
Abraham Segal z Izraela, który cudem przeżył holocaust, przyjechał na Podkarpacie, by pokazać wnukom, skąd pochodzą i poznać ich z rodzinami, które uratowały go przed śmiercią podczas II wojny światowej.
Ojciec zginął w kamieniołomach w Kamieńcu Podolskim. Matkę i młodszego brata zabili Niemcy podczas likwidacji getta w Brzeżanach. Wujka rozstrzelał okryty złą sławą niemiecki oprawca, Joseph Kokot. Ślad po dziadkach urywa się w obozie w Pełkiniach. W 1943 r. z całej wielopokoleniowej galicyjskiej rodziny został tylko Abraham. Końca wojny doczekał dzięki pomocy Polaków z Krzemienicy i Markowej.
– Mieszkaliśmy w Łańcucie w domu dziadków, którzy jeszcze podczas okupacji mieli tu sklep. Kiedy zrobiło się zbyt niebezpiecznie, matka postanowiła ze mną i z bratem wrócić się do getta w Brzeżanach, skąd wcześniej uciekliśmy dzięki łapówce. Z Łańcuta wywiózł nas znajomy dziadka, Antoni Skrobacz z Krzemienicy. Po drodze przebrał nas w chłopskie ubrania. W Brzeżanach matka przekupiła strażników, by tym razem dostać się z powrotem do pozostającego w getcie ojca – wspomina Abraham Segal.
Miał 13 lat i został całkowicie sam
Kiedy Niemcy rozpoczęli likwidację brzeżańskiego getta, matka z synami ukryła się. Niestety, ktoś doniósł o ich kryjówce i musieli uciekać. Złapał ich Ukrainiec na służbie Niemców. Wtedy Abraham wypuścił z rąk teczkę, gdzie niósł naczynia i sztućce. Srebra rozsypały się z brzękiem i na ułamek sekundy odwróciły uwagę kata.
Abraham rzucił się do ucieczki. Biegł tak długo, aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Następnego dnia próbował szukać schronienia. Jeden z Ukraińców, który znał rodziców Abrahama, kupił mu bilet do Lwowa. Abraham bez żadnych dokumentów dotarł do Łańcuta. Tu już nie czekał na niego parasol ochronny w postaciach dziadków. – Bez świstka papieru pobiegłem prosto tam, skąd nas odwoził znajomy dziadka – opowiada Abraham.
Antoni Skrobacz przygarnął bezbronnego dzieciaka na kilka tygodni. Ukrył go na strychu swojego domu. Gdy przetrzymywanie chłopca stało się zbyt niebezpieczne, poradził mu, żeby zatrudnił się jako pastuch i poszukał schronienia w Markowej. Abraham posłuchał. W Markowej zamieszkał u Jana i Janiny Cwynarów. Przedstawił się im jako Romek Kaliszewski. Mieszkał tam ponad rok. – Gospodyni była dla mnie jak druga matka. Gospodarz miał złote serce, chociaż ja się trochę bałem jego wąsów – podkreśla Abraham Segal. – Wtedy za samo podanie Żydowi ręki groziła śmierć, a jakim bohaterstwem trzeba się było wykazać, by skazanych na zagładę przyjąć pod swój dach.
Daleko nie trzeba szukać. Ulmowie z Markowej za pomoc rodzinom Szallów i Goldmanów zapłacili życiem swoim i sześciorga małych dzieci (z siódmym Wiktoria Ulma była w ciąży). Nawet ten straszny mord dokonany przez hitlerowców 24 marca 1944 r. na sąsiadach nie złamał Cwynarów. Dziś już wiadomo, że gospodarze podejrzewali, iż przygarnięty przez nich chłopak to żydowskie dziecko. Mimo to Cwynarowie traktowali Romka – Abrahama jak syna. Przenieśli na niego uczucia, a po wojnie zamierzali go adoptować, bo rodzonego syna, Zbigniewa, stracili, kiedy był małym dzieckiem – opowiada dr Mateusz Szpytma z krakowskiego Oddziału IPN (rodem markowianin).

Wam zawdzięczam moje życie
Kiedy wojska radzieckie wkroczyły do Łańcuta, po tym wszystkim, co przeżył, Abraham postanowił opuścić Polskę. Wyjechał do Izraela. Tam odnalazł brata matki, który wyemigrował z Polski w 1934 r. Po wojennym pogromie: – Wujek nie mógł uwierzyć w moje ocalenie. Kiedy do niego przyjechałem, sprawdził, czy na głowie mam ślad po kleszczowym porodzie. „Teraz wiem na pewno, że jesteś synem mojej siostry” – opowiada Abraham Segal.
