
Z Jolantą Kwaśniewską, pierwszą damą Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1995 – 2005, rozmawia Katarzyna Szczyrek.
– Od kadencji Pani męża minęło 15 lat, a Pani wciąż jest ulubioną Pierwszą Damą Polaków. W sondażu IBRiS, w którym pytano o najwyżej oceniane dotychczas prezydentowe, zdobyła Pani o ponad 20 proc. głosów więcej niż obecna pierwsza dama – Agata Kornhauser-Duda.
– Bardzo mnie cieszy, że Polacy po tylu latach wciąż oceniają tak wysoko mój sposób sprawowania tej funkcji. Przez te 10 lat, ale i później czułam serdeczność bijącą od Polaków. To było dla mnie niesamowite, że ludzie chcieli po prostu podejść do mnie, przytulić się, opowiedzieć swoją historię.
– Jaki miała Pani pomysł na siebie?
– W pierwszej kadencji doszłam do wniosku, że będę ubierała się bardzo skromnie – w szarości, czernie, granaty, żeby mój strój był tylko tłem do tego, co mam do powiedzenia Polakom. Uznałam, że mogę być takim szarym wróblem, bo w innym wypadku ludzie zwracaliby uwagę na mój strój, mówili o, ma taki kostium, takie buty, torebkę… Uznałam, że najpierw muszę dać poznać się jako człowiek – pokazać, co sobą reprezentuję, co mam do powiedzenia, jakie wyznaję wartości, o czym chcę mówić, do czego chcę Polaków namawiać…
– A było tego dużo.
– Zaczęliśmy nasze wielkie projekty prozdrowotne. – „Co każdy duży chłopiec wiedzieć powinien”, profilaktykę chorób serca, projekty cukrzycowe i onkologiczne, projekt: „Lekarz przyjacielem kobiety”. Tych inicjatyw były dziesiątki. Muszę chyba napisać o tym książkę. Dojrzewam do tej myśli, chociaż wolałabym, żeby nie mówiono o mnie, przecież wszystkie te programy realizowałam ze świetnymi ludźmi, z którymi do tej pory mam kontakt. Myślę, że oni najlepiej, tak od serca opowiedzieliby o naszych projektach, wtedy nikt nie zarzuciłby mi, że się chwalę. Żałuję, że wtedy nie było mediów społecznościowych, bo każdy taki projekt, każde spotkanie mogłoby zostać udokumentowane. Teraz trzeba byłoby za tym szperać. Pewnie dużo znalazłoby się fajnych rzeczy, także u was – na Podkarpaciu i całej ścianie wschodniej, która była dla mnie bardzo ważna.
– W 1997 r. założyła Pani fundację „Porozumienie bez barier”. Co sprawiło, że zaczęła Pani działać charytatywnie?
– Zjechałam Polskę wszerz i wzdłuż. Byłam w szpitalach dziecięcych. Spotykałam się z seniorami. Serce mi krwawiło, gdy widziałam ludzkie dramaty. Pomyślałam: „Boże, na to musi być jakiś sposób. Niech ci, którzy mają więcej, dadzą na tych, którzy naprawdę potrzebują wsparcia” i stwierdziłam, że muszę założyć fundację.
– Pomoc fundacji „rozlała się” na cały kraj.
– Tak, w działaniach fundacyjnych odwoływałam się do poszczególnych regionów. Z mężem założyliśmy fundusz stypendialny, przekazaliśmy ok. 2 mln zł dla dzieci, głównie z terenów wiejskich – całej ściany wschodniej, w tym z waszego regionu. Wszystkie wyjazdy, które organizowałam w ramach fundacji, bardzo często kierowane były do dzieciaków z tych najbiedniejszych terenów. Gdyby nie fundacja, nie byłoby programu „Motylkowe Szpitale”. Dawniej nikt przecież nie myślał, że dziecko powinno leżeć w jakimś ładnym, przyjaznym miejscu, w którym są kolorowe ściany. Wtedy było inaczej… Gdyby wówczas nasz budżet wyglądał tak, jak w tej chwili, być może te 500+ mógłby podpisać mój mąż jeszcze w czasie dwóch kadencji. Wtedy takiej możliwości nie było, bo to był czas biedy. Dopiero po 2004 r., gdy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, nasze finanse publiczne poprawiły się.
Przeczytaj pełny tekst artykułu w papierowym wydaniu Super Nowości.



3 Responses to "Pierwszą damą być"