
37-letni Grzegorz G. wsiadł do audi Q7 i mając prawie 1,5 promila alkoholu we krwi, pędził na trasie ze Stalowej Woli do Tarnobrzega z prędkością ponad 120 km na godzinę. Zanim w minioną sobotę doprowadził do tragedii, która wstrząsnęła całą Polską, mijał i wyprzedzał wielu kierowców. Było około godziny 14.15, gdy limuzyna mieszkańca Grębowa zderzyła się czołowo z audi A4, którym podróżowali
37-letnia Marzena K., jej o 2 lata starszy mąż Mariusz K. i 2,5-letni synek Sebastian.
Małżonkowie z Przędzela zginęli na miejscu. Osierocili troje małych dzieci.
Dlaczego oni? Dlaczego teraz? Odpowiedzi na te pytania szukają tysiące osób poruszonych tragedią, do której doszło w Jamnicy w powiecie stalowowolskim 3 lipca br. To był deszczowy dzień. Pierwszy taki od kilku dni.
Na trasie ze Stalowej Woli do Tarnobrzega zawsze jest spory ruch. To droga wojewódzka. Na wysokości Jamnicy prowadzi przez las. Brak zabudowań powoduje, że kierowcy lubią tam nieraz mocniej nacisnąć na gaz. Spowalniają ich na szczęście zakręty i podwójna ciągła, która uniemożliwia wyprzedzanie.
Ta sobota nie różniła się specjalnie od innych. Ktoś jechał na zakupy, ktoś jechał odwiedzić rodzinę, ktoś wracał z pracy. Marzena i Mariusz K. z Przędzela wracali właśnie z Tarnobrzega. Byli na konsultacji chirurgicznej w Szpitalu Wojewódzkim. Tego dnia ich najmłodszy synek Sebastian uderzył się podczas zabawy i chcieli się upewnić, że nic złego mu się nie stało. Było około godziny 14.15, gdy mający do domu jeszcze około 25 minut drogi małżonkowie zostali staranowani przez pędzącego bez opamiętania kierowcę audi Q7. To był ułamek sekundy. Sekundy, w której legło w gruzach dotychczasowe życie dzieci i bliskich Marzeny i Mariusza oraz sprawcy tragedii Grzegorza G. i jego rodziny. Jedna chwila.
Przyprawiająca o ciarki cisza i płacz dziecka
Za samochodem, w którym jechała rodzina z Przędzela, poruszała się swoim autem pani Ania ze Stalowej Woli. Była pierwszą osobą, która dotarła do wraku audi A4 i zajęła się 2,5-letnim Sebastianem do czasu przybycia służb ratunkowych.
– Był tylko płacz i wołał mamę. Serce krajało się po prostu, rozwalało na kawałeczki, jak tylko słyszałam słowo „mama” – relacjonowała pani Ania, bezpośredni świadek tragedii.
Kobieta pytała chłopca o imię, ale nie był w stanie jej odpowiedzieć. Był w szoku. Miał błędne oczka. Nie miał pojęcia, co się przed chwilą wydarzyło. To, że stracił właśnie dwie najważniejsze w życiu osoby, też nie od razu docierało do innych osób, które w kolejnych minutach znalazły się na miejscu tragedii.
Boląca bezsilność i straszna świadomość
Alarm o wypadku w Jamnicy postawił na nogi służby ratunkowe, policję i straż pożarną ze Stalowej Woli, Tarnobrzega i Grębowa. Wśród pierwszych, którzy wspomogli służby w pierwszych minutach akcji byli także żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej. To kolumnę ich samochodów miał wyprzedzać Grzegorz G., zanim zderzył się samochodem, którym podróżowała rodzina z Przędzela. Relacje świadków wyciskają łzy.
