
STAL RZESZÓW – GÓRNIK ŁĘCZNA. Beniaminek z Rzeszowa w głębokim dołku.
Stal Rzeszów – co przyznaje również trener Janusz Niedźwiedź – znalazła się na zakręcie. I to bardzo ostrym. W sobotę biało-niebiescy przegrali czwarty z pięciu ostatnich meczów. Po raz pierwszy od miesięcy nie zdobyli też gola u siebie.
Schodzących do szatni rzeszowskich piłkarzy po porażce z Górnikiem Łęczna żegnały gwizdy kibiców, którzy ewidentnie stracili już cierpliwość. Ostatnie tygodnie to bowiem pasmo rozczarowań i pogłębiający się kryzys niemocy. – Prędzej czy później taka sytuacja spotyka każdego. Teraz my się w niej znaleźliśmy, więc musimy sobie z nią poradzić. W tym tygodniu czeka nas prawdziwy test męskości – stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej szkoleniowiec Stali. – To nie jest tak, że problem tkwi w jednej rzeczy. Mówimy o zbiegu wielu okoliczności, wszystkiego nałożyło się po trochu – dodawał Janusz Niedźwiedź, pytany o przyczyny słabej dyspozycji swoich piłkarzy.
Minuty do zapomnienia
Sytuacja kadrowa Stali w porównaniu z ostatnim pojedynkiem w Elblągu była tym razem o niebo lepsza, jednak w żaden sposób nie poprawiła gry. Co więcej, przy Hetmańskiej przydaliby się chyba główni bohaterowie filmu „Faceci w Czerni” razem ze swoim przyrządem służącym do wymazywania pamięci. O tym, co rzeszowianie zaprezentowali w pierwszej połowie należałoby bowiem jak najszybciej zapomnieć! Mnożące się błędy w postaci niedokładnych podań były i tak najlżejszym z grzechów. Świetnie poukładany taktycznie zespół z Łęcznej czytał w taktyce Stali jak w otwartej książce, inteligentnie się przesuwając i w odpowiednim momencie przyspieszając. Tak zresztą padła jedyna bramka, gdy silne i mierzone dośrodkowanie z lewej strony boiska zaskoczyło rzeszowską defensywę. Michał Goliński jedynie przyłożył głowę, kontrując piłkę i goście cieszyli się z prowadzenia. Niewiele do powiedzenia miał w tej sytuacji Gerard Bieszczad, który wskoczył między słupki w miejsce Wiktora Kaczorowskiego. 18-latek, podobnie jak reszta zespołu, ma za sobą ewidentnie słabszy okres, więc szkoleniowiec biało-niebieskich zdecydował się na zmianę. Bieszczad uniknął w sobotę poważnych błędów, ale też zbyt wiele pracy nie miał, bo po obu stronach okazji było jak na lekarstwo.
To właśnie dość zaskakująca sytuacja zwłaszcza w przypadku Stali, która przyzwyczaiła do kreowania wielu zagrożeń w polu karnym rywala. Najaktywniej w szesnastce tym razem przepychali się Artur Pląskowski i Dominik Chromiński, ale tak naprawdę rzeszowianie nie stworzyli sobie ani jednej klarownej okazji do trafienia. Co gorsza, próby strzałów m.in. Wojciecha Reimana z dalszej odległości przypominały bardziej kopnięcia z futbolu amerykańskiego. Swoje zrobiła też wyjątkowo nieprzyjemna aura, a zwłaszcza wiatr, który „bawił się” z piłką w powietrzu, jednak – co oczywiste – warunki były identyczne dla obu stron. – Byliśmy dobrze przygotowani taktycznie, nie dopuszczaliśmy rywali w okolice naszego pola karnego – zauważył bardzo słusznie Kamil Kiereś, trener Górnika, który stał się poważnym kandydatem do awansu.
Pokora i spokój
Atmosfera w rzeszowskiej szatni siłą rzeczy gęstnieje, na boisku zawodnicy sprawiają wrażenie, jakby nie do końca wiedzieli, co mają robić. Być może to „przeładowanie” szczegółami taktycznymi, a w konsekwencji zahamowanie automatyki działania, być może problemy z fizyką. Tak czy inaczej lekarstwo trzeba dopasować jak najszybciej, tym bardziej że Stal czeka teraz maraton wyjazdowy, a doskonale wiemy, jak biało-niebiescy spisują się w delegacji. – Musimy zachować spokój i nie mówić, że wszystko jest źle, bo… wcześniej nie wszystko było też dobrze. Potrzebujemy pokory, spokoju i pracy. Wszyscy jesteśmy źli, ale nie zapominajmy, ile ten zespół dał radości temu miastu i kibicom. Doceńmy to, więc proszę raz jeszcze o spokój: dajcie nam popracować, a wierzę, że odwrócimy to, co się w ostatnim czasie wydarzyło – apeluje trener Niedźwiedź.
STAL RZ. 0
GÓRNIK 1
(0-1)
0-1 Goliński (34.)
Tomasz Czarnota
[ngg src=”galleries” ids=”899″ display=”basic_thumbnail”]



One Response to "Przeminęło z wiatrem"