Policjant nie jest od mandatów, ale od ratowania życia!

Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z gen. Józefem Gdańskim, byłym Komendantem Wojewódzkim Policji w Rzeszowie.

– Jak trafił Pan do Policji?
Zacząłem jeszcze przed 90. rokiem. Wszystko było dziełem przypadku. Czasem mówimy, że los kieruje naszym życiem i ja się zastanawiam, czy tak nie było ze mną. Młodzi dziś mówią, że od najmłodszych lat chcieli wstąpić do Policji. Ja nie. Po prostu dawniej uciekaliśmy przed wojskiem. Liczyłem na Straż Pożarną. Nie udało się, więc wylądowałem w Milicji (śmiech). Skończyłem Szczytno, co nie było łatwe. A później zaczęła się kariera w Łańcucie. Strasznie chciałem pracować w pionie kryminalnym, a po 4 miesiącach skierowano mnie na szefa drogówki. Przyszedł rok 90. i totalne zmiany. Znów przypadkowo zostałem zastępcą komendanta rejonowego w Łańcucie. Było wielu starszych i bardziej doświadczonych. Ja miałem 29 lat, kolega, który został szefem – 30 i przyszło nam organizować nową Policję. To było bardzo trudne. No i tak zleciało te 35 lat. Po drodze zostałem generałem (śmiech).

– Jakie to uczucie, kiedy odpowiada się za całe województwo?
– Po 9 latach szef mnie wezwał do Rzeszowa. Nawet nie wiedziałem, po co jadę. Dowiedziałem się, że mam być komendantem w Leżajsku. Tam byłem tylko rok i 26 dni. Pojechałem ze starostą leżajskim do nowo powołanego komendanta Kazimierza Kędzierskiego, bo chcieliśmy budować komendę. Powiedział: „Będziesz budował komendę, ale z pozycji zastępcy wojewódzkiego do spraw logistyki”. To był szok. Ja nigdy nie byłem logistykiem. Broniłem się, bo dopiero poukładałem sobie życie służbowe w Leżajsku. Moja nominacja poszła do Warszawy. Zastępcą Komendanta Głównego był człowiek, którego kiedyś poznałem w Łańcucie. Był wtedy na niższym stanowisku. W 96 r. zabezpieczaliśmy spotkanie kilku prezydentów. Posprzeczaliśmy się, bo mieliśmy inną koncepcję. Stanęło na moim, ponieważ to ja za wszystko odpowiadałem. Gdy zobaczył moje dokumenty powiedział komendantowi: „Nie. Ten gość nie będzie logistykiem, tylko twoim pierwszym zastępcą i to jeszcze nadzorującym prewencję”. Kiedy komendant Kędzierski mnie o tym poinformował telefonicznie, zbladłem i oblał mnie zimny pot, bo zdawałem sobie sprawę z ciążącej na mnie odpowiedzialności. Przez 9 lat pełniłem tę funkcję, a potem w 2008 r. zostałem powołany na komendanta. W 2010 r. otrzymałem generalskie szlify.

– Jakie to było uczucie, gdy miał Pan zostać komendantem wojewódzkim?
W czwartek dowiedziałem się, że w poniedziałek mam nominacje. Jak się jest zastępcą, zawsze jest komfort, że można odesłać osobę z problemami do pokoju szefa. A jak się nim zostaje, to drzwi są już zamknięte. Tymi samymi drzwiami wchodzą problemy i tymi samymi muszą wyjść rozwiązane. Potem byłem jeszcze komendantem w Olsztynie. Podałem się do dymisji, bo miałem inne zdanie na temat pobicia na komendzie. Fakt, że ci, którzy zostali pobici przez policjantów nie byli aniołami, ale z drugiej strony nie po to jest powołana policja. Uznałem, że popełniono błędy w nadzorze. Rozstałem się z mundurem w zgodzie. Chyba jestem jedynym komendantem wojewódzkim tego okresu przed 2016 r., który został pożegnany z honorami.

