
W szpitalach brakuje personelu. Lekarze muszą często pracować po ponad 100 godzin tygodniowo. Dochodzi do tego, że umierają na dyżurach (22 sierpnia zmarł 39-letni anestezjolog ze Specjalistycznego Szpitala w Wałbrzychu). Był na „weekendowym dyżurze”. Jego ciało zostało odnalezione w pokoju lekarskim ok. godz. 9 rano. Według kolegów, pracował po 100 godzin tygodniowo, bo w placówce brakowało aż pięciu anestezjologów (teraz już sześciu). Osobiście nie chciałabym i pewnie nikt by nie chciał (gdyby wiedział), żeby tak wycieńczony lekarz znieczulał mnie do jakiegokolwiek zabiegu. „Społeczeństwo tego nie rozumie, że większość lekarzy musi wziąć dodatkowy dyżur nie dla kasy, ale żeby spiąć grafik i zapewnić całodobowo non stop opiekę pacjentom. Nic dziwnego, skoro przez lata ludzie otrzymywali przekaz, że na medycynę idzie się dla pieniędzy. Taki kraj – napisało na Twitterze Porozumienie Chirurgów SKALPEL. Pod wpisem pojawiły się komentarze o tym, że problemy z pełnym obsadzeniem dyżurów – z powodu braków kadrowych – to nie są odosobnione przypadki, ale reguła z którą mierzy się większość ośrodków. – U nas w SOR zawsze jest problem z domknięciem grafika. Gdyby każdy lekarz pracował tylko 156 godzin etatowych, to w SOR dyżurnych starczyłoby tylko na jakieś 12 dni w miesiącu, a i w oddziałach góra 20. A co z resztą miesiąca? – zwróciła uwagę na Twitterze lekarka Katarzyna Ptaszyńska.
Śmierć na dyżurze lub tuż po to nie pierwszy przypadek. W 2019 roku na dyżurze zmarł 39-letni kardiolog z Łodzi. Pacjentów przyjmował w poradniach oraz klinikach w całym województwie łódzkim, m.in. w: Łodzi, Bełchatowie, Zgierzu i Łęczycy. Dodatkowo dyżurował w Pleszewskim Centrum Medycznym. Rok wcześniej podczas nocnego dyżuru w Niepołomicach zmarła 28-letnia lekarka. Jak ustalono, tego dnia lekarka w godz. od 8 do 16 pracowała w jednej z klinik w Krakowie. Od godz. 18 pełniła dyżur nocny w przychodni w Niepołomicach. Miał on trwać do godziny 8 następnego dnia. Przyczyną jej śmierci był zawał serca. Jeszcze wcześniej o przepracowaniu lekarzy mówiono, gdy zmarła 44-letnia anestezjolog z Łodzi, która pracowała w szpitalu w Białogardzie. Jej ciało odnaleziono podczas czwartej doby dyżuru. W 2019 roku między jednym a drugim dyżurem zmarł ratownik medyczny. Na ratunek przyjechał kolega, którego miał właśnie zmienić na dyżurze nocnym, ale nie zdążył. Według żony, w miesiącu, w którym zmarł, przepracował 359 godzin. To ponad 40 godzin więcej niż dwa pełne etaty ratownika medycznego. Tymczase WHO alarmuje, że praca w wymiarze co najmniej 55 godzin tygodniowo zwiększa ryzyko śmiertelnego udaru mózgu o 35 proc., a ryzyko zgonu z powodu niewydolności serca rośnie wówczas o 17 proc. w porównaniu z osobami, które pracują przepisowo (35-40 godzin tygodniowo). Takie wnioski płyną z globalnego badania dotyczącego wpływu pracy w nadgodzinach na liczbę zgonów. Z innego badania wynika natomiast, że lekarz po 24-godzinnym dyżurze zachowuje się tak, jakby miał jeden promil alkoholu w krwi, a to jest niebezpieczne nie tylko dla niego, ale też pacjenta. Nie ma już przecież takiej koncentracji, ani logicznego myślenia jak po 12 godzinach. Podobno wielu medyków przyzwyczaja się do tego stanu i świetnie sobie z tym radzi. Ale nie chodzi chyba o to, żeby patologia stała się normą. Tylko kto znajdzie wyjście z tej patowej sytuacji?
Redaktor Anna Moraniec



18 Responses to "Przemęczony medyk może więcej zaszkodzić, niż pomóc"