Policja kontynuuje dochodzenie

Fot. Archiwum

Po miesięcznym śledztwie policja zatrzymała 34-letniego mieszkańca Przemyśla, Antoniego J., który zniszczył tablicę upamiętniającą mieszkanki miasta. W bagażniku jego samochodu odnaleziono młotek i łom, a w mieszkaniu zabezpieczono kurtkę i dres. – Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, nie myślałem, nie znam rozkładu kamer – mówi Antoni J.

Bohater niechlubnej akcji w grudniu minionego roku wrócił z emigracji z Wielkiej Brytanii, gdzie przez dziesięć lat był kierowcą tirów. Na Wyspy wyjechał po dwukrotnej misji wojskowej w Afganistanie. – Utożsamiam się z Polską dość głęboko – deklaruje. Dlaczego dopuścił się dewastacji? – Za pierwszym razem, po namowie wziąłem łom, uderzyłem w tablicę i uciekłem – opowiada. – Potem cztery razy zrywałem folię, którą tablica była zasłonięta. Drugi raz przyjechałem autem z dużym młotem, trzon miał z metr i ważył jakieś 4-5 kg – opisuje okoliczności zdarzenia.
Podejrzanego aresztowano. – Przyjechało po mnie czterech policjantów, zakuli mnie w kajdanki, zawieźli na dołek. Pierwszy raz w życiu – mówi z przejęciem. Potem Antoniego J. doprowadzono do przemyskiej Prokuratury Rejonowej. Usłyszał zarzut „działania czynem ciągłym, mającym na celu zniszczenie tablicy, tj. pierwszej próby ze skutkiem nieznacznego uszkodzenia i drugiej próby – całkowitego zniszczenia”. Przyznał się do winy i wyjaśnił, że kolega powiedział mu, iż jedna z osób upamiętniona na tej tablicy z racji antypolskiej postawy, nacjonalistycznych i komunistycznych poglądów nie powinna się na niej znajdować. Chodziło o ukraińską artystkę, Olenę Kulczycką. Pozostałe upamiętnione na tablicy kobiety to Polka – Wincenta Tarnawska i Żydówka – Helena Deutsch. Na przełomie XIX i XX wieku wszystkie mieszkały w Przemyślu w kamienicy przy Rynku 26, gdzie zawisła tablica. W momencie popełniania czynu podejrzany, jak sam przyznał, nie znał ich historii. Kierował się tylko informacjami od znajomego przemyślanina, którego zna od około 10 lat. To podczas jednej z imprez powitalnych, po powrocie z Anglii, przy piwie, poruszono temat pozostałości w Polsce po Związku Radzieckim i przez przypadek rozmowa zeszła na upamiętnienie przemyślanek. – To była jedna rozmowa, relacjonuje. – Miałem propozycję wyjazdu do innego miasta, gdzie jest pomnik Armii Czerwonej, by pomóc zrobić coś z tym pomnikiem. Generalnie, jeżeli jest to pomnik Armii Czerwonej, to moje stanowisko w tej sprawie jest takie, że on i tak powinien być usunięty, bo IPN wyraża jasną opinię na temat pozostałości komunistycznych w naszym kraju – opowiada Antoni J.
To właśnie IPN, zapytany przez prezydenta Przemyśla, wydał negatywną opinię o Ukraince. Wtedy legalność tablicy zakwestionowano. Kiedy okazało się, że nie ma podstaw do demontażu, tablica została zniszczona rękami zatrzymanego. Upamiętnienie było ufundowane ze społecznych pieniędzy. Wieńczyło interdyscyplinarny projekt Centrum Światów Jest Tutaj i czekało na oficjalne odsłonięcie. Miasto, w osobie prezydenta, objęło patronatem wydarzenie, ale od tablicy, wystraszony sprzeciwem środowisk narodowych, prezydent umył ręce i wycofał się rakiem.
– Popełniłem błąd – tak podejrzany dzisiaj ocenia swój czyn. – Najgorsze jest to, że chciałem wrócić do wojska. Przez tę tablicę mogę być karany – wzdycha.
Jako, że Antoni J. nie był dotychczas karany, zastosowano wobec niego dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Na wolności czekać będzie na rozprawę sądową. – Podejrzany w czasie przesłuchania nie żałował swojego czynu, nie przeprosił, nie wyraził skruchy – poinformowała prok. Marta Pętkowska, rzecznik przemyskiej Prokuratury Okręgowej. Jednak już w tym samym dniu, kiedy usłyszał zarzuty, sprawca usilnie szukał kontaktu z właścicielami tablicy, chcąc zadośćuczynić za swój czyn. Skąd taka szybka zmiana? – W przypadku podjęcia takich działań przez podejrzanego, może on liczyć na uwzględnienie tej okoliczności przy wymiarze kary – wyjaśniła prok. Pętkowska. Do chwili obecnej nie wpłynęło do prokuratury pismo zawierające intencje wycofania wniosku o ściganie.