– Czy gdyby miał Pan podjąć tę decyzję dzisiaj, wstąpiłby Pan do Policji?
– Myślę, że tak. I zrobiłbym to świadomie, a nie uciekając przed wojskiem. Patrząc perspektywy czasu, to jest to wielka sprawa, kiedy się pomyśli, że uratowało się ileś istnień. Oczywiście – w moim przypadku z pozycji zarządzającego nie ma bezpośredniego przełożenia, ale ci policjanci „na dole” codziennie ratują komuś życie. Czasem nawet człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Kiedy zatrzyma się kogoś za szybką jazdę i ukaże mandatem, on przeklina na policjanta. Jednak nikt nie wie, czy 200 metrów dalej nie wylądowałby w rowie, albo kogoś potrącił. Z drugiej strony chroni się innych, zatrzymuje większych czy mniejszych bandziorów, którzy dziś tylko uderzą człowieka, żeby zabrać mu pieniądze, ale jutro mogą go zabić. Myślę, że wszyscy ludzie, którzy funkcjonują w systemie bezpieczeństwa: Straż Pożarna, Straż Graniczna, Prokuratura i sądy przyczyniają się do tego, że możemy wyjść na ulice i nikt nam nic nie zrobi.

– Gdyby dzisiaj był Pan czynnym policjantem, stanąłby Pan w jednym szeregu z protestującymi?
– Znając moją przekorną duszę, pewnie tak. W 1987 r. tworzyliśmy zręby dzisiejszych związków zawodowych. Wtedy miałem 27-28 lat. mogłem się od tego odwrócić plecami i powiedzieć, niech się inni martwią, ale tego nie zrobiłem. Najpierw byłem przewodniczącym tzw. grupy inicjatywnej, a później szefem związków zawodowych – początkowo nielegalnych, potem legalnych. Myślę, że dziś stanąłbym z policjantami, chociaż na pewno zastanawiałbym się, czy jest to zgodne choćby z art. 1. Ustawy o Policji, w której jest napisane, że jesteśmy formacją służącą społeczeństwu. W żadnej innej ustawie służb mundurowych nie ma takiego zapisu. Na pewno przeżywałbym wojnę wewnętrzną, ale mimo wszystko stanąłbym po stronie policjantów.

– Dlaczego?
– Chyba jest niewiele osób, które spotykały się z wdowami i sierotami po poległych funkcjonariuszach. Kiedy policjant ginie, z reguły szef mówi nad grobem: „będziemy pamiętać o twojej rodzinie”. A tak naprawdę za miesiąc, dwa, życie toczy się dalej i te osoby zostają same. W Olsztynie organizowaliśmy im wigilie. Jeżeli się z tymi osobami rozmawia, zobaczy te maleńkie dzieci i biedę, którą klepią, inaczej się na to patrzy. Z reguły odchodzili młodzi ludzie. To były potężne tragedie. W Ostródzie w pościgu zabił się na motocyklu 27-letni policjant. Jego żona była w ciąży. Jaką rentę mogła dostać po nim wdowa? Grosze. Policjant ślubuje, że będzie wykonywał swoje obowiązki z narażeniem życia.  Notabene w ustawie o Policji nakazuje mu się, że ma nawet zginąć, ratując drugiego człowieka. Nie może się wycofać, bo może dostać zarzut niedopełnienia obowiązku. I za ten obowiązek narażania życia powinny być stosowne profity. Stąd myślę, że ten ruch w służbach mundurowych to taki sygnał dla naszych rządzących, że system związany z funkcjonowaniem służb nie jest idealny.

