
W 1946 roku Polacy uważali, że poakowska konspiracja jest strażnikiem niepodległości.
Rozmowa z prof. dr. hab. Grzegorzem Ostaszem, historykiem, badaczem dziejów podziemia niepodległościowego na Rzeszowszczyźnie.
– Okręgiem Rzeszów kierowało trzech kolejnych prezesów WiN: Adam Lazarowicz, po nim Bronisław Wochanka i Władysław Koba z przemyskiej AK. Według pana, który z nich był najwybitniejszy?
– Podczas prezesury Lazarowicza WiN osiągnął największe sukcesy. Na terenie Rzeszowszczyzny zbudował strukturę terenową: rejony WiN-u, rady powiatowe, mniejsze jednostki i siatki, oparte nawet na wioskach. Podczas jego prezesury WiN przeprowadził skutecznie akcję propagandową w związku z referendum ludowym w czerwcu 1946 roku. WiN wzywał Polaków do głosowania na dwa pierwsze pytanie „nie”, zgodnie z intencją PSL-u, co stanowiło pewną formę współpracy opozycji legalnej i nielegalnej. Większość społeczeństwa tak głosowała, ale komuniści sfałszowali wyniki referendum. WiN był wówczas depozytariuszem idei niepodległości. Polacy uważali, że poakowska konspiracja jest strażnikiem niepodległości, być może także elementem, który pozwoli tę niepodległość odzyskać.
– Czy zwykli Polacy mieli świadomość, że oprócz oddziałów leśnych, które nie złożyły jeszcze broni, jest jakaś ukryta struktura?
– W Armię Krajową na Rzeszowszczyźnie było zaangażowanych 50 – 60 tys. ludzi i większość z nich utrzymywała jeszcze kontakty, łączność organizacyjną, a niemała część wiedziała, że w podziemiu funkcjonuje jeszcze jakaś elitarna grupa. Pewnie na początku nie mieli świadomości, że ta konspiracja to Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, ale później propaganda komunistyczna używała tej nazwy jako swego rodzaju straszaka, dowodu, że władza ludowa musi stosować terror wobec swoich przeciwników.
– WiN tworzył też strukturę ekonomiczną. WiN-owcy obracali dużymi sumami pieniędzy, wypłacali sobie pensje.
– Trzeba mieć świadomość, że zawodowy konspirator nie ma możliwości zarabiać, a musi z czegoś żyć. Ci ludzie mieli rodziny.
– Pieniądze pochodziły z krajowego źródła czy z Londynu?
– W dużej mierze były to pieniądze, które pozostały po Armii Krajowej, WiN uruchamiał też własne przedsiębiorstwa gospodarcze, które miały dawać fundusze na działalność konspiracyjną. W Przemyślu uruchomiono firmę autobusową, która miała wozić ludzi pomiędzy Przemyślem a Krakowem. Duża część pieniędzy pochodziła od darowizn i dobrowolnych składek ludzi, którzy prowadzili jeszcze jakieś firmy, np. piekarzy, rolników. Mały biznes wspierał tę konspirację. Płynęły też pieniądze z Londynu.
– WiN tworzył skomplikowaną strukturę, która z biegiem lat się zmieniała. W miarę rosnącego zagrożenia zrywały się relacje między poszczególnymi grupami.
– Urywała się łączność. Nie było mowy o łączności radiowej, opierano się wyłącznie na kurierach i przesyłaniu informacji ustnych i pisemnych. Z czasem pogłębiało się zmęczenia, ale też i poczucie strachu, ludzie zaczęli się wycofywać. Kolejne ogłaszane przez komunistów amnestie powodowały, że konspiratorzy wychodzili z podziemia, np. drugi prezes okręgu rzeszowskiego WiN, czyli Bronisław Wochanka. Wochanka ujawnił się wiosną 1947 roku po sfałszowanych wyborach do sejmu ustawodawczego. Niestety, ujawnienie polegało także na przedstawieniu swoich kontaktów organizacyjnych, czyli ujawnieniu struktury w dół i w górę. Na tej podstawie komuniści rozpracowywali całe siatki konspiracji niepodległościowej. Nie wiadomo, co Wochanka powiedział, faktem jest, że nigdy nie był aresztowany, co budziło zawsze podejrzenia u innych. Ale ja zawsze jestem daleki od oceniania ludzi. Oni byli prawie przez dekadę w konspiracji. Np. Lazarowicz działał w rzeszowskiej konspiracji od 1939 roku do końca 1947 i na prawdę trzeba mieć dużą odporność psychiczną, żeby tyle wytrzymać.
