
Do dramatycznych wydarzeń doszło w sobotę (6 listopada) w Dębicy. Podczas manifestacji „Ani jednej więcej”, która odbywała się w tym mieście przed biurem poselskim posła PiS, Jana Warzechy, policja zatrzymała młodego mężczyznę. Później zatrzymano także lokalnego działacza PO, Krzysztofa Lipczyńskiego. Miano postawić im zarzuty czynnej napaści na policjantów. – Te zarzuty są absurdalne, nic takiego nie miało miejsca – mówią Super Nowościom uczestnicy manifestacji w Dębicy, Alina Rzewuska i Dominik Łazarz. Niektórzy uważają, że zatrzymanie obu mężczyzn to celowa prowokacja policji.
Jak w większości miast w Polsce, w sobotni wczesny wieczór w Dębicy ludzie spotkali się, by wyrazić swój żal z powodu śmierci 30-letniej Izabeli z Pszczyny i zaprotestować przeciwko zeszłorocznemu wyrokowi TK Julii Przyłębskiej, który stał się powodem zakazu aborcji w przypadku, gdy płód ma wady letalne. W Dębicy ok. 200 osób zgromadziło się przed biurem poselskim posła Jana Warzechy z PiS. Polityk był jednym z sygnatariuszy wniosku do TK Przyłębskiej o zbadanie zgodności tzw. ustawy aborcyjnej z konstytucją RP. – Było spokojnie i godnie – opowiadają zgodnie uczestnicy manifestacji Dominik Łazarz i Alina Rzewuska. Ludzie trzymali w rękach transparenty i palili znicze. Nie działo się nic nadzwyczajnego, gdy nagle policjanci z parkujących opodal radiowozów podeszli do zgromadzonych. – Zaczęli mówić, że zgromadzenie jest nielegalne, bo nie wszyscy mają maseczki – wspomina A. Rzewuska. – Najzabawniejsze było to, że funkcjonariusze sami nie mieli maseczek – podkreśla kobieta. – Manifestujący zwrócili im na to uwagę, więc sobie poszli, a po krótkim czasie wrócili już w maseczkach. Nie interweniowali, bo nie było powodów. Jeden z policjantów powiedział do nas „Jestem z wami”, za co zgromadzeni nagrodzili go brawami. Nic nie wskazywało na to, że wydarzy się cokolwiek złego – relacjonuje uczestniczka manifestacji. Nieco po godz. 18 tłum zaczynał się powoli rozchodzić. – Wtedy pojawili się inni policjanci i ni stąd ni zowąd skuli jednego z uczestników, młodego mężczyznę – opowiada Rzewuska. – Byliśmy wszyscy w prawdziwym szoku, bo on naprawdę nic nie robił, po prostu stał. Powleczono go w stronę radiowozu i wrzucono do auta jak worek ziemniaków. Ludzie krzyczeli, domagali się wyjaśnień, dlaczego go skuto i zabrano, ale policjanci nie odpowiadali – wspomina. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, ludzie otoczyli radiowóz z zatrzymanym, by uniemożliwić jego odjazd. Policja przez megafon wezwała zebranych do nieutrudniania interwencji. – Policjanci włączyli „bomby” w radiowozie – opowiada pragnący zachować anonimowość uczestnik dębickiej manifestacji. Pojawiły się kolejne radiowozy z nowymi funkcjonariuszami. – W końcu ludzie odpuścili i ten radiowóz z zatrzymanym chłopakiem odjechał – wspomina. Protestujący jednak nie całkiem odpuścili. – Domyślaliśmy się, że tego chłopaka zawieźli na Chłodniczą, do komendy – wyjaśnia A. Rzewuska. – Dlatego grupkami poszliśmy w tamtym kierunku, żeby dowiedzieć się co z nim, i za co go zatrzymano – tłumaczy kobieta. Z jej relacji wynika, że po jakimś czasie, tuż przy grupie, w której szła, pojawił się radiowóz, z którego wysiadło kilku policjantów. Podeszli do mężczyzny, który szedł obok niej i stwierdzili, że muszą z nim porozmawiać. – Ten człowiek nie odmawiał rozmowy, podał swe dane: imię, nazwisko, adres
– podkreśla uczestniczka manifestacji. – Policjanci nalegali, żeby wsiadł do radiowozu, ale ludzie wokół krzyczeli, by tego nie robił. Podejrzewali, że zostanie wywieziony tak,
jak tamten – wyjaśnia. Tymczasem „znikąd” pojawił się kolejny radiowóz, do którego policjanci mieli wciągnąć mężczyznę. Natychmiast po tym radiowóz odjechał. Ludzie ruszyli na Chłodniczą, do komendy, by dowiedzieć się, czy zatrzymani tam są. – Gdy dotarliśmy pod komendę, poinformowano nas, że …jest chwilowo nieczynna – mówi A. Rzewuska. – Zażądałam rozmowy z oficerem dyżurnym. Byłam stanowcza, powiedziałam, że informacja, iż komenda jest nieczynna, mnie nie przekonuje! – wspomina. Upór kobiety przyniósł pozytywny efekt: udało się jej porozmawiać z dyżurnym. Niewiele się jednak dowiedziała poza tym, że obaj zatrzymani mężczyźni są w dębickiej komendzie policji. Dyżurny zbywał kobietę podkreślając, że informacji może udzielić tylko bliskim zatrzymanych. Ostatecznie uczestnicy manifestacji zawiadomili o całej sytuacji posłów PO z regionu: Joannę Frydrych i Pawła Poncyliusza. Ci zapewnili, że zrobią wszystko, by pomóc niesłusznie zatrzymanym. Wkrótce pod komendę przyjechali przysłani przez nich prawnicy wraz z rodzicami jednego z zatrzymanych. – Prawnicy dowiedzieli się, że tym panom zarzuca się czynną napaść na funkcjonariuszy policji – zdradza A. Rzewuska. – To absurdalny zarzut, nic takiego nie miało miejsca! – zapewnia. Jej słowa potwierdza inny uczestnik manifestacji, Dominik Łazarz, ekonomista z WSIZ w Rzeszowie. – Ci mężczyźni nie zrobili niczego, co kwalifikowałoby się do postawienia im takich zarzutów – zauważa. – To w ogóle było spokojne i pełne zadumy zgromadzenie. Po prostu paliliśmy znicze dla pani Izabeli – podkreśla.
Jak ujawnia portal Korso.pl, zatrzymani to dębicki działacz PO, Krzysztof Lipczyński oraz jego dobry znajomy.
– To po prostu prowokacja policji na zlecenie władzy – uważa chcący zachować anonimowość uczestnik dębickiej manifestacji. – Oni wiedzą, że nie dadzą rady czegoś takiego urządzić w wielkim mieście, więc biorą się za manifestujących w mniejszych – stwierdza. – Najpewniej teraz będzie retoryka, że działacz PO robił na śmierci kobiety politykę i w dodatku napadł na policjantów – dodaje. W istocie to co opisują uczestnicy dębickiej manifestacji wygląda na conajmniej dziwne działania policji. Tymczasem do czasu zamknięcia tego numeru Super Nowości ani Komenda Powiatowa Policji w Dębicy, ani Komenda Wojewódzka Policji w Rzeszowie nie wydały w tej sprawie żadnego oświadczenia.
Monika Kamińska



12 Responses to "Prowokacja Policji?"