-Efektem protestu, o którym mówią wszyscy, jest wielka solidarność mundurowych. Zawsze była tak silna?
– Nie. To była jedna z pięt achillesowych policji. Nie zawsze stawaliśmy jeden za drugim. W mojej karierze takie zrywy były dwa. Jeden przed 90 rokiem, kiedy zdecydowaliśmy się tworzyć związki zawodowe, a drugi to „psia grypa”. Sądzę, że to zintegrowało policjantów.  To był taki solidarny zryw, który ja nazywałem krzykiem rozpaczy. Myślę, że związki zawodowe chyba do końca nie panowały nad tym. Zostało im surowe działanie – nawet wbrew przepisom ustawy. Bo jeśli jeden, drugi, piąty przyniesie zwolnienie i zamiast dziesięciu patroli na mieście jest jeden, godzimy się na to, że będzie niebezpiecznie.  Jeśli lekarz wydał zwolnienie, to znaczy, że jeśli policjant nie był chory fizycznie, to ze względu na stres nie mógł przyjść na służbę. Nie przypuszczam, żeby wyłudzali zwolnienia. Lekarz też nie ma wyboru. Jeśli człowiek powie, że źle się czuje, a lekarz dopuści go do służby, bierze za niego odpowiedzialność.

– Co doprowadziło do tak desperackiego kroku?
– W mojej ocenie chyba niepodjęcie rozmów ze związkami zawodowymi. Protest trwał od lipca. Odnotowano 50 czy więcej milionów złotych straty z tytułu niewypisanych mandatów. Czy to mało? Pewnie, gdyby Policja dostała te 50 mln, byłaby bardzo szczęśliwa, jednak te pieniądze się nie znalazły. Myślę, że było za mało rozmów, a apogeum nastąpiło, gdy wszystkie służby zebrały się w Warszawie i nikt z ważnych ludzi – przynajmniej ja tak uważam – nie przyszedł do nich nawet, żeby odebrać postulaty. Poza tym myślę, że policjanci mojego pokolenia, którzy pracowali w milicji a potem policji, mili inne wyobrażenia o idei służby. Zdecydowałem się przyjść do „firmy”, ślubować określone zachowania i nie powinienem od pewnych rzeczy odstępować. My inaczej na to patrzyliśmy. Myśleliśmy: „tego nie wypada”, „dobra będę biedny, ale solidny”. Dziś młodzież inaczej patrzy na życie. Idea jest daleko. Liczy się to, że skoro człowiek oddaje swoje życie, chce być pewny, że jego najbliżsi będą żyli w spokoju i przynajmniej przez jakiś czas będą mieli właściwe zabezpieczenie. Wydaje mi się, że młodzież coraz częściej – i chyba słusznie – myśli też o tym, żeby nie pracować za jałmużnę czy miskę ryżu. Każdy zna swoją wartość. Skoro przez rok stara się o przyjęcie do policji, spełnia określone wymagania, to państwo powinno o niego dbać i zapewnić takie warunki, w których będzie mógł normalnie funkcjonować.

Jak to zrobić?
– Rozmawiałem kiedyś o systemie angielskim z byłym komendantem z Yorkshire. Uczył nas jak być prospołecznym i pokazywał nam obraz angielskich dzielnicowych. Oni są wzorcem. Chodzą bez broni i ludzie ich słuchają. My pracujemy nad dzielnicowymi od 90 r. i się nie „dopracujemy” dopóki nie będą dobrze zarabiali. Nie wiem, jak jest teraz, ale po 2000 r. ten komendant opowiedział, że u nich ludzie chcą być dzielnicowym, bo zaczyna z pensją 4 tys. funtów i podpisuje kontrakt na 8 lat, w ciągu których jego pobory wzrastają o 100 proc. A przez 8 lat on zna wszystkich ludzi.  U nas jeśli policjant jest dobry, zaraz robią  na niego zakusy z kryminalnego czy dochodzeniówki. Dają mu 100- 200 zł więcej. W ciągu roku to 1200 zł. Nie pójdzie? Pójdzie. Dobry dzielnicowy przez dwa lata rozpozna teren, odejdzie i szukamy następnego. Dlatego musi powstać pewien system wynagradzania – i to we wszystkich służbach mundurowych – jasny na zewnątrz.

