Polowanie na ludzi w podkarpackiej wiosce. Uciec stąd jak najdalej

Mariusz nie może spać, nie może jeść, bo co zje, to zwróci. Schudł już 15 kilo. Skóra i kości. Zdarza się, że zasłabnie. Z nerwów. Nabawił się silnej depresji lękowej. Boi się wyjść z domu i zostać sam w domu, a zakupy – jak już musi, robi w sklepie oddalonym o 20 km. Najrzadziej jak się da i nigdy sam. – To nie jest życie… – wyznaje smutno. Horror – jak opowiada, zaczyna się gdy gasną uliczne lampy – Bo wtedy nie widać twarzy… Chociaż w dzień, wcale nie jest lepiej.

Jedziemy do Mariusza, do maleńkiej wsi na Podkarpaciu, której nazwy – na jego prośbę, nie podamy. Z Rzeszowa mamy niemal 2 godziny jazdy.

Okolica – malownicza, jak z pocztówki. Lasy, łąki, pola, pasące się przy drodze krowy. Sielsko-anielsko i czas jakby płynął wolniej. Około 290 mieszkańców, 70 domów zamieszkałych. W jednym z nich mieszka 37-letni Mariusz. Brama na podwórze zamknięta, na domu kamery… Ktoś by pomyślał: – Po co? W takim miejscu?! – Chodźmy lepiej do środka – zaprasza.

Mariusz jest jedynakiem. To bardzo szczupły, niewysoki brunet z nieśmiałym uśmiechem. Sprowadził się tu z rodzicami z małopolski, w 2015 r. Szukali spokojnego miejsca, ogłoszenie znaleźli w Internecie. Pięknie – jak to na wsi, a i oferta atrakcyjna cenowo. Dom do remontu. Wzięli. – Miała być wspaniała, spokojna wieś – przyznaje wbijając wzrok w podłogę.

– I na początku było dobrze – mówi. – Do czasu, jak nie postanowiliśmy się ogrodzić. Wzięli geodetę, żeby wznowił granice. – I okazało się, że sąsiedzi muszą się przesunąć. Niewiele. Wszyscy się zgodzili, ale przesunąć się nie chcieli z wyjątkiem jednego. Po roku poszły więc pisma od prawnika – opowiada. I się zaczęło… – Jeden sąsiad jak zobaczył pismo, powiedział mi wprost: „Ja ci k*** zaj*** kota” – opowiada Mariusz – Jeden został otruty, drugi przejechany samochodem, tuż przed domem. Mariusz znalazł go leżącego pod bramą.

W międzyczasie zmarł jego tata. Został sam, bo mama pracuje poza Podkarpaciem. Dojeżdża od czasu do czasu. Konflikt o miedzę ustał, ale w październiku 2017 r. sprowadził się do niego przyjaciel – Karol. Ma 22 lata, pochodzi z Lubelszczyzny. Bardziej postawny od Mariusza szatyn. Znają się od wielu lat, a poznali się przez Facebooka. – Zaczęło razić, że dwóch mężczyzn mieszka razem – opowiada Karol. – A my mamy nawet to samo nazwisko, możemy równie dobrze być kuzynami, co to kogo obchodzi. Ale nie… „Pedały tu mieszkają!”. Ja nie pokazuję się w cekinach i tęczy, jestem normalnym chłopakiem. Nie prowokujemy, nie wiem co kto może mieć do nas, że normalnie przejść nie możemy, tylko „Idą pedały!, Pedały idą!”. I tak cały czas… To wszystko ich domysły, szukają sensacji.

Po wsi rozniosło się, że Mariusz jest gejem. Bo jest. – Ale czy to jakaś zbrodnia? Przecież nikomu nie robię krzywdy – mówi wyraźnie załamany. Tam, gdzie mieszkał wcześniej znajomi wiedzieli o jego orientacji. – Nie robili mi z tego powodu problemów, nikogo to nie interesowało. Powiedzieli „rób co chcesz” i przyjęli to do wiadomości – przyznaje. Jako pierwszej powiedział o tym mamie. Miał wtedy 25 lat. – Dobrze to przyjęła, zresztą zawsze miałem w niej wsparcie. „Każdy jest człowiekiem i ma prawo żyć” – powiedziała mi. Jej nie robi to różnicy.

