
W Domu Sportowca w Sanoku powstał największy w mieście punkt pomocy dla osób uciekających z ogarniętej wojną Ukrainy.
– Mój telefon dzwoni właściwie bez przerwy, jednego dnia naliczyłem prawie 300 połączeń. Jedni oferują pomoc, inni o nią pytają, a my robimy wszystko, aby nikogo nie zostawić bez wsparcia – mówi Bogusław Rajtar, dyrektor Miejskiego Ośrodka Sportu
i Rekreacji w Sanoku.
Jest sobota. To 10. dzień rosyjskiej agresji na Ukrainę. Przez ten czas, według szacunków z ogarniętego wojną kraju uciekło już prawie 900 tys. osób. Spora część z nich schronienie znalazła na Podkarpaciu, także w Sanoku. Jednym z takich miejsc jest Dom Sportowca Błonie, który należy do kompleksu obiektów sportowo-rekreacyjnych MOSiR w Sanoku. To tam zlokalizowany został jeden z punktów, do którego sanoczanie mogą przynosić dary dla uchodźców. Na parterze, w miejscu, gdzie wcześniej funkcjonowały szatnie i przebieralnia dla łyżwiarzy, dzisiaj jest magazyn. Stoją tam worki i pudła z ubraniami, butami i zabawkami, wózki, łóżeczka i wanienki dla dzieci. W jednym z pomieszczeń powstała pralnia i suszarnia. Na 1. piętrze, w byłym bufecie, funkcjonuje punkt wydawczy. Po wypełnionym kartonami z jedzeniem, napojami, słodyczami, środkami czystości, akcesoriami dla dzieci, pościelą i lekarstwami pomieszczeniu krzątają się wolontariusze. Wszystko jest na bieżąco segregowane, opisywane i układane w odpowiednim miejscu.
„Proszę zostawić to dla innych”
W pomoc zaangażowane są osoby w różnym wieku. Jedną z nich jest pani Halina, emerytowana nauczycielka z Niebocka. W punkcie wydawczym jest czwarty dzień. Dzisiaj zaczęła o 8.30, jej zmiana potrwa do godziny 15.30. – Wolę przychodzić tutaj, być wśród ludzi i pomagać, niż siedzieć przed telewizorem i to wszystko przeżywać – mówi mi, kiedy pytam, dlaczego zaangażowała się w pomoc.
Do pomieszczenia wchodzą dwie młode kobiety. Jedna bierze pieluszki dla dziecka, druga krem na odparzenia dla niemowląt. – Do punktu przychodzą głównie osoby, które przyjęły pod swój dach potrzebujących. Mówią, czego potrzebują, a my im to wydajemy. Reagują wielkim wzruszeniem, ze łzami w oczach przyjmują pomoc. Czasem dokładamy coś więcej, a oni nie chcą tego przyjąć. – „Proszę zostawić to dla innych” mówią – relacjonuje pani Halina, a w jej oczach pojawiają się łzy. – Nie wypytujemy o ich sytuację, ale po ich twarzach i oczach widać, jakie piekło przeżyli.
Kiedy rozmawiamy, do punktu wydawczego przychodzą ludzie z darami. Ktoś przynosi akcesoria dla dzieci, ktoś inny zgrzewkę wody i słodycze. Jeden z mężczyzn pyta, czego najbardziej potrzeba. – Aktualnie opatrunków i leków – odpowiada jedna z wolontariuszek. Bo pomoc trafia nie tylko do osób, które uciekły z ogarniętej wojną Ukrainy, ale także w głąb kraju, do szpitali i na front.
– Ciężko to wszystko pojąć
– mówi pan Andrzej z Sanoka, wolontariusz. Na jednej z grup w mediach społecznościowych trafił na ogłoszenie, że potrzeba osób do pomocy przy segregowaniu darów. – Przyszedłem spontanicznie z żoną, później zgłosiłem się na wolontariat organizowany przez Urząd Miasta i dzisiaj pomagam tutaj – opowiada. Kiedy rozmawiamy, pompa insulinowa informuje mojego rozmówcę o podwyższonym poziomie cukru. Pan Andrzej naciska kilka przycisków na urządzeniu i mówi dalej: – Czasem sam potrzebuję pomocy i chyba dzięki temu mam bardziej otwarte i wrażliwe na pomoc serce
– przyznaje.
Telefon się urywa
Spotykam się z Bogusławem Rajtarem, dyrektorem MOSiR w Sanoku. – Kawy? – pyta.
