Pracuś, żartowniś, ulubieniec kibiców

Dębiczanin Artur Jędrzejczyk we wtorkowym meczu ze Szwajcarią zdobył swoją drugą bramkę w reprezentacji. Po kapitalnej „główce” pobiegł na trybuny cieszyć się z kibicami. Fot. PAP
Dębiczanin Artur Jędrzejczyk we wtorkowym meczu ze Szwajcarią zdobył swoją drugą bramkę w reprezentacji. Po kapitalnej „główce” pobiegł na trybuny cieszyć się z kibicami. Fot. PAP

PIŁKA NOŻNA. REPREZENTACJA. Artur Jędrzejczyk nie był najbardziej utalentowanym juniorem Igloopolu Dębica. Na boisku harował jednak za trzech i dziś zbiera tego owoce.

– Serce rosło, gdy patrzyłem na jego grę. Całe nasze środowisko powinno być dumne, że „Jędza” wypłynął na szerokie wody – podkreśla Leszek Pisz po towarzyskim meczu reprezentacji Polski ze Szwajcarią (2-2). Jego dawny podopieczny z Igloopolu Dębica był jednym z bohaterów spotkania.

Tak dobrej atmosfery wokół reprezentacji nie było od dawna. Biało-czerwoni są rewelacją eliminacji mistrzostw Europy. Zdobyli 10 punktów na 12 możliwych, pokonali mistrzów świata Niemców i prowadzą w swojej grupie. Formą imponują napastnicy Robert Lewandowski i Arkadiusz Milik, bramkę rygluje Kamil Glik, wzrusza przywrócony do żywych Sebastian Mila. Ale od wtorku ulubieńcem kibiców jest Artur Jędrzejczyk.

„Cieszynka” na trybunach
Wychowanek Igloopolu przebojem wdarł się do kadry, rozwiązując problem na lewej stronie obrony. „Jędza” u selekcjonera Adama Nawałki pokazuje nie tylko klasę sportową, ale też luz na jaki stać tylko pozytywnie zakręconych ludzi. Jego „cieszynka” po golu wbitym Helwetom stała się przebojem serwisów telewizyjnych i hitem Internetu. Artur przeskoczył bandę reklamową i usiadł na trybunach obok zaskoczonych kibiców.

– Zrobił to spontanicznie, udowadniając, że zawsze miał w sobie wielkie pokłady humoru. To fajny i skromny chłopak, który nie zapomina o swoich korzeniach. Gdy wraca do Dębicy, zawsze się odezwie – podkreśla Stanisław Baczyński, były prezes Igloopolu, który w 2006 roku stał za transferem 19-letniego wówczas zawodnika do Legii Warszawa.

Baczyński pracuje dziś w stolicy, jest blisko reprezentacji U-20. – Mecz ze Szwajcarią oglądałem w towarzystwie trenera Marcina Dorny. Gdy mieliśmy rzut rożny, powiedziałem, że „Jędza” strzeli na 1-1. I tak się stało! Trafił głową, a mnie przypomniał się mecz w czwartej lidze z Kolbuszowianką. Uświadomiłem sobie, jak długą drogę przebył Artur.

Poukładane w głowie
– Roman Jędrzejczyk, ojciec Artura, był kierowcą autobusu, który woził piłkarzy Igloopolu. Tę wielką drużynę z Jurkiem Podbrożnym, Jackiem Zielińskim, Olkiem Kłakiem, Sławkiem Majakiem. Artek był niejako maskotką zespołu – uśmiecha się Baczyński, który od początku wierzył w tego chłopaka. – Będąc juniorem, grał już w czwartej lidze. Jak pojechałem z nim na Legię, było tam też kilku dobrze rokujących zawodników z całej Polski. Ale trener Dariusz Wdowczyk od razu wybrał Artura. – To jest człowiek, którego szukamy – oświadczył.

Jędrzejczyk nie wskoczył z marszu do składu „wojskowych”. Był wypożyczany do GKS Jastrzębia, Dolcana Ząbki i Korony Kielce. – Od początku wiedział jednak, czego chce od życia. Nie zmarnował swojej szansy, w przeciwieństwie do wielu innych młodych piłkarzy, jacy trafiali do klubu z Łazienkowskiej. Artura pieniądze nie zmieniły – podkreśla Baczyński.

– Miał zawsze dobrze poukładane w głowie – potwierdza Leszek Pisz, który pracował w Igloopolu z młodziutkim Jędrzejczykiem. – Na tle rówieśników wyróżniał się obowiązkowością i pracowitością. Wielu zawodników świetnie rokowało, może nawet lepiej niż Artur. Ale zabrakło im charakteru, wybrali komputer. Tymczasem „Jędza” pracował za trzech i dziś zbiera tego owoce – chwali go legenda Legii.

Rodzice Artura wciąż mieszkają w bloku na osiedlu, 100 metrów od stadionu Igloopolu. Jego brat Maciej jest obrońcą „Morsów”, lidera dębickiej „okręgówki”. Bardzo podobny do Artura, choć niższy o 5 centymetrów i nieco wątlejszej budowy.

Zero lansu
Artur to żartowniś jakich mało. Obok starej szatni na Legii znajdowała się winda i tam „Jędza” umieścił szafkę z rzeczami kolegi z drużyny – podróżowały w górę i w dół. Było też smarowanie lajkrów rozgrzewającym Ben-Gayem. Czasem i jemu się dostawało. W wywiadzie dla ekstraklasa.net opowiadał o przyklejonych klapkach. – Wróciłem po treningu do szatni, przebieram się, pod prysznic chcę iść, nogi w klapki pakuję i…taka gleba była. Nie wiem, czym to przykleili, bo nie dało się tego zedrzeć i kawałek klapka został w podłodze na zawsze – wspominał. – Jajcarzem można zostać tylko wtedy, gdy jest się szanowanym w drużynie. Artur to świetny kompan, odnalazł się w Legii, a to wcale nie jest takie proste – zauważa „Piszczyk”, który był jeszcze większym kawalarzem.

– Dlaczego nie lansujesz się na mieście – spytał kiedyś „Jędzę” dziennikarz. – Mam łazić po telewizjach albo pokazach mody, bo jestem piłkarzem? Bez jaj – odparł.

I jak tu nie lubić kogoś takiego?

Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.