Ale tu… . – Zaj*** pedały. Zaj*** was ch***, nie macie prawa tu żyć! Nogi wam z dupy powyrywamy – cytują. – I tak jest na każdym kroku – przyznają. – Jednego sąsiada zapytałem wprost, czy ma coś do mnie – wspomina Mariusz. – Odpowiedział, że nie. To zadałem mu pytanie, dlaczego mnie po pijanemu wyzywa. Obruszył się, ale nic nie odpowiedział. A ja nie chcę nawet z nikim rozmawiać. Chcę tylko przejść spokojnie. Ale się nie da… Kiedyś na asfalcie przed domem napisali jakąś oleistą mazią „Zaj*** pedałów” i strzałeczki w naszą stronę. Innym razem usłyszałem, że mi hamulce podetną w samochodzie.

Opowiada dalej: – Przyjeżdżają pod nasze okna na motorkach i rowerach. Wykrzykują do nas, odgrażają się bluzgają. Za dnia są wyzwiska, a najgorzej jest w nocy, jak lampy gasną. Do 22 się palą. Dlatego te kamery na domu…

Mariusz na dowód pokazuje nagrania. Na jednym z nich widać 8 młodych osób. Chłopaki i dziewczyny. Stają przed domem. Widać gesty rękami, odgrażanie. Co krzyczą? – pytamy – Pedały j***, to standard – przyznaje Karol. – Wyją, drą się „J*** pedały”, „zaj*** ich”, „Ch***” – dodaje Mariusz. Ma nagrania dźwiękowe. Puszcza jedno z nich. Słychać krzyki, wrzaski: „Pedały!”. Męski głos śpiewa „Zakaz pedałowania”. – Niektórzy są miejscowi, reszty nie kojarzymy. Przeważnie młodzi atakują – przyznaje Mariusz dodając, że tak jest już od dwóch lat. Nienawiść aż w nich płonie. – Dzwonicie wtedy na policję? – pytamy. – Nie dzwonimy, bo to nie ma sensu. – przyznaje. – Przejadą, pokrzyczą i pojadą, a zanim policja przyjedzie po jakimś czasie to już ich nie będzie. Co to da…

– Ostatnio było walenie do okien i drzwi. Mam nawet świadka – mówi. W tym czasie rozmawiał akurat przez telefon ze znajomą spoza Podkarpacia. – Mogę zadzwonić do pani Barbary, to opowie. Dzwonimy. – To było straszne – słyszymy w słuchawce. – Nie wiedziałam, że ludzie mogą być podli do tego stopnia. To co się działo… ja się sama bałam. I gdyby nie to, że mieszkam daleko, wsiadłabym do auta i jechała do niego. Słyszałam walenie do szyb, do drzwi, krzyki. Mariusz był przerażony… Bo to było przerażające. Aż mi się ręce trzęsły. Ja to wszystko słyszałam, mogłabym nawet potwierdzić w prokuraturze.

Pani Barbara jest starsza od Mariusza. Pytamy skąd znają się znają. – Z Facebooka – odpowiada. – Ja nie jestem z tego środowiska. Przeczytałam już dużo wcześniej kilka jego alarmujących postów. Zaczęliśmy rozmawiać, a od jakiegoś czasu jesteśmy w kontakcie telefonicznym. Opowiada mi co się dzieje, jak otruli mu kota, jak pies jadł truciznę. Dla mnie to jest nie do pojęcia. Każdy jest człowiekiem albo dobrym albo złym, ja nie dzielę ludzi na LGBT i „normalnych”. Doradzałam mu wyjazd, ale boi się zostawić dom, bo grożą mu spaleniem.

