No i stało się – każdy kto miał ochotę i czas mógł być naocznym świadkiem klęski Jarosława Kaczyńskiego. A przecież niektórym wydawało się, że prezesowi PiS nikt się nie sprzeciwi w jego obozie. Tymczasem firmowana przez niego ustawa dotycząca pandemii, zwana roboczo lex Kaczyński lub lex konfident przepadła w Sejmie. I choć rzeczniczka PiS, Anita Czerwińska usiłowała po wszystkim nieudolnie przekonywać, że to – jak zwykle poniekąd – wina „totalnej opozycji”, to nic nie dało. Za odrzuceniem lex Kaczyński w całości – zgodnie z wolą sejmowej Komisji Zdrowia – zagłosowała bowiem nie tylko opozycja. Zagłosowało za tym aż 24 parlamentarzystów obozu rządzącego, w tym jedna posłanka z partii Adama Bielana, oraz 10 posłów związanych ze Zbigniewem Ziobrą, od głosu wstrzymało się 37 członków KP PiS, zaś 15 w ogóle nie było na sali, albo nie zalogowało się do systemu zdalnego głosowania – wśród tych ostatnich był Z. Ziobro. To sprawiło, że forsowany przez Kaczyńskiego bubel legislacyjny nie został przyjęty przez Sejm. Dlaczego bubel? Czyżby dlatego tak piszemy, że pana prezesa PiS nie lubimy? Otóż bynajmniej…Idiotyczny ów projekt zakładał – nie wiedzieć dlaczego – że w zasadzie zakazić się od kogoś można tylko …w pracy. Jeśli zatem jakiś pracownik odmówiłby poddania się testowi na nosicielstwo koronawirusa i potem ktoś z jego współpracowników zachorowałby na covid-19 to miałby prawo domagać się od niego przed sądem odszkodowania. Czegoś bardziej głupiego nie dało się już wymyślić. A współautorem tego pomysłu jest – przypomnijmy dla porządku – doktor nauk prawnych – taki bowiem tytuł naukowy ma J. Kaczyński. Kto jak kto, ale człowiek, który zdoktoryzował się w zakresie prawa powinien wiedzieć, że co innego roszczenie, a co innego uznanie go przez sąd za zasadne. W sądzie trzeba by udowodnić, że się zaraziło od konkretnego współpracownika, który nie chciał poddać się testowi. Praktycznie niewykonalne, bo koronawirusem można zarazić się praktycznie wszędzie także poza miejscem pracy. Zatem także na zakupach, u fryzjera czy kosmetyczki, załatwiając sprawę w urzędzie, na stacji benzynowej, jak również na spotkaniu towarzyskim oraz – od współbojownika – we własnym domu! Oczywistym było zatem, że nikt rozsądny tego nie poprze w Sejmie. I tu mamy pewną – jak się to mówi – zagwozdkę. Jarosława Kaczyńskiego można bowiem lubić, albo nie lubić, ale przyznać trzeba, że potrafi dbać o swoje i swej partii interesy. Dlaczego zatem jest współautorem tak idiotycznego projektu ustawy? Ano tu akurat można się domyślać. Otóż Kaczyński, o czym już wcześniej pisaliśmy, jest zakładnikiem grupy posłów własnego klubu, którzy są tzw. antyszczepionkowcami. Bez ich poparcia rząd Mateusza Morawieckiego nie ma w Sejmie większości, którą i z nimi ma kruchutką. Kaczyński więc wbrew swej – jak deklarował wcześniej – proszczepionkowej postawie, nie mógł firmować rozwiązania polegającego na wprowadzeniu obowiązkowych szczepień, czego domaga się znaczna część opozycji. Jednocześnie w obliczu rosnącej liczby zakażeń koronawirusem i zgonów na covid-19 nie mógł dłużej nie robić po prostu nic, bo owo nicnierobienie jako lidera rządzącego ugrupowania i jako wicepremiera ds. bezpieczeństwa, stale wytyka mu opozycja i społeczeństwo zaczyna je w końcu dostrzegać. Zatem prezes PiS „poszedł” w działanie, które doskonale obrazuje stare powiedzenie: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Obowiązkowe szczepienie – nie – tu ukłon w stronę antyszczeoionkowców, ale za to obowiązkowe testy w pracy – tu upozorowanie jakiegoś działania antypandemicznego. No i na koniec wisienka na torcie – przerzucenie odpowiedzialności za szerzenie się zarazy na pracodawców i społeczeństwo. W sensie – sami dbajcie o testy, sami sobie podawajcie współpracowników do sądu itd. Wydawałoby się, że to majstersztyk, ale jednak tak głupi, że nie „chwycił”. Ciekawe jest jednak to, że Kaczyński mógł i powinien mieć świadomość, że tego „czegoś” mogą nie poprzeć także posłowie jego klubu. Dlaczego zatem tak parł do wprowadzenia lex Kaczyński do Sejmu? Są różne teorie na ten temat, a jedna z nich głosi, że prezes PiS chciał po prostu sprawdzić, kto pozostanie mu wierny bez względu na wszystko. No to się przekonał – kto. Są głosy, że ta klęska Kaczyńskiego oznacza rychłą dymisję rządu i przyspieszone wybory, a tego przecież prezes PiS boi się najbardziej. Nie jest to wykluczone, ale wcale też nie jest takie oczywiste. Utraty władzy boi się bowiem nie tylko Kaczyński, ale i cała reszta wierchuszki rządzącej z Ziobrą na czele. W temacie koronawirusa mogą się mu przedstawiciele tej wierchuszki przeciwstawić, ale nie będą się narażać na rozliczenie ich przez nową władzę. Stąd bardzo możliwe, że teraz sprawa ustawy antycovidowej nie tak ucichnie, jak będzie mowa o „pracach nad nią” w rządzącym obozie, a ludzie nadal będą się zarażać i umierać. Jednak to głosowanie pokazało, że Kaczyński nie rządzi już niepodzielnie i jednoosobowo. To oznacza początek jego politycznego końca, bo prezesa PiS tylko takie rządzenie interesuje. Pytanie kiedy nastąpi ostateczny koniec i ilu z nas umrze do tego czasu na covid-19…
Redaktor Monika Kamińska



23 Responses to "Prezes PiS krwawi. Kaczyński nie rządzi już niepodzielnie"