– To była dla mnie okropna chwila. Zdałem sobie sprawę, że ten chłopczyk już nie ma rodziców i choć nic nie mogłem zrobić, bo nie było żadnych szans na ratunek dla tej kobiety, poczułem się jakby winny, że ta pacjentka odeszła – relacjonuje dla wp.pl ratownik medyczny Tomasz Ziemianin. – „Dotarliśmy jako trzeci zespół ratownictwa medycznego, więc już ze świadomością, że jedziemy po pacjentkę w stanie krytycznym, ale jest tam jeszcze dziecko. Okazało, że dziecko jest w stanie niezagrażającym życiu, trzyma je w ramionach jakaś przypadkowa pani.
Ratownik każdego dnia ma do czynienia z pacjentami, których życie jest zagrożone. Tego, co czuł podczas akcji w Jamnicy, przyznał jednak, że trudno jest opisać słowami. Chwilę, w której dotarło do niego, że chłopiec właśnie stracił oboje rodziców, przenikła w jego przypadku nieopisane poczucie bezsilności. Mężczyzna relacjonował, że było one tak przejmujące, że aż bolało. – Kolega, który miał dzieci, otwarcie płakał – przyznał ratownik.
Koszmarna cisza
Każdy, kto uczestniczył kiedyś w wypadku samochodowym, szczególnie takim, do którego dochodzi nie w mieście, ale na trasie, zapamiętuje na lata koszmarną ciszę, która następuje tuż po zdarzeniu.
– Miałam w życiu dwa wypadki. Z obu udało mi się wyjść bez szwanku, ale to, co do dziś z nich pamiętam, to tę ciszę, która nastąpiła tuż po zderzeniach. Zanim doszło do zderzeń, w samochodzie leciała muzyka, słychać było pracujący silnik i mijane samochody. W chwili zderzenia wszystko to milknie. Przez zablokowaną drogę muszą zatrzymać się też inni kierowcy. W miejscu, gdzie cały czas był hałas, nagle robi się cisza. Słychać tylko głosy osób, które albo potrzebują pomocy, albo jej udzielają. Ta cisza trwa dotąd, aż nadjadą służby ratunkowe – mówi pani Małgorzata z Tarnobrzega, u której wypadek w Jamnicy przywołał własne dramatyczne wspomnienia.
Zdjęcie, które mówi więcej niż tysiąc słów
Codziennie na polskich drogach dochodzi do kilkuset mniejszych i większych wypadków drogowych. Tragedia, do której doszło w Jamnicy wyróżnia się na ich tle okolicznościami. Życie straciło dwoje małżonków, którzy mieli przed sobą jeszcze wiele lat życia i trzech małych synków do wychowania. Bezwzględnością działania sprawcy, który pod wpływem alkoholu wsiadł za kierownicę i łamiąc przepisy drogowe doprowadził do zderzenia oraz jednym zdjęciem, które obiegło Polskę. Autor zdjęcia, Marcin Radzimowski, dziennikarz Echa Dnia wykonał je w chwili, gdy strażak przejął najmniejszą ofiarę dramatu, 2,5-letniego Sebastianka z rąk świadka zdarzenia i transportował go w czułych objęciach do karetki. Na zdjęciu widać jeszcze ratownika Tomasza Ziemianina i tyłem stojącego policjanta. Wzrok ratownika i wtulonego w niego nieświadome jeszcze tego, co się stało dziecko, mówią więcej niż tysiąc słów, a przekaz ten trafił do milionów osób.