– Z pieskiem to było tydzień temu. Zauważyłem jak coś je na ogrodzie, wyrwałem mu z pyszczka. To była kiełbasa, a w środku było coś różowego – opowiada Mariusz. – Trutkę mieliśmy już rozsypaną koło garażu, pod autem, pod śmietnikiem – dodaje Karol. – Albo jak wychodzimy z nią na spacerki… Bo przecież pies musi wyjść, jest przyzwyczajona do chodzenia. Słyszymy: „pedały j*** Najczęściej krzyczą pijaczki pod sklepem. Ostatnio tak było. Przechodziliśmy obok sklepu, a panowie zaczęli krzyczeć: „idzie dwóch pedałów, nogi wam z dupy powyrywamy, zaj*** was, nie wolno wam tędy chodzić”. Jak wracaliśmy to było to samo – dodaje.

Nie wytrzymali i zadzwonili na policję. – Przyjechali, interwencja trwała dosyć długo – opowiadają. – A po niej… Jeden z tych mężczyzn jechał na rowerze pod naszym domem i znów: „j*** pedały, zaj*** was”. Następnego dnia to samo.

– Zakupów nie robimy tutaj jeździmy 20 km dalej – mówi Karol. Dlaczego? – pytamy. – Jak była poprzednia ekspedientka to nawet dzień dobry nie odpowiadała. Jak prosiłem o jakiś produkt, to choć był, a nie chciała sprzedać – Jak już jedziemy na zakupy to we dwóch. Duże, żeby nawet na miesiąc starczyło – dopowiada Mariusz.

– Raz o mało nie doszło do bicia – mówi Karol. – To było w sąsiedniej miejscowości. Pojechaliśmy po kartony na rozpałkę. Mariusz nawet z samochodu nie wysiadł, bo się bał. Poszedłem, wziąłem od pani ekspedientki kartony, zacząłem ładować do samochodu i doskoczył do mnie do mnie jakiś młody chłopak: „Pedały! Pedały!”. Nie reagowałem, ale nie przestawał. I gdyby dyby nie pani ekspedientka i te kartony między nami… Próbował wybić szybę w aucie. Nie raz słyszymy: pobijemy go”. Dlatego nosimy przy sobie gaz pieprzowy. Dla bezpieczeństwa. Nigdy go nie użyliśmy, ale mamy.

To wszystko spowodowało, ze Mariusz jest kłębkiem nerwów. – Nie śpi po nocach, nie może jeść, wymiotuje, ma lęki, bierze silne leki, bo ma depresję lękową. Ale po leki sam nie pójdzie bo się boi – wylicza Karol, a Mariusz spuszcza głowę. W trakcie naszej rozmowy 37-latek kilkukrotnie przyznaje, że bardzo się denerwuje. – Zdarza mu się, że zasłabnie z nerwów. Ja się nim opiekuje, bo nie może być sam. Nie dałby rady. Zniszczyli mu psychikę. Ja też się boję, ale ktoś musi być silniejszy. Lekarz mówi, że przed nim długie leczenie, że najlepiej byłoby gdyby zmienił otoczenie. – opowiada Karol. A Mariusz dodaje: – Ale puki co nie możemy, bo musi minąć 5 lat od kupna domu żeby nie płacić podatku.

A z finansami u nich krucho. Mariusza i Karola utrzymuje mama 37-latka. – Nieraz wysyła nam jedzenie – przyznaje Mariusz. Karol nie pracuje – Gdzie tu miałbym znaleźć pracę… – pyta. – Na szczęście 5 lat mija w tym roku. Będziemy chcieli z mamą sprzedać i się wynieść jak najdalej – mówi 37-latek i kontynuuje: – Co my komu przeszkadzamy… Nawet dzień dobry nie mówimy żeby nie prowokować – wyznaje Mariusz. A jest ktoś po waszej stronie? – Tak, bliski sąsiad – potwierdza – Możemy pójść, zapytać. Z sąsiadem rozmawiamy przez płot. – My tu żyjemy bardzo dobrze – przyznaje mężczyzna w średnim wieku. – Mieszkamy obok siebie, nie przeszkadzamy sobie. Jak trzeba było przesunąć granicę to przesunąłem. Wszystko jest w porządku. Ja do nich nic nie mam. – A słyszał pan krzyki pod domem Mariusza? – dopytujemy. – Wie pani, mnie tu całymi dniami nie ma, dużo pracuję – odpowiada i na koniec zapewnia: – Uważam, że Mariusz jest ok.