Abraham nigdy nie zapomniał, kto mu pomógł. „Na zawsze pamiętam Was i wspominam, że Wam zawdzięczam moje życie. Chrześcijańskie święta na zawsze przypominają Was z Polski – napisał do Cwynarów w liście z 1 stycznia 1950 roku. Po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1995 r. – Byłem przed operacją serca, chciałem jeszcze raz zobaczyć Markową i osobiście podziękować Cwynarom za ocalenie. Spóźnił się i zamiast swoim bezpośrednim dobroczyńcom, podziękował Czesławie, córce Cwynarów.
Abraham cały czas chciał również pokłonić się tym, którzy jako pierwsi mu pomogli. Niestety, nie pamiętał, jak się nazywał znajomy dziadków, który go ratował. Jego rodzinę Abraham odnalazł dopiero po 50 latach – dzięki pomocy historyka, Mateusza Szpytmy.
Super Nowości towarzyszą Abrahamowi w wędrówce
Abraham Segal mieszka w Hajfie w Izraelu. Ma 85 lat. Dopiero jako dorosły człowiek zaznał, czym jest życie rodzinne. Może się pochwalić 13 wnukami i 4 prawnukami (piąty prawnuk w drodze). W minionym tygodniu gościł w Polsce i na Podkarpaciu. Towarzyszyli mu: żona Hana oraz córka Pninit i jej rodzina: mąż Erez i dzieci: Nadaw, Michał, Tamar, Noam i Asaf. – Chciałem opowiedzieć wnukom, skąd pochodzi ich dziadek, pokazać im miejsca, które są dla mnie ważne i poznać ich z rodzinami z Podkarpacia, dzięki którym żyję – zdradza Abraham Segal. – Mam nadzieję, że nawet ten najmłodszy wnuczek zapamięta naszą wspólną podróż.
W Markowej ocalony z holocaustu tradycyjnie odwiedził Czesławę Lonc z domu Cwynar, grób jej rodziców, a także miejsce, gdzie był dom, w którym kiedyś żył ze swoimi wybawcami. Obejrzał też budowę nowo powstającego Muzeum Polaków Ratujących Żydów. Świadectwo Abrahama przyczyniło się do inicjatywy upamiętnienia akurat w Markowej bohaterskich postaw Polaków. Na przyszłe otwarcie tej placówki już teraz zaprosił Abrahama Władysław Ortyl, marszałek województwa i starosta łańcucki, Adam Krzysztoń. Abraham nie obiecywał przyjazdu. – Budowa jeszcze potrwa, a ja nie wiem, czy moje zdrowie pozwoli mi jeszcze na jakąkolwiek podróż… Może to już moja ostatnia wizyta u was?
Na trasie sentymentalnej wędrówki Abrahama Segala znalazł się również Łańcut. – W łańcuckiej synagodze modliłem się ostatni raz jako 9-letni brzdąc. Nie mogłem ustać w miejscu tak jak teraz mój wnuk – mówi z uśmiechem patrząc na zwiedzającą obiekt rodzinę. Później Abraham zaprowadził bliskich na ulicę Sobieskiego. Nieprzypadkowo. – Tu na piętrze w kamienicy przy ul. Sobieskiego 5 przyszedłem na świat. Na parterze mieścił się sklep moich dziadków – opowiada. – Zamiast kostki były kocie łby, a tam parkowały wozy konne… Moja matka przyjechała do Łańcuta z Radymna, bo swoje pierworodne dziecko chciała urodzić u swoich rodziców.
Kolejnym przystankiem dla pielgrzymujących do miejsc ważnych Segalów był krzemienicki dom Antoniego Skrobacza. – To właśnie tu, na tym strychu w Krzemienicy nauczyłem się pacierza – mówi Abraham. Znajomość tej modlitwy była przepustką do uratowania życia dla każdego człowieka pochodzenia żydowskiego ukrywającego się podczas okupacji.
Abraham Segal nie wstydzi się słów wdzięczności: – Są takie rzeczy, których człowiek nie zapomni nigdy, do ostatniego wdechu powietrza do płuc…
Beata Sander