Lilianna Kalinowska i Jadwiga Sawicka, inicjatorki projektu, zapytane czy rozważają spotkanie z podejrzanym i wycofanie zgłoszenia o ściganie sprawcy zniszczenia tablicy, potwierdziły zaniepokojone, że udało mu się ustalić ich dane. – Desperacko próbował się z nami kontaktować mailowo i telefonicznie. Najpierw osobiście. Wtedy przekazałyśmy mu informację, że nie jesteśmy gotowe na spotkanie z nim. Potem kontaktował się z nami jego adwokat. Uzgodniłyśmy z nim warunki rozpoczęcia rozmowy. Ma wskazać inspiratora i publicznie przeprosić za swój czyn – wyraziły jasno swoje stanowisko obie społeczniczki.
– Ja się dzisiaj gorzej czuję niż te dwie dziewczyny, które nie chcą się ze mną spotkać – opowiada o swojej sytuacji Antoni J. – Mnie bardziej boli ta tablica, niż osoby związane z jej powieszeniem na ścianie. To mi spać nie daje. Na policji nie żałowałem, bo nie wiedziałem, co mi za to grozi. Nigdy takich rzeczy nie robiłem. Nigdy nie byłem narodowcem. Żyłem i żyję spokojnie. Znajomi moi, to porządni ludzie z pozytywnym nastawieniem do otoczenia, tak jak moje. Lubię piłkę nożną na poziomie Ligii Mistrzów. Z lokalnymi kibicami nie miałem i nie chcę mieć żadnego kontaktu. Dla mnie patriotyczne środowiska, to ludzie, którzy faktycznie chcą zmieniać na lepsze coś w tym kraju – sam sobie wystawia dobre świadectwo J. – Na policji i w prokuraturze nie powiedziałem, i w sądzie też tego nie powiem, z kim rozmawiałem o tej tablicy – zastrzega. – Ja nie jestem narodowcem i nie dam się wrzucić do worka z jakimiś kibicami czy kibolami – deklaruje.
O swoim koledze, z którym rozmawiał przez rozbiciem tablicy, Antoni J. mówi: – To jest bliski znajomy, to nie był zleceniodawca. To może jest narodowiec, ale nie sądzę żeby był kibicem, może kiedyś. Ale to już się stało i się nie odstanie, w takiej sytuacji mogę tylko naprawić błąd – stwierdza. Dlatego w jednym z maili do inicjatorek zaproponował zwrot pieniędzy za zniszczoną tablicę lub powieszenie innej tablicy. Jednak nie chce zdradzić danych osoby, która go informowała czy inspirowała do zniszczenia upamiętnienia. – Ja tego nie powiem. Mam zobowiązania wobec bliskich znajomych. Ja nie będę miał tu życia. Będę musiał stąd wyjechać. Co zmieni szukanie winnych w mojej sytuacji? – pyta.
Faktycznie kara go nie ominie, może być ewentualnie niższa. Grozi mu od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Wprawdzie prok. Marta Pętkowska, poinformowała, że „mamy sprawcę, który przyznał się do winy i to zamyka sprawę”, jednak śledztwo i szukanie intryganta, który Antoniego J. podżegał do zniszczenia tablicy trwa. Potwierdziła to st. asp. Małgorzata Czechowska, oficer prasowy KMP w Przemyślu.
Rozbita w Przemyślu tablica nie jest jedyną, która ostatnimi laty została zniszczona w regionie. Podejrzany swoim czynem wpisał się w poprzednie przypadki wandalizmu, które w okolicach Przemyśla i w Polsce miały miejsce. Niszczono pomniki i cmentarze radzieckie i mogiły żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii. Od lat te drażliwe tematy są wykorzystywane do zaogniania stosunków społecznych na polsko-ukraińskim pograniczu.
– Wiem, ale ja w tym nigdy nie uczestniczyłem, nawet tego nie monitorowałem – zarzeka się J. – Miałem swoje życie, tam nie było miejsca na takie coś, nigdy się tak nie zachowywałem. To był mój jednorazowy wybryk – przekonuje. Jednak bez wskazania osoby, z którą rozmawiał, nie ma szans na wycofanie przez inicjatorki upamiętnienia wniosku o ściganie, co dałoby mu szansę na niższy wyrok. – Wiem, ale już więcej nic nie powiem – kończy sprawę J.

Poprosiliśmy Antoniego J. o kontakt do jednego z jego przyjaciół, który zaświadczyłby o jego nieposzlakowanej przeszłości. Obiecał, że skontaktuje nas z kimś. Do czasu zakończenia pracy nad tekstem nie dotrzymał słowa. Sprawdziliśmy to, co nam powiedział. Dane o swojej służbie wojskowej w Afganistanie, otrzymanym odznaczeniu za misję, pracy jako kierowca w Wielkiej Brytanii, pomniku Armii Radzieckiej w Krośnie, który miał pomóc komuś zniszczyć, udało się nam zweryfikować. Są prawdziwe. Nie udało nam się jedynie potwierdzić ukończenia studiów na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne, które podejrzany miał odbyć na jednej z podkarpackich uczelni.

Mariusz Piotr Sidor

Leave a Reply

Your email address will not be published.