– Usłyszałam niedawno, że jeden z policjantów po akcji, dzięki której państwo nie straciło, a dostał mniej niż 50 zł premii. Jakie są nagrody w Policji?
– To nie są wielkie pieniądze. System płacowy w Policji opiera się na trzech składnikach: zasadniczym, dodatku za stopień i dodatku służbowym albo funkcyjnym. Różnica między stopniami wynosi jakieś 50-100 zł; między oficerem a chorążym może więcej. Nagrody wylicza się od tzw. systemu wynagrodzeń. Jest pula pieniędzy na płace, a od tego chyba 9 proc. na nagrody. Ten fundusz nagrodowy jest dzielony. Przynajmniej kiedyś na osobę przypadało średnio 200 zł. Jeżeli natomiast działania policyjne przysporzyły skarbowi państwa dodatkowe pieniądze, to część z tego odpisu była na nagrody dla tych, którzy brali udział przy sprawie. Po podziale, kwoty nie są wysokie. Składaliśmy kiedyś taki wniosek, żeby do poborów policyjnych co miesiąc była dopisana premia – 5 czy 10 proc. To by było bardzo transparentne. System nagrodowy na zasadzie „widzimisię” nie spełnia tego wymogu, bo ktoś, kto za to, że przychodzi do służby, jeździ na każdy mecz i ryzykuje głową, dostaje 200 albo 100 zł więcej od tego, kto pracuje za biurkiem. W Stanach odpowiednik naszego dzielnicowego zarabia 60 tys. dolarów rocznie, ale może sobie dorobić drugie tyle – do 100 proc., czyli 60 tys. na tzw. służbach zastępczych.

– Jak?
– Załóżmy, że w nocy malują wiadukt na autostradzie. Zatrudniają policjanta, który w czasie wolnym od służby przyjeżdża radiowozem i przez 4-5 godz. pilnuje, żeby nic się nie stało tym ludziom, którzy malują.  U nas policjant generalnie nie może dorobić, a jeśli już to za zgodą komendanta. Myślę, że to się musi zmienić, bo my tu na wschodniej stronie jeszcze mamy chętnych do pracy w policji, ale na zachodzie nie. Kiedyś rozmawiałem z kolegą z resortu. Powiedział, że nie opłaca się przyjść do policji, bo kursant, który zarobi 1600 zł w czasie szkoły, dostanie tyle w ciągu tygodnia w Niemczech.

– Co zrobić, by zachęcić młodych do służby?
– Na pewno Komendant Główny widzi co się dzieje, ale sam nic nie zrobi. Musi być system państwowy. Samą ideą się nie zachęci. Co z tego munduru, jeśli za chwilę człowiek nie będzie miał z czego żyć. U mnie w gminie dwóch policjantów miało 9 czy 10 lat służby. Odeszli ze służby, bo wzięli  kredyty, wybudowali domy i okazało się, że żony zostały zwolnione, a kredyty trzeba było z czegoś spłacać. Zdecydowali się pracować na tirach i zarabiają po kilka tysięcy. Szkoda. Państwo polskie wyłożyło na nich sporo pieniędzy, a prywatny biznesmen z tego korzysta, bo ma przygotowanych ludzi, znających przepisy prawne.

