Pieszo-w surowych zimowych warunkach

Meta potwierdzająca pokonanie 500-kilometrowego szlaku w ponad 10 dni. Fot. Archiwum

– Gorączkowałem cztery dni, odmroziłem stopy i schudłem 6 kg, ale udało mi się spełnić marzenie – mówi Paweł Pabian, który 500-kilometrowy szlak od Wołosatego w Bieszczadach do Ustronia w Beskidzie Śląskim pokonał w zaledwie 10 dni. To rekord, a jego zwieńczeniem były łzy szczęścia na mecie w uściskach rodziny, która przyjechała specjalnie, by go tutaj przywitać.

17 lutego, o godz. 5.15, w Bieszczadach rozpoczęła się niezwykła przygoda, która dla Pawła Pabiana stała się jedną z największych prób w życiu. Podróżnik obrał za cel wyjątkowo trudny do pokonania Główny Szlak Beskidzki. Mowa o 500-kilometrowym odcinku z gminy Lutowiska do Ustronia w Beskidzie Śląskim. – Podjąłem wyzwanie, aby w zaledwie 10 dni przejść 500 km szlaku w ciężkich zimowych warunkach. Istotne były terminy. Wcześniej tę trasę pokonało już kilku podróżników, lecz nikt nigdy w tak krótkim czasie – podkreśla Paweł. Jak tłumaczy, zdawał sobie sprawę z tego, że wyprawa będzie trudna, szczególnie przez warunki pogodowe. I rzeczywiście zima w górach okazała się być najbardziej mroźną…od ponad 10 lat!
Kluczem więc było odpowiednie przygotowanie. – Do takiej wyprawy trzeba treningu nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. Wszystko tkwi w głowie. Bywają momenty kryzysu, pojawiają się łzy. W trudnych chwilach dzwoniłem do żony, która jest dla mnie największym wsparciem. Rozmowa z nią zawsze pomagała – wyjaśnia.

Człowieku, zwariowałeś?!

Gdy Paweł rozpoczynał wyprawę, mieszkańcy regionu otrzymywali alerty z ostrzeżeniem o intensywnych opadach śniegu, a kierowcy mieli problem z poruszaniem się po drogach. Obrazu dopełniał silny, porywisty wiatr i niemal nieznikająca szarówka na niebie. Czy w takim warunkach pojawiły się myśli, aby zrezygnować z wyprawy? – Miałem chwile zastanowienia, ale nie chciałem się poddać, bo jak już coś postanowię, muszę to wykonać. Poczułem wyzwanie i wszedłem w dziki teren. Pierwsze wrażenie? Szok. Szlaki rzeczywiście były całkowicie zasypane. Wszędzie śnieg, nieprzetarte drogi i mróz – mówi.
Pierwszy dzień okazał się prawdziwym testem wytrzymałości. Pogoda to jedno, a drugie to ekwipunek. Paweł cały czas musiał nosić plecak ważący około… 14 kilogramów! Marsz z takim obciążeniem przez wiele długich godzin w zaspach to olbrzymi wysiłek. Kłopoty sprawiało także podłoże. – Poruszałem się w rakietach, lecz mimo to „tonąłem”. Przejście jednego kilometra zajmowało mi … nawet 50 minut! Cały czas robiło się też zimno. Musiałem szybciej się ruszać, co jednak wcale nie było łatwe – wspomina.
Pod koniec pierwszego dnia wyprawy był świadkiem dramatycznej sytuacji. – Połonina Wetlińska, śniegu coraz więcej, zauważalny zmrok. Ja w rakietach, w których… zapadałem się po kolana! Czułem osłabienie. Miałem za sobą 45 km drogi, ale aby zrealizować minimum, potrzebowałem jeszcze trochę marszu. W pewnym momencie dostrzegłem skuter. To był sprzęt GOPR-u. Pierwsza myśl? Przyjechali po mnie, pewnie ktoś z bliskich zadzwonił, aby mnie ratowali w tych trudnych warunkach. Odwróciłem głowę, a dosłownie kilka metrów ode mnie, w śniegu po niemal samą głowę… leżał zasypany mężczyzna. Był wycieńczony, w ciężkim stanie. Rozpoczęła się akcja ratunkowa na szczęście zakończona sukcesem. Gdy ratownicy zaczęli wypytywać mnie, co robię w tym miejscu, po mojej odpowiedzi złapali się za głowy. Stwierdzili, że zwariowałem. Radzili żebym się nie wygłupiał i wracał z nimi do najbliższego schronienia. Pomyślałem o ich słowach. Usiadłem na śniegu, zjadłem dwa batony i przemyślałem wszystko. Uznałem, że mimo ryzyka, muszę iść dalej. To była dobra decyzja. Pod godzinie dotarłem do zakwaterowania, robiąc pierwszego dnia 50 km trasy. Szybko zjadłem kolację i… nie pamiętam, kiedy zasnąłem.

Czy są tu niedźwiedzie?

