Premier „zaorany” przez naukowca na własne życzenie

Pan premier Mateusz Morawiecki na pewno ma talent do interesów, szczególnie tych robionych z Kościołem. Tak wynika z faktu, że potrafi robić naprawdę duże pieniądze na kupnie i sprzedaży ziemi i w dodatku z tzw. tylnego siedzenia, bo w sumie to wyróżnia się tym, że ma bardzo bogatą żonę. I byłoby o wiele lepiej, gdyby Mateusz Morawiecki pozostawał mężem swej bogatej żony. Cóż, gdy zachciało mu się udawać męża stanu i polityka. Z woli swego „guru”, czyli Jarosława Kaczyńskiego, Morawiecki został premierem naszego rządu i to dopiero byłoby zabawne, gdyby nie było takie niesmaczne i brzemienne dla nas w skutkach. Pomijając już fakt, że wszyscy wiemy, iż pan premier klnie jak szewc, Polaków ma za idiotów i tanią siłę roboczą, której szczytem marzeń ma stać się miska ryżu – co już niedługo może byś faktem, biorąc pod uwagę ceny ceny żywności za rządów tej władzy – to jeszcze powszechnie wiadomo, że M. Morawiecki jest kłamcą – na co są „papiery” w postaci postanowień sądu nakazujących mu sprostowanie nieprawdziwych informacji, które rozpowszechniał radośnie w kampanii wyborczej w 2018 roku. Nie tylko w tamtych sprawach Mateusz Morawiecki mijał się i mija z prawda, stąd Polacy nadali mu jakże wdzięczną ksywkę „Pinokio”. To wszystko jednak Mateuszowi Morawieckiemu nie przeszkadza udawać poważnego polityka. Udawać, bo nikt go nie traktuje poważnie – z jego „guru”, czyli prezesem PiS na czele. Morawicki najwyżej o tym decyduje, jaki krawat ma założyć – taka prawda. Wszystko, co Morawiecki ze swoim charakterystycznym krzywym uśmieszkiem mówi, jest uzgodnione z J. Kaczyńskim. Do tego jeszcze Morawiecki jest zależny od szefa PiS-owskiej „przystawki”, czyli Zbigniewa Ziobry, który za nim nie przepada, a bez którego nawet tej słabej i niepewnej większości w Sejmie rząd by nie miał. Tak więc, zgodnie z oczekiwaniami Kaczyńskiego, Morawiecki plecie swe androny w Polsce i poza jej granicami – tam nas kompromituje koncertowo – wymachuje „szabelką” i, jak to się mówi, nawija makaron na uszy Polakom. No, ale nawet taki ktoś jak Mateusz Morawiecki może się zmęczyć ciągłym wykonywaniem czyichś poleceń i zapragnąć wreszcie zrobić coś od siebie, samodzielnie. I tak Mateusz Morawiecki taki krok uczynił, przyznając historykowi dr. Michałowi Siermińskiemu nagrodę Prezesa Rady Ministrów za rozprawę doktorską. Na taką samodzielną decyzję prezes PiS mu pozwolił, najpewniej uważając, że Morawiecki tu wielkich szkód nie narobi, a i o kasę niewielką idzie, bo zaledwie o 25 tys. 920 złotych, co dla członków tego rządu jest kwotą tak mizerną, że aż śmieszną. Wszystko miało być zatem dobrze, a Mateusz Morawiecki miał się wreszcie cieszyć, że o czymś mógł zdecydować. Wyszło jednak jak zawsze, czyli kompromitacja. Tym razem – znów – spektakularna. A to dlatego, że nagrodzony dr Siemiński nagrodę co prawda przyjął, ale przy tej okazji wymierzył Morawieckiemu nie jeden, a kilka siarczystych „policzków” intelektualnych i moralnych. W liście otwartym do premiera Morawieckiego historyk uświadomił mu, że zupełnie nie zrozumiał o co w nagrodzonej rozprawie doktorskiej chodziło. Podkreślił, że jego praca doktorska odnosi się do ewolucji ideowej lewicy z Komitetu Obrony Robotników oraz opozycjonistów zrzeszonych wokół Michnika i Kuronia. Jak sam wskazuje, w jego pracy można znaleźć nawiązania do Róży Luksemburg, Lwa Trockiego, czy też Karola Marksa. Bezlitośnie obnażył fakt, że premier, a najpewniej tez jego doradcy musieli przeoczyć lewicowy wydźwięk jego doktoratu lub błędnie uznać, że wpisuje się on w politykę historyczną Prawa i Sprawiedliwości. – Jeśli zostałem wyróżniony dzięki uderzeniu w czułą strunę Waszych obsesji, to powinien Pan wiedzieć, że dołożę wszelkich starań, by PiS i jego ideolodzy nie mieli ze mnie żadnego pożytku przy swoich brudnych, orwellowskich zabawach z historią – napisał w liście otwartym do Morawieckiego dr Siemiński. To jednak nie koniec upokorzenia, jakie naukowiec zgotował premierowi. Poinformował go bowiem, że: – Przyjmuję ją (nagrodę przyp. autora) jednak tylko po to, by natychmiast przekazać wszystkie otrzymane od Pana pieniądze (…) inicjatywie Aborcja bez Granic – zdradził historyk. Jakby tego było mało zarzucił on też Morawieckiemu szczucie na mniejszości seksualne i zbijanie na tym kapitału politycznego oraz uświadomił mu, że sam należy do społeczności LGBT. – Tak, tak – dał Pan nagrodę gejowi – zadrwił boleśnie z Morawieckiego dr Siemiński. I, choć przyjął nagrodę, zapewnił, że nie przybędzie na galę jej wręczenia, a także odmówił uściśnięcia dłoni premiera. – Parafrazując poetkę (KOR-owską, a jakże!): z tego wszystkiego, z takich świństw, nie otrząśnie się Pan jak z wody- stwierdził historyk. Przyznać trzeba, że dr Siemiński mówiąc kolokwialnie „zaorał” Mateusza Morawieckiego. I co najśmieszniejsze na jego własne, osobiste życzenie. Brawo Panie Doktorze!

Redaktor Monika Kamińska

19 Responses to "Premier „zaorany” przez naukowca na własne życzenie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.