– Postanowiłem napisać kilka zdań w temacie zdjęcia, o którym w ostatnich dniach zrobiło się bardzo głośno (…) – przyznaje autor przejmującego zdjęcia z wypadku w Jamnicy Marcin Radzimowski. – Ono już wszystko opowiedziało, o nim już wszystko powiedziano i napisano. Przede wszystkim na ogromne słowa uznania i podziękowania zasługuje Rafał Nieckarz, bo to właśnie on, patrząc profesjonalnym okiem, dostrzegł siłę tego zdjęcia. To właśnie Rafał pierwszy wrzucił ten obrazek na FB i opowiedział to, co widzi, a czego ja w pierwszym momencie nie dostrzegłem. Rafał wywołał lawinę. Bardzo pozytywną lawinę, która poruszyła ludzkie serca w całym kraju i za granicą. Jego post został udostępniony przez setki osób, o zdjęciu napisały dziesiątki grup facebookowych, profile służb. Nikt nie jest w stanie tego zliczyć. Siła mediów tradycyjnych w połączeniu z ogromną siłą social mediów sprawiły, że poprzez to zdjęcie informacja o dramatycznym wypadku dotarła do kilku, a może nawet do kilkudziesięciu milionów osób. Także do najważniejszych osób w państwie. I to właśnie ten tragiczny wypadek, w przeciwieństwie do setek równie dramatycznych, wywołał dyskusję na niespotykaną skalę. Jest wielce prawdopodobne, że ten dramat opisany zdjęciem mojego autorstwa, ale – co podkreślam – zdjęciem odkrytym przez Rafała, doprowadzi do zaostrzenia kar. I sprawi, że przy drogach w całym kraju przestaną się pojawiać kolejne krzyże lub przynajmniej pojawi się ich mniej. Przez te ostatnie dni otrzymałem dziesiątki SMS-ów, telefonów, wiadomości na messengera od znajomych i zupełnie obcych osób z całego kraju. Z podziękowaniami, gratulacjami, choć trudno gratulować w takiej sytuacji. Były też komentarze krytyczne, które przyjmuję z pokorą. Tak sobie myślę, że ta cała sytuacja każdego z nas czegoś nauczyła, uwrażliwiła i pozwoliła inaczej spoglądać na otaczający nas świat. I za to dziękuję, choć nie chcę, żeby to zabrzmiało patetycznie.
– W temacie samego zdjęcia pozwolę sobie zacytować komentarz z prywatnej wiadomości, który jest chyba dobrym podsumowaniem: „Są takie fotografie, które krzyczą na obrazie, nie pozwalają odbiorcy na wyprodukowanie własnej reakcji. Ja uwielbiam czytać i często wchłaniając tekst pozwalam wyobraźni na działanie. I chyba to w czytaniu jest przyjemne. Natomiast są zdjęcia takie jak to Pana autorstwa, które może i lepiej, że nie krzyczy, pokazuje dziwną, ponurą ciszę. Bo gdyby to zdjęcie potrafiło mówić, czy wydać z siebie dźwięk, to przypuszczam, że każdemu kto je ogląda pękłoby coś w środku. Ja na swój sposób dziękuję za to zdjęcie, bo chyba żaden znak, kampania reklamowa nie siedzi mi tak w głowie i nie zmusza do zdjęcia nogi z gazu…” – pisze Marcin Radzimowski.
Tam już jest wszystko
Strażak, który przytula 2,5-letniego Sebastianka to Łukasz Podstawski z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Tarnobrzegu. Mężczyzna nie chce już komentować wydarzeń z 3 lipca. Autorowi zdjęcia, które rozsławiło jego twarz na cały świat powiedział krótko: „Do tego zdjęcia nie trzeba dodawać żadnego komentarza z mojej strony, tam już jest wszystko”.
A jak potężną moc ma ta fotografia, widać po zorganizowanej dla osieroconych w wypadku dzieci zbiórce. W ciągu zaledwie czterech dni na portalu zbiórkowym zrzutka.pl zebrano blisko 1,2 mln zł dla 10-letniego Artura, 9-letniego Norberta i 2,5-letniego Sebastianka. Akcja charytatywna opatrzona jest właśnie słynną fotografią.
Być może także dzięki niej z pomocą osieroconym dzieciom przyszedł także premier Mateusz Morawiecki, który zdecydował o przyznaniu im rent specjalnych.
Sprawca nie przyznaje się do winy
Przy całym ogromie pomocy, jaka płynie dla rodzeństwa z Przędzela nie można zapominać o sprawcy tragedii. 37-letni Grzegorz G. odniósł w wypadku obrażenia niezagrażające jego życiu. Trafił do szpitala, gdzie przeszedł operację. Wiadomo, że w chwili wypadku miał 1,5 promila alkoholu we krwi. Usłyszał dwa zarzuty.
