Przekorny dziadzio

Tekst pochodzi z książki Jana Miszczaka „Wpadki i wypadki”, która stanowi wybór felietonów „Zza kratek”, opublikowanych w latach 1969 – 1978. Pozycja ukazła się w 1980 r. nakładem Naczelnej Redakcji Wydawnictw Pozaprasowych. Fot. Archiwum

Rodzinka składała się z pięciu osób, które przedstawiam według wieku: dziadek Antoni P., babcia Matylda, ich córka Zofia, mąż córki Adam oraz wnuczka Stefania – lat 24, panna.
No więc jak panna, to trzeba było dla niej znaleźć kandydata, bo jej samej jakoś za lekko nie szło.
Trafiali się wprawdzie różni młodzieńcy, ale gdy tylko poznali rodzinkę, to zaraz łapali za płaszcze i wracać już nie chcieli. Rodzina mawiała, że to nie jest ich wina, ani tym bardziej Stefci, a li tylko dziadka. No, bo przyszedł raz taki całkiem przyjemny chłopak i już prawie chciał się żenić, gdy dziadzio wypalił:
– Zmykaj stąd, póki czas, jeśli nie chcesz, młody człowieku, wejść między te trzy osy. Szczerze ci radzę, bo mam doświadczenie, na własnej skórze zdobyte…
Więc młodzian się uśmiechał, że niby to dziadzio taki dowcipny, ale więcej już Stefci nie kochał.
Zgryz był z tym dziadziem okropny i wszyscy źle mu życzyli, ale on na wszystkich gwizdał i dalej paskudził ich cały matrymonialny wysiłek.
Gdzieś przy końcu września Stefcia wróciła do domu uśmiechnięta i z wypiekami:
– Mam! – powiedziała – Ten będzie mój!
– Kto taki? – trzyosobowym chórem, bo bez dziadzia, zapytała rodzinka.
– Wspaniały człowiek, choć dużo starszy ode mnie. Ekonomista, magister, kulturalny, z samochodem i z miłością do mnie…
– Boże, jak z ogłoszenia biura „Venus” – westchnęła babcia Matylda. – Dawaj go moje dziecko.
– Nie mogę babciu. Boję się go przyprowadzić, żeby dziadzio znów nie podeptał mego szczęścia jedynego…
– Dziadka jakoś ustawimy – powiedział ojciec dziewczyny. – Pogadam z nim, zobaczycie.
W najbliższą niedzielę cała rodzina, w odświętne stroje przyobleczona, oczekiwała na pana magistra ekonomii. Na kuchni dymił rosół z tłustej kury, w lodówce mroziła się nalewka, placek z jabłkami miał wyjechać na stół jako produkt Stefci, choć piekła go babcia. Wszyscy byli ogromnie podenerwowani, bo już dawno skończyła się suma, a magister nie nadchodził.. Wreszcie zjawił się.
W drzwiach stał dość niski, ale za to krępy i raczej łysy mężczyzna o przyjemnym uśmiechu.
– Prosimy, prosimy – zaczęli go zapraszać. .
– Nazywam się Eugeniusz Z. i bardzo mi miło państwa poznać. Stefcia wiele dobrego już opowiadała…
– Jaki kulturalny – szepnęła babcia i szturchnęła nogą dziadka, który dodał pod wąsem: „jak cholera”.
Usiedli za stołem i zaczęła się uczta. Pierwszy odezwał się dziadek Antoni.
– Pan miał w młodości czarną ospę?
– Dlaczego pan pyta? – zdziwił się magister.
– Bo cera jakaś taka pokiereszowana. A może to z czasów wojny?
– Ależ nie, wtedy jeszcze byłem niemowlęciem…
– Naprawdę? – zdziwił się dziadzio. – Nigdy bym nie powiedział…
Na szczęście wniesiono nalewkę i rozmowa na temat aparycji ekonomisty urwała się. Później dziadzia poproszono, żeby sobie po obiadku poleżał i dopiero wtedy Eugeniusz Z. mógł spokojnie oświadczyć się o rękę Stefanii. Propozycja została przyjęta (z radością), ślub wyznaczono na „Andrzejki”, czyli 30 listopada…
Wszystko do wesela było już przygotowane, łącznie ze Stefcią, gdy dziadzio znów spłatał okropnego figla. W przeddzień ślubu źle się poczuł i zanim się kto spostrzegł – umarł.
Rodzina była załamana, ale nie śmiercią dziadka, tylko tym, że wszystkie plany wzięły w łeb.
– Przecież twój Gienio – biadoliła matka Stefanii – może się rozmyślić, jeżeli w ostatniej chwili odroczymy wesele…
Długo dumali, aż wreszcie Adam P. znalazł rozwiązanie:
– Schowamy dziadka! W końcu nic się nie stanie, jeśli zgłosi się o śmierci jeden dzień później! – Świetny pomysł! – przytaknęła babcia.
– Dzięki temu będę mogła otrzymać jeszcze jedną jego emeryturę za następny miesiąc, bo akurat jutro jest pierwszego!
Początkowo Stefania i jej matka trochę oponowały, ale wreszcie dały się przekonać. Przekornego dziadzia ulokowano w miejscu chłodnym, w takim maleńkim pokoiku obok kuchni, który następnie szczelnie zamknięto.

Po części oficjalnej – nastąpiła część artystyczna, czyli wesele. Stoły uginały się pod ciężarem półmisków i butelek, pan młody jakoś pokraśniał, Stefcia udawała, że się boi tego, co niby pierwszy raz ją czeka, babcia zastanawiała się, czy na pewno otrzyma tę rentę za następny miesiąc, a dziadzio leżał sobie w chłodku.
Gdzieś po północy było już tak radośnie, że zapomniano o nieboszczyku i bawiono się hucznie.
Jeden z weselnych gości Włodzimierz S. uwodził starościnę i koniecznie chciał znaleźć się z nią sam na sam, nawet nie wiem po co.
W tym celu wyszli z komnaty, szukając jakiegoś odludnego miejsca. Starościna powiedziała, że wie, gdzie gospodarze chowają klucz od pokoiku przy kuchni, i że w tym pomieszczeniu mogliby spełnić wzajemne zamiary.
Rzeczywiście klucz odnalazła, cichutko otworzyli drzwi i razem weszli do środka.
Muzyka grała, goście pytali się, gdzie jest dziadzio Antoni i musiano ich uspokajać, że wyjechał, bo zawsze był dziwakiem.
– Daleko pojechał? – pytali zawzięcie.
– Bardzo daleko – szepnęła wnuczka Stefcia i oczy uniosła ku górze.
W tym momencie dobiegł do weselnej komnaty straszliwy krzyk. Po głosie rozpoznano, że wrzeszczy starościna. Po chwili wbiegł Włodzimierz S., blady i porozpinany, zdążył powiedzieć tylko „trup” i’ opadł na fotel.
Biesiadnicy zerwali się od stołu, wybiegli do kuchni i ogarnęła ich panika. W otwartych drzwiach pokoiku dostrzegli woskową twarz dziadka Antoniego.
Ktoś wybiegł z mieszkania i zawiadomił milicję, inni uciekali w popłochu, pan młody zesztywniał z kieliszkiem w ręku, Stefcia zapomniała o poślubnych harcach, rodzina milczała, dopóki nie nadjechał radiowóz…

A potem były dochodzenia, obdukcja, przesłuchania, rozpacz Stefci, złość magistra, skrucha niecnej rodzinki. Dopiero po kilku dniach wszystko – skończyło się szczęśliwie – to znaczy pogrzebem.

Jan Miszczak

Leave a Reply

Your email address will not be published.