Sukcesem WiN-u było to, że wiele informacji było skutecznie przekazywanych na Zachód, do polskich środowisk emigracyjnych i do instytucji międzynarodowych, np. ONZ, prezydenta Stanów Zjednoczonych Trumana. WiN miał od 1946 roku delegaturę zagraniczną, kierowaną, tu możemy być dumni, przez człowieka z naszego regionu, Józefa Maciołka. Ta delegatura funkcjonowała w Londynie do 1953 roku. Od roku 1946, przez cały rok 1947, centralnym, ogólnokrajowym WiN-em kierowali ludzie z Rzeszowszczyzny: Łukasz Ciepliński i jego współpracownicy, podkomendni z AK.
– Musieli mieć do siebie zaufanie, to było ich siłą, ale i minusem, bo pochodzili z jednego terenu i w końcu zostali zdekonspirowani.
– Na pewno. Coraz bardziej odczuwali zaciskającą się pętlę ze strony bezpieki. Stąd przejście do Krakowa, potem na Dolny Śląsk, do Wrocławia. Pewne regiony kraju były już wyłączone z tej działalności, rozpracowane prze bezpiekę.
– Okres IV Zarządu WiN nazywany jest mianem heroicznego, gdyż była to działalność bez szans na sukces.
– Siatka kadrowa została ograniczona do minimum. Ale trwali do końca. Ciepliński był zawodowym żołnierzem, gdy wybuchła wojna szybko wykazał się dobrymi zdolnościami konspiracyjnymi i organizacyjnymi. Zawodowemu żołnierzowi nie jest łatwo wejść do konspiracji. Cieplińskiemu się to udało. Potem w WiN-nie zaczął stawać się politykiem. Po aresztowaniu, podobnie jak jego poprzednicy, łudził się, że jest partnerem do rozmów, że komuniści przestrzegają obietnic, pewnych zasad i ustaleń, że można z nimi prowadzić negocjacje. To się skończyło tragicznie. Poprzednie trzy Zarządy nie zostały tak brutalnie potraktowane, jak ten IV kierowany przez Cieplińskiego. Cała ta grupa kierownicza została skazana na karę śmierci i stracona 1 marca 1951 roku w Warszawie. W przypadku poprzednich Zarządów zapadały wyroki dożywocia czy wieloletniego więzienia, ale nie kary śmierci. Wydając te wyroki komuniści chcieli pokazać, że ostatecznie opanowali konspirację niepodległościową, chcieli ogłosić swój sukces.
– Liderzy WiN-u byli ludźmi ideowymi, o wyrazistych poglądach. Władysław Koba przed egzekucją zawołał do oprawców: „Polska się jeszcze o nas upomni, zapłacicie za to!”
– Byli wychowani przez II Rzeczpospolitą na tradycji legionowej, powstańczej, w sposób bezinteresowny wyznawali idee niepodległości, pracy dla ojczyzny. Oni bez mówienia o tym robili te rzeczy. Poświęcali swoje kariery, całe swoje życie, życie swoich najbliższych dla takiego celu. Prześladowane były także ich rodziny. Skrajnym przykładem może być wdowa po Łukaszu Cieplińskim, która była inwigilowana do końca życia; pod stałym nadzorem Służby Bezpieczeństwa pozostawał też syn Cieplińskiego, Andrzej. Niestety, zmarł tragicznie w młodym wieku.
– Czy są jakieś nierozwiązane przez historyków zagadki WiN-u?
– Konspiracje powinny być tajne do końca, historycy nie powinni docierać do wszystkiego, bo to by pokazywało, że dana formacja była źle przygotowana. Myślę, że wiele rzeczy może jeszcze wypłynąć. Bardzo ciekawą rzeczą jest zainstalowanie przez rzeszowski WiN wtyczek w bezpiece. My znamy kilka nazwisk, które zostały potem rozszyfrowane, ale wydaje się, że nie wszystkie te osoby musiały wpaść. Jednym z pozyskanych przez WiN agentów był absolwent szkoły NKWD w Kujbyszewie, szkolącej przecież wyjątkowo niebezpiecznych janczarów systemu. To niebywały sukces podziemia niepodległościowego. Bardzo cennymi okazywały się w tych działaniach wywiadowczych kobiety, które pracowały jako urzędniczki w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie i w Powiatowym Urzędzie BP w Przemyślu. One dostarczały cenne materiały, które były przekazywane na Zachód. Wielką zagadką jest ppor. Kazimierz Dziekoński, oficer dywersji AK, a potem dowódca rzeszowskiej „Straży” – bojówki WiN, który miał na koncie udaną akcję likwidacyjną wyjątkowo niebezpiecznego dla konspiracji, przeszkolonego przez Sowietów funkcjonariusza UB. Dziekoński po prostu zniknął, zatarł po sobie ślady. Udało się ustalić tylko, że dotarł do Anglii, ale nawet tam nie został namierzony, gdyż nie utrzymywał kontaktów ze środowiskiem kombatanckim.
Rozmawiał Piotr Samolewicz


