Prokuratura wyjaśnia śmierci płodu w łonie matki

Popołudniowe USG nie wskazywało na jakąkolwiek patologię ciąży, ranne pokazało, że dziecko nie żyje. Fot. Anna Moraniec

RZESZÓW, ŁAŃCUT. Synek mógłby żyć gdyby zajęto się mną odpowiednio – mówi pacjentka Pro Familii.

– W szpitalu, pod opieką lekarzy i położnych straciłam dziecko. Wszystko przez to, że zlekceważono zgłaszane przeze mnie dolegliwości. Nawet wtedy, gdy popołudniowe badanie KTG nie wykazało bicia serduszka synka uspokajano mnie, że wszystko jest w porządku. Nazajutrz zaś powiedziano mi, że dziecko nie żyje – mówi Justyna Kowalska-Kret z Rzeszowa.

Sprawą, na wniosek rodziców, zajęła się prokuratura w Łańcucie, która przesłuchała już rodziców i część personelu szpitala. Obecnie jest na etapie kompletowania dokumentacji medycznej i powoływania biegłych. To wszystko może zająć nawet kilka miesięcy.

Ciąża przebiegała prawidłowo, do czasu
Dziecko miało przyjść na świat 28 grudnia. Przez sześć miesięcy ciąży pani Justyna czuła się bardzo dobrze, miała prawidłowe wyniki. Pod koniec września poczuła się gorzej,  brzuch jej stwardniał, pojawił się ból. Przestała czuć ruchy dziecka. – Pojechaliśmy z mężem do szpitala Pro Familia, gdzie akurat przyjmował mój doktor prowadzący ciążę. Niestety usłyszeliśmy, że już kończy przyjmowanie pacjentek na NFZ i mnie nie przyjmie.

Recepcjonistka zaproponowała mi wizytę prywatną u doktora Tomasza Łozińskiego. Po ok. dwóch godz. doktor mnie przyjął. Zbadał mnie ginekologiczne i zrobił USG. Mówił, że z dzieckiem wszystko jest w porządku, że serduszko bije. Zalecił mi jednak pobyt w szpitalu, około godz. 15 byłam już na oddziale – mówi pani Justyna.

Był piątek, 28 września
Na izbie przyjęć zrobiono jej KTG, potem jeszcze raz USG i badanie ginekologiczne. – Zapewniano mnie, że z dzieckiem nic się nie dzieje, a ja przez cały czas czułam się źle, mówiłam o tym położnym i lekarzowi dyżurnemu. Mówiłam też, że nie czuję ruchów dziecka. Nikt też nie zareagował na to, że podczas KTG zrobionego przed wieczorną wizytą nie tętno płodu było nie wyczuwalne – mówi pani Justyna.

Następnego dnia, w sobotę rano, tętno dziecka nadal było niewyczuwalne, a badanie USG wykazało, że dziecko nie żyje. – Tę straszną informację przekazał mi lekarz dyżurny, który był także wieczorem – mówi kobieta.

Odklejenie się łożyska często kończy się śmiercią
Przyczyną śmierci płodu było, według ostatniej hipotezy (wcześniej mówiono o okręceniu pępowiną) odklejenie się łożyska. Personel szpitala nie czuje się więc winny śmierci dziecka. – Odklejające się łożysko to ogromne zagrożenie. Minuty decydują o tym, czy uda się dziecko uratować. Zazwyczaj jest bardzo intensywny krwotok, który może doprowadzić także do śmierci matki. W tym przypadku doszło do sytuacji nietypowej: łożysko się odkleiło, powodując śmierć dziecka, ale ani kropla krwi nie wydostała się na zewnątrz. Mieliśmy do czynienia z najdramatyczniejszym powikłaniem ciąży, o bardzo nietypowych objawach. Na szczęście udało się uratować życie matki – mówi dr n. med. Tomasz Łoziński, który skierował pacjentkę na oddział. – Gdy ją badałem nie było żadnych objawów odklejającego się łożyska. Nie chce jednak komentować innych zarzutów pacjentki dotyczących działań personelu. Mówi, że skoro sprawa trafiła do prokuratury i to ona teraz oceni czy zostały złamane jakieś procedury. Lekarz, który w tym czasie pełnił dyżur w szpitalu został zawieszony.

Rodzice dziecka powiadomili o tym, co się wydarzyło, prokuraturę, Ministerstwo Zdrowia i NFZ.

Anna Moraniec

6 Responses to "Prokuratura wyjaśnia śmierci płodu w łonie matki"

Leave a Reply

Your email address will not be published.