O 37-latku w ostatnim czasie zrobiło się głośno na całą Polskę za sprawą Mateusza Sulwińskiego, prezesa poznańskiej Grupy Stonewall, która walczy o prawa osób LGBT. W poście, który udostępnił na Facebooku opisał sytuację Mariusza. Post lotem błyskawicy rozprzestrzenił się po Internecie. – Najpierw poznałem Sue Bell z tej organizacji – mówi Mariusz i dzwoni do niej – Zobaczyłam kiedyś na Facebooku komentarz Mariusza, który był wołaniem o pomoc. To był bardzo dramatyczny wpis i poczułam, że to jest osoba, która nie ma się do kogo zwrócić o pomoc, a która jej potrzebuje. Napisałam do niego i od tego czasu utrzymujemy kontakt, staramy się pomóc jak możemy, ale to jest trudne, bo jesteśmy daleko. Kiedyś przez telefon słyszałam jak jest atakowany i wyzywany. Akurat wtedy rozmawialiśmy. Słyszałam prymitywne wyzwiska, same wulgarne słowa. – opowiada aktywistka. – W 2018 r. zaprosiliśmy go na Marsz Równości do Poznania, żeby mógł choć chwilę poprzebywać wśród ludzi takich jak on, w atmosferze akceptacji.

Byli tam z Karolem przez tydzień. – Tam było niesamowicie – podkreślają – Zupełnie inna atmosfera, inni ludzie. Aż nie chciało się wracać… Do czego…

– O! – Mariusz zrywa się podczas rozmowy. – Właśnie ktoś na rowerze przejechał i odgrażał ręką. Gdy podbiegamy do okna widać już tylko tylne koło. – Tak właśnie tu jest – dodaje.

Mariusz w ostatnim czasie skontaktował się z prawniczką. – Opowiedziałem jej co się tu dzieje i powiedziała, że nie popuści. Przygotowuje pisma – mówi. – Wskazałem dwie osoby, które nas wyzywały, reszty osób nie znamy.

Wychodzimy od Mariusza i przechadzamy się po wsi. Jest prawie pusto. Po drodze mijają nas może dwa traktory. Spotykamy młodą kobietę z dzieckiem. To jedna z najbliższych sąsiadek. Pytamy o sytuację. – Ja się tu wychowałam, znam tych ludzi, tu naprawdę nikt nie zwracał na nich uwagi – podkreśla. – Na początku było na spokojnie, a potem się zaczęło o miedzę. Sami zaczęli straszyć sąsiadów pozwami. Kazali się odgradzać. – A kwestia orientacji? – Na początku może i była sensacja, że są homoseksualni, ale nikt nie wytykał ich nikt palcami. Tutaj średnia wieku to 70 lat… Nie wyobrażam sobie ze ktoś w ramach rozrywki przychodzi i krzyczy, że są „pedałami”. Nikt jeszcze z żadnego powodu nie był tutaj prześladowany. Młodzi u nas to ludzie przeważnie w wieku 25-30 lat. Jak się napracują, to komuś się chce jechać i krzyczeć „zakaz pedałowania”? – mówi. – Jak zamontowali kamery, to była trochę sensacja, bo tu nikt ich nie ma. Ale szybko przeszło i życie dalej toczy się flegmatycznie. Każdy żyje własnym życiem, swoją kurą i podwórkiem. Nikogo nie obchodzi kto z kim śpi, gdzie jeździ, co robi.

– Ja nie mam problemu z ich orientacją – przyznaje kobieta w średnim wieku, która w trakcie naszej rozmowy wychodzi z podwórka. Mieszka też obok. – Nawet jakby chcieli, to mogę świadczyć jakby ktoś ich wyzywał. Ja jestem pierwsza za tym żeby ukarać każdego, kto grozi. Każdy ma prawo do swojego życia, a za obraźliwe słowa należy ukarać, mnie nie interesuje kto z kim, co. W ubiegłym roku słyszałam raz, ale to nie byli dorośli, a dzieciaki. Czasami starsze osoby coś powiedzą, taka mentalność ale starsze osoby nie staną im przed bramą nie będą wykrzykiwać.

