Porządek profesora Dąba-Rozwadowskiego

Felix Passlack uprzedza Radosława Cierzniaka, strzelając siódmego gola dla Borussii, ale to nie był koniec kanonady na Signal Iduna Park. Fot. PAP
Felix Passlack uprzedza Radosława Cierzniaka, strzelając siódmego gola dla Borussii, ale to nie był koniec kanonady na Signal Iduna Park. Fot. PAP

LIGA MISTRZÓW. Borussia Dortmund – Legia Warszawa 8-4! Mistrz Polski przechodzi do historii prestiżowych rozgrywek.

12 bramek w jednym meczu – tego licząca sobie 24 lata Liga Mistrzów jeszcze nie widziała. Trenerscy technokraci pokroju Rafy Beniteza zapewne nie byli w stanie zdzierżyć tak radosnego futbolu, ale już ktoś taki jak profesor Dąb-Rozwadowski uśmiechał się od ucha do ucha.

Pamiętacie państwo scenę z serialu Alternatywy 4, gdy zbliża się mecz, a gospodarz domu Stanisław Anioł ogłasza totka blokowego i namawia do zabawy profesora-opozycjonistę Ryszarda Dąb-Rozwadowskiego?

– Przykro mi, ale nigdy nie byłem hazardzistą. Raz byłem tylko na Służewcu, przed wojną – broni się naukowiec.
– Profesorze, to jest na cele społeczne. Pięćdziesiąt procent idzie na ofiary najbliższej klęski żywiołowej. Wszystko jedno jakiej, może być powódź, trzęsienie ziemi, pożar. Wszystko jedno gdzie, może być i u nas. Ważne, że mamy forsę i wpłacamy pierwsi. I kto jest wtedy najlepszy? My! Kogo wymieniają w prasie? Nas! Profesorze, myśmy w Pułtusku nie takie numery robili. Panie profesorze, autorytet naszego totalizatora zyskałby bardzo, gdyby pan profesor razem z nami wszystkimi…
– No dobrze, niech będzie, że i ja też…
– A na kogo pan stawia profesorze? – jak powiedział Sofronow do recenzenta.
– Porządek sześć – dwa.
– Porządek sześć – dwa – Anioł notuje w kajecie – Ale czego?
– Wszystko jedno – odpowiada Dąb-Rozwadowski.

Magiera: – Było warto!
Nie ulega wątpliwości, że piłkarscy laicy doświadczyli we wtorkowy wieczór przygody niezwykłej. Jednak bądźmy szczerzy: takie spotkanie w poważnych rozgrywkach zdarzyć się nie powinno. Drużyny parły do przodu, ale strzelały jak na treningu, bo nikt nie myślał o obronie. – Przypomina to mecz żołnierzy. Od jednego pola karnego do drugiego – wypalił komentujący spotkanie w TV Marcin Żewłakow, gdy po 24 minutach padł pierwszy rekord LM: pięć bramek w tak krótkim odstępie czasu. Zawstydzeni mogli się czuć nawet hokeiści NHL, bo i oni muszą się napocić, by wyprodukować tuzin goli.

– Nakazałem zawodnikom grać w piłkę po to, żeby się czegoś nauczyć. Tak jak dziecko, które ma roczek, stara się chodzić i się przewraca. Zastanawia się wówczas, czy warto znów spróbować, jednak ostatecznie próbuje i wie, że było warto – tłumaczył trener Legii Jacek Magiera. Bronił też swojej decyzji o wstawieniu między słupki Radosława Cierzniaka, który zawalił przynajmniej dwa gole. – Zasłużył na swoją szansę, po takim wieczorze przeżywa ciężkie chwile, ale ma moje stuprocentowe poparcie – podkreślił Magiera.

Mistrzowie Polski wyciągają pozytywy: że pierwszy raz polski zespół strzelił w meczu LM aż 4 bramki; że przy odrobinie szczęścia ten mecz mógł się potoczyć inaczej (poprzeczka Aleksandara Prijovica przy wyniku 3-2); że tworzą niezapomniane widowiska, bo wcześniej było 3-3 z Realem. Najistotniejsze jednak – i z tym dyskutować nie należy – że „Wojskowi” zachowali szansę na dalszą grę w pucharach. Jeśli w ostatnim meczu pokonają u siebie Sporting Lizbona, zostaną „teleportowani” do Ligi Europejskiej. To dopiero byłby numer!

Pobiją Białorusinów?
– Jestem bardzo zaskoczony takim przebiegiem meczu. To był czysty surrealizm – ocena Thomasa Tuchela, szkoleniowca Borussii, nie pozostawia złudzeń co do tego, z czym mieliśmy do czynienia. Niemieckie media zachwycają się skutecznością gospodarzy, ale obok entuzjastycznych komentarzy o „Legii, która została zmieciona z boiska”, pojawiają się i takie: – Przerażające, co wyczyniali defensorzy obu drużyn. Choć dzięki temu obejrzeliśmy aż tyle bramek – ocenił portal Sportbild. Tymczasem Legia jest o włos od poprawienia niechlubnego wyczynu BATE Borysów w liczbie straconych bramek. Mistrz Białorusi w sześciu meczach sezonu 2014/15 dał się pokonać 24 razy, tyle samo, co mistrz Polski. Tylko że 7 grudnia do Warszawy przylatują lizbońskie „Lwy” z kilkoma mistrzami Europy w składzie…

tsz

Leave a Reply

Your email address will not be published.