– Mężczyzna usłyszał zarzut spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym w stanie nietrzeźwości oraz osobny zarzut kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości – informuje prokurator rejonowy Adam Cierpiatka z Prokuratury Rejonowej w Stalowej Woli. – 37-latek jechał z wysoką prędkością i uderzył w przeszkodę trwałą. Ma poważne obrażenia obszaru jamy brzusznej. Przebył zabieg operacyjny ratujący życie.
Ze wstępnych ustaleń prokuratury wynika, że 37–latek w chwili wypadku jechał z prędkością co najmniej 120 km/godz. Miał 1,5 prom. alkoholu w organizmie.
Prokuratura poinformowała także, że Grzegorz G. nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów i odmówił składania wyjaśnień. Mężczyźnie za popełnione przestępstwa grozi do 12 lat pozbawienia wolności.
W poniedziałek, 5 lipca, przeprowadzona została sekcja zwłok ofiar wypadku. W jej efekcie stwierdzono, że Marzena K. i Mariusz K. ponieśli śmierć w wyniku obrażeń wielonarządowych spowodowanych wypadkiem samochodowym.
Poruszeni tragedią mieszkańcy regionu zapowiadają w internetowych komentarzach, że będą śledzić postępy śledztwa w sprawie wypadku i sugerują, by robiło to jak najwięcej osób, tak aby sprawca tragedii nie uniknął odpowiedzialności karnej.
Do zdarzenia odniósł się już za pośrednictwem portalu społecznościowego także pochodzący z pobliskiego Niska wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.
– W związku z wczorajszą tragedią koło Stalowej Woli, w której zginęli rodzice trójki dzieci, wyrażam głębokie wyrazy współczucia i najszczersze kondolencje dla osieroconych dzieci i całej rodziny pogrążonej w bólu i w żałobie. Informuję, że zwróciłem się do Prokuratora Generalnego o objęcie nadzorem tego postępowania i surowe potraktowanie sprawcy. Ponadto wystąpiłem do Funduszu Sprawiedliwości o pomoc dla pokrzywdzonych dzieci“ – napisał podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, Marcin Warchoł.
Razem w ostatnią drogę
Ostatnie pożegnanie pary, którą bliscy i znajomi wspominają jako wyjątkowo dobrane i kochające się małżeństwo, odbyło się w czwartek, 8 lipca, w rodzinnym Przędzelu. Rodzina śp. 37-letniej Marzeny K. i 39-letniego Mariusza K. zgromadziła się w kościele parafialnym o godzinie 13.30 na modlitwie różańcowej. Pół godziny później odprawiona została msza św. w intencji zmarłych. Po niej ciała ofiar wypadku odprowadzono na cmentarz.
Rozpaczy przeżywanej przez najbliższych Marzeny i Mariusza nie da się opisać słowami. Wszyscy mają ich jeszcze przed oczami. Dopiero z nimi rozmawiali, śmiali się, załatwiali wspólne sprawy. Siedzieli przy wspólnym stole na przyjęciu komunijnym u ich najstarszego synka. Planowali, jak będzie za rok, gdy do I Komunii Świętej przystąpi drugi z chłopców. Wśród wspomnień żywe jest jeszcze niedawne spotkanie z okazji 18-latki chrześnicy śp. pani Marzeny. Pomoc, którą pan Mariusz okazał teściom, tydzień przed wypadkiem montując u nich szafę. Wspomnienie wygranej w wyścigu samochodowym, z którego zmarły cieszył się zaledwie dwa tygodnie przed wypadkiem. Rodzice osieroconych chłopców mieli swoje pasje, marzenia. Niedawno zbudowali własny dom. Mieli tyle planów co do swojej przyszłości i przyszłości swoich chłopców. Dla nich chciało im się pracować, tworzyć. Pan Mariusz miał talent artystyczny. Był autorem portretu ukochanej małżonki. Namalowane przez niego oczy pani Marzeny już zawsze będą spoglądały na dorastających bez rodzicielskiej miłości i troski synów. Parę połączyła miłość i nie rozłączyła nawet śmierć…
ke



2 Responses to "Połączyła ich miłość. Nie rozłączyła śmierć"