– Pierwszą wypijam o 5. rano, kolejną o 6.30, kiedy przyjeżdżam do pracy – opowiada, kiedy podchodzimy do ekspresu.
– Ile telefonów dziennie Pan odbiera? – pytam.
– Średnio 150. W szczytowym momencie 300. To telefony z prośbą o pomoc, od darczyńców i dotyczące bieżących spraw, bo przecież wszystkie nasze obiekty, baseny, lodowisko, korty tenisowe normalnie funkcjonują.
Faktycznie, podczas naszej rozmowy, telefon dyrektora praktycznie cały czas dzwoni. W międzyczasie jeden z pracowników informuje, że do transportu do Ukrainy potrzebna jest siatka, tzw. piłkochwyt, którą ukraińscy żołnierze chcą wziąć na front i zrobić z niej siatkę maskującą.
Dyrektor wykonuje kilka telefonów i siatkę udaje się „załatwić”. – Mieliśmy utworzyć punkt zbiórki na jeden, dwa dni, okazuje się, że powstał największy w Sanoku punkt pomocy dla uchodźców. W pierwszą sobotę po wybuchu wojny ludzie przychodzili do nas z całymi siatkami i pudłami towarów. Trzy duże pomieszczenia zapełniły się po sufit – relacjonuje mój rozmówca.
Nikt nie zostanie bez pomocy
Aktualnie w Domu Sportowca przebywa 60 osób. Wszystkich miejsc jest 73, z dostawkami maksymalnie hotel pomieści 85 osób. – Przyjmiemy, przenocujemy i otoczymy pomocą wszystkich, którzy do nas trafią. Z reguły są to osoby, które przyjeżdżają na jedną noc. Umyją się, prześpią, odpoczną, zjedzą śniadanie i jadą dalej. Dyrektor oprowadza mnie po hotelu. Idziemy na parter. – Kupiliśmy pralkę i suszarkę – mówi otwierając jedno z pomieszczeń. Musimy jeszcze dokupić odkurzacze i czajniki do hotelu. Mamy też dwie dodatkowe osoby do pomocy przy sprzątaniu – opowiada. Idziemy na II piętro, gdzie znajduje się hotelowa stołówka. Po drodze mija nas mężczyzna, który pytał, co trzeba kupić. Wraca z dwoma opakowaniami opatrunków i bandaży.
Zagaduję recepcjonistkę, do której wszyscy zwracają się „Pani Dorotko”. Mówi, że wspólnie z rodziną przyjęła pod dach 8 osób z Ukrainy. – Brata wzięłam do siebie, a do domu, który się zwolnił, przyjęliśmy 5 Ukrainek z trojgiem dzieci w wieku 10 miesięcy, 2,5 roku i 10 lat. Pochodzą ze Lwowa, do Polski szli trzy dni. Dzisiaj przyjadą do mnie trzy kolejne osoby – opowiada pokazując mi zdjęcie uśmiechniętej dziewczyny, na oko w moim wieku, może nieco młodszej. – Przyjedzie z dzieckiem i teściową – dodaje.
– Dlaczego Pani to robi? – pytam.
– Matki z dziećmi miałam zostawić na ulicy? – odpowiada.
Sporo pracy, ale nikt nie narzeka
W kuchni dyżur pełnią dzisiaj Pani Marysia i Pani Jola. Od kilku dni gotują dla kilkudziesięciu osób. – Dzisiaj mamy zupę pomidorową z makaronem, na drugie danie pieczone udko, ziemniaki i zestaw trzech surówek, a na kolację penne z kurczakiem i sałatki. Jutro będzie pieczeń ze schabu – mówią.
– Sporo pracy? – pytam panie w kuchni.
– Sporo, ale nikt nie narzeka. Sytuacja jest wyjątkowa, każdy chce pomóc – odpowiada jedna z nich.
Na hotelowym korytarzu gwarno. Trzy małe dziewczynki bawią się klockami, rysują. Ich mamy odpoczywają na sofach. Dyrektor MOSiR-u przysiada się do nich, chwilę rozmawiają. – To co dla nas robicie, jest wspaniałe
– mówi jedna z kobiet.
Do Domu Sportowca w Sanoku trafiają głównie mamy z małymi dziećmi. Część z nich po wojnie chce wrócić do kraju. Ciągle mają nadzieję, że rosyjskie wojska szybko opuszczą terytorium Ukrainy. – Wszyscy się o to modlimy. To jedyne, co możemy teraz robić. I mieć nadzieję…
Martyna Sokołowska



3 Responses to "Pomagamy, bo tak po prostu trzeba"