencie. A niestety, nie każdy ma problem zdrowotny typu katar, który sam przejdzie. Bywa, że od przytomności umysłu lekarza zależy nie tylko nasze samopoczucie przez najbliższe dni, ale po prostu życie.
Monika Kamińska



12 Responses to "Pazerny jak lekarz"