
To się porobiło… I straszno, i śmieszno. Nasi czołowi piłkarze mogą mieć dyplomy ukończenia studiów kupione „na bazarze”. Upsss, właściwie to nie na bazarze, ale od niejakiego Zbigniewa D., ponoć naukowca z prywatnej Uczelni Nauk Społecznych w Łodzi. Na owej „alma mater” żona Zbigniewa D. rektoruje, a i dwaj synowie tam pracują. Wszystko zatem – jak to się mówi – w rodzinie. Wobec Zbigniewa D. gdańska prokuratura prowadzi śledztwo, podejrzewając go o handel fałszywymi dyplomami. D. wpadł, bo zaproponował taki dyplomik pewnej studentce wspomnianej łódzkiej uczelni, a ta – okrutna, zła i podła, a do tego najwyraźniej chorobliwie ambitna – zamiast skorzystać ochoczo, oburzyła się i doniosła na D. gdzie trzeba. Cała sprawa rozegrała się w 2019 roku i w zasadzie nie byłoby w niej nic aż tak nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przy okazji zatrzymania D. sprawdzono jego telefon, a tam była arcyciekawa korespondencja kanclerza UNS, Zbigniewa D., z czołowymi polskimi piłkarzami. I tak na przykład okazało się, że D. miał już przygotowany dyplom ukończenia studiów magisterskich Roberta Lewandowskiego. Jak wynika z rozmów z najlepszym polskim piłkarzem, D. proponował „Lewemu” i jego żonie Annie dyplomy MBA bez zaprzątania sobie przez nich głowy chodzeniem na jakieś zajęcia. Zaskakujące nieco, po cóż R. Lewandowskiemu kolejny dyplom ukończenia studiów magisterskich. Bo – jak wiedzą zapewne jego fani – jeden już ma. Fakt, że zrobienie go zajęło mu, bagatela, 13 lat, ale liczą się przecież chęci i finalnie – papier. W 2017 roku Lewandowski obronił pracę licencjacką, a trzy lata później magisterską na niespecjalnie znanej szerszemu gronu uczelni o wdzięcznej nazwie Wyższa Szkoła Edukacji w Sporcie w Warszawie. Ciekawe, że tą „magisterką” najlepszy polski piłkarz pochwalił się, ale tą z łódzkiej „alma mater” już nie. A przecież, jak przekonywała śledczych pani rektor tejże i żona Zbigniewa D. w jednym, „Lewy” ma dwa tytuły magistra! A pracę na łódzkiej uczelni obronił, uczestnicząc w 2018 roku w zgrupowaniach naszej reprezentacji narodowej, konkretnie to pomiędzy dwoma meczami. Da się? Da!
Jak doniósł Onet.pl, D. zajmował się nie tylko edukacją „Lewego” . W materiałach śledztwa są zdjęcia świadectwa maturalnego napastnika reprezentacji narodowej Arkadiusza Milika oraz rozmowy o dyplomach dla rodziny byłego reprezentanta Polski, Piotra Świerczewskiego. Nomen omen „dokopano się” też do kopii licencjatu wystawionego na nazwisko pomocnika reprezentacji, Jacka Góralskiego. Wynika z niego, że piłkarz pracę licencjacką obronił na Wyższej Szkole Teologiczno-Humanistycznej w Podkowie Leśnej. Wprost rozczula kierunek, jaki tam ukończył: teologia adwentystyczna, a specjalność „Promocja zdrowia z elementami zdrowia publicznego”. Jak donosi Onet, Góralski miał za licencjat wyłożyć 10 tys. zł. Nawet mało, jak na taki oryginalny kierunek, że tak sobie pozwolimy na drobną dygresję.
A całkiem poważnie… Od czasów, kiedy w Polsce uznano, że każdy powinien mieć dyplom wyższej uczelni, bo to dobrze w statystykach wygląda, mało kto owego dyplomu nie ma. Problem wszelako polega na tym, że namnożyło się mnóstwo uczelni i kierunków studiów, które można podsumować zdaniem: „jeśli cię tramwaj nie przejedzie, to skończysz”. Absolwenci tych kierunków i uczelni mają problem z przypomnieniem sobie, co tam niby studiowali i skończyli, ale taki papierek w postaci dyplomu „uniwersytetu w Wólce Małej” potrzebny jest im z reguły tylko po to, żeby wygrać „konkurs” na jakieś lepsze stanowisko w sektorze publicznym. Niepojęte jednak, na jakie licho takie „lewe” dyplomy – nomen omen – „Lewemu”, czyli Robertowi Lewandowskiemu. Przecież ludzie go kochają za jego grę w piłkę i kochaliby, gdyby nawet matury nie miał. Reszta wymienionych wyżej nie gra tak świetnie, ale też im psu na budę dyplomiki jakichś śmiesznych uczelni po śmiesznych kierunkach. I po co im to było? Teraz się można tylko z tego pośmiać, choć Polakom po występie naszej reprezentacji w ostatnich rozgrywkach EURO nie jest do śmiechu…
Redaktor Monika Kamińska



9 Responses to "Po cóż „lewy” dyplom „Lewemu”?"