Podręcznikowy biznes kręci się coraz lepiej

Fot. Archiwum

Częste wymiany podręczników w niektórych szkołach nie wynikają ze zmian w programie nauczania, ale z tego, że dyrektorzy tych placówek lub nauczyciele biorą łapówki od firm wydawniczych.

Publiczna nauka jest u nas podobno darmowa. Podobno, bo tak naprawdę edukacja dzieci jest dla rodziców prawdziwym drenażem portfeli. Koszty generują nie tylko przybory szkolne, ale przede wszystkim podręczniki. Są coraz droższe, a kupno używanych często nie wchodzi w grę? Dlaczego? Bo nauczyciele mogą podręczniki wybierać i nierzadko wybierają coraz to inne. Niektórzy rodzice uważają, że za tym wyborem stoją nie tylko podstawy programowe, ale operatywności kolportujących dane wydawnictwo i „gratis” dla decydujących o wyborze nauczycieli i dyrektorów szkół.

– Jeszcze nie ma „majówki”, a ja już ze zgrozą myślę o wrześniu i nowym roku szkolnym – mówi 30-letnia Anna z Podkarpacia. – Mam dwoje dzieci w wieku szkolnym i zakup podręczników to dla mnie wydatek rzędu kilkuset złotych na same książki i ćwiczenia, a gdzie zeszyty, przybory szkolne? – kobieta nie ukrywa, że koszty związane z „darmową” nauką jej dzieci w publicznej szkole przerastają możliwości finansowe jej rodziny. – Ja przez całą podstawówkę i średnią szkołę uczyłem się z używanych podręczników i jakoś się wyedukowałem – śmieje się 39-letni Tomasz. – Kompletnie nie rozumiem o co chodzi z tymi zmianami całych zestawów podręczników co roku – przyznaje mężczyzna. – Jeszcze jeśli nauczyciel się zmienia, to można jakoś pojąć, ale często jest tak, że ten sam nauczyciel „obraża” się na podręczniki, które sam w poprzednim roku szkolnym wybrał – dodaje

Każdy chce żyć, wydawnictwo też
Konrad (28 l.) pracuje dla jednego z wydawnictw podręczników i nie ukrywa, że domyśla się, co może stać za owym „obrażaniem” się nauczyciela, czy dyrektora szkoły na podręczniki, które w zeszłym roku były idealne, a teraz są już tak złe, że trzeba je czym prędzej wymienić. – Wiadomo, że na rynku podręczników jest ostra konkurencja – mówi wprost 28-latek. – Kolejne pozycje zawierają z grubsza to samo, więc trzeba jakoś zachęcać nauczycieli, czy dyrektorów szkół do wyboru naszej oferty – przyznaje. – Jak? No my na przykład organizujemy konferencje – zdradza. – W dobrym hotelu, z urozmaiconym jedzeniem, miłą atmosferą no i ciekawymi gratisami na koniec szkolenia – opowiada Konrad. – Czy to jest przekupstwo? No nie – stwierdza. – Przecież nie zmuszamy nikogo, by wybrał nasze podręczniki, a że my urządzamy fajne szkolenia, to już problem konkurencji – uśmiecha się.

Zachęcał, bo wziął „dolę”?
36-letnia Karolina naraziła się dyrektorowi szkoły, w której uczy, bo sprzeciwiła się zmianie podręcznika do jej przedmiotu. – Nie widziałam sensu zmiany – przyznaje nauczycielka, która po konflikcie z szefem zmieniła pracę. – Ten proponowany przez dyrektora nie był w żaden sposób lepszy od wcześniejszego, wcześniejszego miał poważną moim zdaniem wadę – relacjonuje 36-latka. – Mianowicie ćwiczenia były razem z książką. Nie byłoby zatem możliwości, żeby uczeń mógł korzystać z używanego podręcznika. Uważałam, że dotychczasowy podręcznik wydawany z oddzielnymi zeszytami ćwiczeń, które można dokupić, to lepsze rozwiązanie  – podkreśla Karolina. – Tym bardziej, że podręczniki naprawdę nie są tanie  – dodaje.

Argumenty nauczycielki nie trafiły jednak do przekonania jej pryncypałowi. – Wprost powiedział mi, że zmieniamy wydawnictwo i zmiana dotyczy wszystkich podręczników, podręczników ja mam to przyjąć do wiadomości i nie dyskutować – opowiada kobieta. – To, ze dyrektor tak forsuje zmianę wydawało mi się mocno podejrzane – przyznaje 36-latka. – Próbowałam porozmawiać o tym z koleżankami kolegami, ale nie chcieli – wspomina. – Jedna z nauczycielek w końcu powiedziała mi wprost, że dyrektor zdania nie zmieni, bo już pewnie „swoją dolę” za to wziął. Dosłownie takich słów użyła – opowiada Karolina. – W głowie mi się nie mieściło, że dyrektor wziął łapówkę za wprowadzenie podręczników w szkole, ale determinacja z jaką walczył o tę zmianę oraz wściekłość na mnie, gdy nie chciałam się zgodzić mówią same za siebie – uważa kobieta.

W jednych szkołach standard, w innych rzadkość
– Prawdę mówiąc nigdy nie spotkałam się z tym, by dyrekcja szkoły wymuszała na kimkolwiek naszych nauczycieli wybór danego podręcznika, czy wydawnictwa – zapewnia Agnieszka (32 l.) nauczycielka w jednym z podkarpackich gimnazjów. – Nikt nam oczywiście nie zabrania uczestniczenia w szkoleniach, czy konferencjach organizowanych przez przedstawicieli wydawnictw – zastrzega. – Ale nasza dyrektorka niechętnie widzi zmiany podręczników, motywując to właśnie tym, że dzieci nie mogą po zmianach korzystać z książek używanych, a zatem tańszych – wyjaśnia.

A rodzice biorą pożyczki na podręczniki
Współczesnej szkoły i jej programu nauczania nie da się porównać z tą sprzed 20, czy nawet 5 lat. Nic zatem dziwnego, że elementarze i czytanki, z których niektórzy z nas uczyli się czytać odeszły do lamusa podobnie, jak liczydło, czy kałamarz. Jednak zmiany w programie nauczania nie wymuszają bynajmniej częstych zmian podręczników na przestrzeni kilku lat. Zrozumiałe jest, że dziecko, szczególnie młodsze może do siebie zachęcić podręcznik z ładniejszą okładką, czy bardziej kolorowym napisem. Rzecz w tym, że o wyborze podręcznika nie decydują dzieci, tylko dorośli, czyli nauczyciele i dyrektorzy szkół. Mają się oczywiście kierować dobrem ucznia i tak tez deklarują. Tylko czasem taka deklaracja wygląda na pustosłowie, bo niby o niebo lepszy podręcznik, niż poprzedni rożni się odeń właśnie okładka, czy kolorem napisów. Wówczas można sobie pomyśleć, że dorośli ocenili książkę po okładce, albo, że o zgrozo, po tym ile i czego zaoferowało im wydawnictwo. A tymczasem rodzice biorą pożyczki, by zaopatrzyć swe dzieci w podręczniki do nauki w „darmowej”, publicznej szkole.

Monika Kamińska

7 Responses to "Podręcznikowy biznes kręci się coraz lepiej"

Leave a Reply

Your email address will not be published.