Dziurawe drogi i setki fotoradarów przy durnowato rozmieszczonych ograniczeniach prędkości to szara codzienność polskich kierowców. Co z tego, że z roku na rok jeździmy coraz lepszymi samochodami, skoro władza coraz bardziej dokręca śrubę z uporem maniaka twierdząc, że to nadmierna prędkość jest winna większości tragedii na drogach.
O fatalnej infrastrukturze, remontowanej i budowanej w ślimaczym tempie oficjalne statystyki milczą. Wiadomo dlaczego. Mogłoby się bowiem okazać, że to nie nadmierna prędkość, ale dziury w nawierzchni równie często są przyczyną wypadków. A to zburzyłoby całą fotoradarową politykę obecnego rządu, obliczoną na łatanie mandatami dziury budżetowej (czyli nieudolności ministra Rostowskiego).
Na początku bieżącego roku pisaliśmy, że fotoradarów nie muszą bać się posłowie, bo oni taki mandat mogą sobie po prostu olać. Marszałek Sejmu Ewa Kopacz zapewniała wówczas, że już wkrótce nastąpi wyłączenie mandatów spod immunitetu, ale jak to zwykle u polityków bywa, skończyło się na obietnicach. W tym roku fotoradar przyłapał parlamentarzystów na przekroczeniu prędkości już 8 razy (ponoć najszybszy wśród posłów jest Agent Tomek!), ale na zdjęciu się skończyło.
Ostatnio media obiegła informacja o najnowszym pomyśle ministerstwa transportu. Otóż prawo jazdy ma utracić na 3 miesiące kierowca, który przekroczy prędkość o 50 km/h. Na pierwszy rzut oka wygląda to wspaniale – będzie bat na piratów drogowych, bo przecież przekraczanie prędkości o 50 km/h normalne nie jest. Owszem, nie jest, jeśli oznakowanie dróg i ograniczenia prędkości są rzeczywiście dostosowane do rzeczywistości, a nie narzucone według urzędniczego „widzimisię”.
Sam znam co najmniej kilka takich miejsc na Podkarpaciu, gdzie przy dobrych warunkach pogodowych można bezpiecznie jechać 100 km/h, ale nagle pojawia się znak z ograniczeniem do 50. Wystarczy się zagapić i już nas mają. I zabiorą…
Arkadiusz Rogowski



One Response to "Posłowie potrafią tylko zabierać. I obiecywać"