– Policjanci mówią, że do służby przychodzą ludzie, którzy nie potrafią strzelać albo nawet obronić się przed napastnikiem. Szkolenie kuleje?
– Cały system szkoleniowy może nie jest zły, ale nie do końca robimy to tak jak należy. Kiedy studiowałem w Szczytnie jako „zielony człowiek”, miałem to szczęście, że przychodzili tam zawodowcy. Ci którzy pracowali w terenie po kilkanaście lat albo dłużej. Dzisiaj w wielu szkołach, zwłaszcza tych początkowych jest tak, że wczoraj ktoś był uczniem tej szkoły, a dziś wykładowcą. Uczy tego, co wyczytał z teorii, a zdarza, że robi z siebie szeryfa i opowiada niestworzone rzeczy, których nigdy w życiu nie widział i nie doświadczył. W Olsztynie policjanci doprowadzili mnie kiedyś do wściekłości. Do szpitala jechał syn z ciężko chorym ojcem. Mocno przekroczył prędkość. Funkcjonariusze go zatrzymali. On tylko krzyknął, że jedzie do szpitala. Wsiedli do radiowozu i pojechali za nim. Gdyby pojechali z przodu i ułatwili dotarcie, otrzymaliby ode mnie dużą nagrodę. Oni pojechali do tego szpitala i czekali godzinę  może półtorej aż kierowca wyjdzie, żeby ukarać go mandatem. Bardzo źle się to odbiło na wizerunku policji. W wyjaśnieniach napisali, że uczono ich, że gdy ktoś dopuści się wykroczenia, nie ma żadnych okoliczności łagodzących. To jeden z elementów błędnego szkolenia. Nic nie widzimy poza przepisami, a rozum zostawiamy gdzieś z boku. Trzeba być człowiekiem. Tę „firmę” powołuje się w celu ratowania życia i zdrowia, a nie wystawiania mandatów.

– Na jakie rozwiązania warto postawić?
– Mnie podobał się system holenderski. U nas wielu doświadczonych oficerów idzie na emeryturę i korzysta z artykułu, który umożliwia płacenie świadczenia jakby był czynny w służbie, choć nie jest. U nich mogą je dostać, ale przez ten rok wykorzystują ich wiedzę. Albo jeżdżą do szkół i uczą młodych, albo do jednostek policji i prowadzą najnormalniejsze w świecie szkolenia. System szkolenia powinien się zmienić, choć nie wierzę, żeby to się stało szybko. Żeby go przygotować, trzeba coś przetestować, potem zobaczyć jak to będzie w teorii i praktyce i ewentualnie kontynuować. Komendant z Yorkshire powiedział mi kiedyś: „Wy to jesteście takim szalonym narodem. Dziś macie pomysł, jutro wykonanie, a pojutrze mówicie, że wam się coś nie udaje. My 200 lat budujemy system demokratyczny i nie wiemy czy dobrze, a wy byście chcieli to zrobić za 10 lat”. Czasami niepotrzebnie się zniechęcamy do pewnych rozwiązań.

– Zmiany w Policji są możliwe i za kilka lat zobaczymy inną formację?
– Myślę, że tak. Życie nas do tego zmusi, zmiany wewnętrzne i europejskie. Jesteśmy częścią Europy i nie możemy się zatrzymać. Te przekształcenia może wolno, ale idą. Kiedyś nie uczono nas języków, dziś jest to niezbędne. Zmieniło się zagrożenie cyberprzestępczością. Teraz w policji są służby, które się tym zajmują. Ta transformacja się ciągnie ale następuje.

– Jak Pan ocenia wynegocjowane przez mundurowych porozumienie? Część policjantów jest zadowolona, ale część – jeśli nie większość… czuje się oszukana.
– W naturze człowieka leży, że zawsze chciałby więcej niż mniej, ale uważam, że metoda małych kroczków jest dużo lepsza niż takie szarpanie się i dyskredytowanie tego, co się osiągnęło. Są pewne ruchy, które są dobre. Teraz trzeba rozmawiać z władzami o kolejnych. Trzeba się też postawić po drugiej stronie. Ja kiedyś zarządzałem i wiem, że nie da się zrobić wszystkiego na raz. Tak krawiec kraje, na ile materiału staje. Myślę, że jeśli teraz policjanci  pokażą dobrą robotę, minister czy premier będą mieć podstawę, żeby myśleć o kolejnych wzmocnieniach.

Rozmawiała Wioletta Kruk

Leave a Reply

Your email address will not be published.