Zatrzymuje się przy nas mężczyzna na rowerze. – Ja nie słyszałem, żeby ktoś ich wyzywał – mówi. – W ubiegłym roku, w lecie – dopowiada nasza poprzednia rozmówczyni. – – Moim zdaniem trafili na doskonałe towarzystwo, a że ktoś po piwie coś brzdąknie – dodaje mężczyzna. – Oni się izolują. Na początku rozmawiali ze wszystkimi, a teraz jak idą odwracają się w druga stronę – twierdzi mężczyzna i dodaje – Dla mnie to tacy mieszkańcy, jak reszta innych. Czasem zażartuję trochę do nich „o, fajny piesek”. A te krzyki pod oknami? Chyba, że wieczorem coś tam jest, tego nie wiem.

Do bramki przychodzi zawołana przez sąsiadkę starsza kobieta. – Dla mnie to są ludzie jak każde jedne. Bozia nas stworzyła jednych takich, a drugich takich… Z szacunkiem do każdego – mówi. – Albo to gówniarze albo kto… Nie ma tak, że wioska zbiera się pod ich oknami – kończy kobieta w średnim wieku.

Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z miejscową policją. W odpowiedzi dostaliśmy maila: „Informuję, że 23 lipca dzielnicowy z Posterunku Policji w (nazwa do wiadomości redakcji) rozmawiał z mężczyzną, mieszkańcem wsi (nazwa do wiad. red.), który przekazał, że w miejscu zamieszkania jest obrażany przez swoich sąsiadów. Kierują oni w jego stronę obraźliwe słowa, wyzwiska i wulgaryzmy. Dzielnicowy przekazał mężczyźnie, że takie zachowania są ścigane z oskarżenia prywatnego i pouczył go o trybie postępowania. Mężczyzna w rozmowie z policjantem nie wspominał, aby kierowano w jego stronę groźby karalne, nie zgłaszał też innych przestępstw, jakie ścigane są z oskarżenia publicznego. Zgłaszający poprosił dzielnicowego, aby zwrócił uwagę dwóm sąsiadom, którzy zachowują się wobec niego w sposób niewłaściwy. Dzielnicowy taką rozmowę przeprowadził, pouczył mężczyzn o konsekwencjach prawnych ich niewłaściwego zachowania. W dniu 27 lipca dzielnicowy skontaktował się ze zgłaszającym i poinformował go o tym, że rozmawiał z jego sąsiadami. Aktualnie dzielnicowy jest w stałym kontakcie z mężczyzną, który zobowiązał się przekazywać mu wszelkie informacje o niewłaściwych zachowaniach. Ponadto informuję, że nie odnotowaliśmy interwencji podejmowanych pod adresem zamieszkania mężczyzny”.

Rozmawialiśmy też z sołtysem. – Jak przyjechali, miedzę prostowali przez 3 lata. Sąsiadów 4 było, kłócić się o parę centymetrów… Też to swoje zrobiło. Każdy wie pani jak swoje postrzega. Każdy kij ma dwa końce – przyznaje nasz rozmówca. – Ja tam nie widzę żadnego konfliktu i raczej nikt im nie dokucza tutaj. Sam się z tym nie spotkałem, to nie mogę jednoznacznie stwierdzić, może jakiś tam był incydent, to jak mają kamerowane, to powinni mieć dowody. Sześć lat tu jestem sołtysem i żadnych konfliktów ani problemów nie było, a różni ludzie przyjeżdżają. To pierwsza taka sytuacja. U nas są ludzie bardzo tolerancyjni. Wie pani jak to się mówi… Jak nikt nie wchodzi w drogę nikomu, to i nikt nie wchodzi.

– My chcemy tylko żeby się uspokoiło. Ciszy i tylko tego. I żeby sprzedać ten dom i stąd iść – wyznaje Mariusz dodając cicho: – Jak najdalej…

Katarzyna Szczyrek

62 Responses to "Polowanie na ludzi w podkarpackiej wiosce. Uciec stąd jak najdalej"

Leave a Reply

Your email address will not be published.