W Kościele katolickim rozpoczął się czterotygodniowy okres poprzedzający Boże Narodzenie. Okres ten to czas oczekiwania i duchowego przygotowania się na świętowanie narodzenia Chrystusa. Sam termin „adwent” wywodzi się z łaciny, gdzie „adventus” znaczy tyle, co „przyjście”.
Co z tego szczególnego okresu może wyniknąć dla ludzi wierzących czy niewierzących, zanurzonych po pachy w konsumpcyjnej kulturze? Czy mają wyrzec się odwiedzin w galeriach handlowych, które pysznią się przedświątecznym szczytem zakupowym? A może wyłączyć pilotem telewizor, by w domu zapanowała cisza?
Twierdząca odpowiedź na powyższe pytania może trącić heroizmem, jakimś religijnym radykalizmem. Bo jak zakazać ludziom przyjemności z opróżniania własnego konta bankowego? Bo jak przekonać ich do tego, że cisza nie musi być denerwująca, tylko błogosławiona. Może więc raczej odpowiedzi na te pytania poszukać w tradycji ludowej i pójść tropem naszych przodków, dla których adwent był czasem zacieśniania więzi społecznych. Kobiety organizowały wówczas wspólne darcie pierza i przędzenie. W tym okresie swatano młode pary. W niektórych regionach Polski adwent miał już iście bożonarodzeniową atmosferę – odwiedzano domy z szopką i śpiewano kolędy.
Jak zacieśniać dziś te więzi? Po prostu, przypomnieć sobie, że na drugim krańcu miasta mieszkają samotnie starzy rodzice i spędzić z nimi choć jeden wieczór, bo mają już dość oglądania seriali. Wysłać kartkę z życzeniami, a nie SMS-a, do dawno niewidzianych znajomych. Pomóc zrobić zakupy samotnemu i starszemu sąsiadowi z III piętra. Po raz pierwszy w roku uśmiechnąć się bezinteresownie do męża albo brata.
To najprostsza pozytywna odpowiedź na adwent – ujrzeć, że w świecie luksusowych towarów nie żyjemy sami, tylko z drugimi ludźmi.
Piotr Samolewicz



2 Responses to "Pozytywna odpowiedź na adwent"