Mimo surowych warunków Paweł pokonywał każdego dnia, zgodnie z planem, 50 km szlaku. – Wstawałem jednak coraz później. Musiałem odsypiać zmęczenie, bo organizm się buntował. W czwartym dniu przyszedł słabszy moment i zrobiłem tylko 30 km. Zacząłem też w nocy gorączkować. Budziłem się zlany potami. Czułem osłabienie. To była reakcja mojego ciała na zmęczenie, na mróz. Dawałem jednak organizmowi znaki, że to nie koniec tego szaleństwa, a raczej dopiero początek – relacjonuje.
Rakiety z nóg Paweł mógł ściągnąć dopiero w Krynicy, po blisko 5 dniach wyprawy. – Sprzęt zmasakrował mi stopy. Miałem liczne krwiaki. W rakietach nie powinno się tak długo chodzić, bo to jakby człowiek założył sobie szynę na stopę. Nie ma ugięcia, jest tępe uderzenie i poruszanie się jak kaczka. Po „wyswobodzeniu” nie mogłem biegać, tylko maszerować. Mimo to kolejne dni przynosiły dalszą realizację planu minimum – mówi.
Paweł pokonywał trasę nawet w nocy. Czasami po godz. 20. To był tytanizm, ale wiedział, że musi walczyć z czasem. Czy po zmroku, w obcym miejscu, wśród drzew i śniegu łatwo stracić orientacje w terenie? – Nie mam z tym problemu. Lubię naturę. Łatwiej niż w lesie jest mi się zgubić w miejskich galeriach – żartuje.
Czy podczas wędrówki przewodnik natrafił na niedźwiedzia lub wilki? – Na szczęście nie, chociaż zastanawiałem się nad tym, co by się wówczas wydarzyło. Kiedyś bałem się dźwięków zwierząt, ale teraz piski saren czy lisów, a nawet świeże ślady dodają mi otuchy. Mam poczucie, że nie jestem w tej surowej naturze sam. Podczas wyprawy zwierzęta były dla mnie drogowskazem, czułem ich towarzystwo – opowiada.

Żona, synkowie i mama na mecie

Kiedy Paweł zdał sobie sprawę z tego, że uda mu się osiągnąć cel? W dniu, kiedy zima nieco ustąpiła i można było zacząć poruszać się coraz swobodniej. – Nie oznacza to jednak, że finał wyprawy był łagodny. Momentami nadal musiałem zakładać rakiety. Przylepiał się do nich śnieg, przez co ważyły dwa razy tyle – słyszymy. W ostatni dzień wyprawy, 27 lutego, przeszedł aż 56 km. – Kilkanaście kilometrów przed końcem wyprawy niosła mnie myśl o mecie i rodzinie. To była inspiracja. Wiedziałem, że bliscy przejechali pół Polski, aby mnie przywitać. Gdy byłem 4 km od mety zadzwoniłem do nich. Wyszli mi na spotkanie. Chwilę później ich dostrzegłem. Zobaczyłem żonę Basię, mamę Beatę i synów Jasia oraz Staszka. Jaś do mnie podbiegł. Mimo potwornego zmęczenia wziąłem go na ręce. Nagle wstąpiła we mnie nowa energia. Czy prawdziwi mężczyźni nie płaczą? To bujda. Każdy czasem płacze. Popłynęły mi łzy wzruszenia – mówi z uśmiechem. Paweł wraz z rodziną dotarł do symbolicznej kropki, która wskazywała metę trasy. Udało się! 500 km najdłuższego szlaku turystycznego w Polsce w niewiele ponad 10 dni! – Zrobiłem to bez wparcia i osób trzecich. Ustanowiłem najszybsze zimowe przejście. To już nawet nie chodzi o rekord, chodzi o przygodę i przekraczanie ludzkich barier.

Dochodzi do siebie… po sukcesie!

Jak wspomina Paweł, gdy po wyprawie wrócił do domu, pierwsze, co zrobił, to wszedł na wagę. Ubyło mu… 6 kg. Później przyszedł czas na gorącą kąpiel i solidny sen. Obecnie powoli dochodzi do siebie. – Wciąż leczę stopy. Nadal są obolałe. Przez pierwsze dni po powrocie mogłem zakładać jedynie klapki do chodzenia. Może nie powinienem o tym mówić, ale nawet do kościoła wybrałem się… w kapciach – nie kryje. Jakie można mieć jeszcze plany po takim sukcesie? – Powiedziałem mojej Basi, że mam w głowie pewien projekt, a ona od razu, że w tym roku żadnych nowych wyzwań! Uśmiechnąłem się, bo na razie nie planowałem nigdzie się ruszać. Teraz jednak wiem, że mam „pozwolenie” na kolejną wyprawę już… w styczniu. Mówiąc jednak poważnie, istnieje pomysł kolejnej eskapady – uśmiecha się. – Na razie nie zdradzę jego szczegółów. Będzie to kolejne doświadczenie, które pozostanie w mojej pamięci na zawsze, a pierwszą osobą, która się o nim dowie, będzie moja żona…

Kamil Lech

Leave a Reply

Your email address will not be published.