
Dwie przemyślanki najpierw zostały okradzione przez swojego lekarza. Gdy policja im nie pomogła, same wzięły sprawę w swoje ręce i złapały na gorącym uczynku bezczelnego medyka.
Ta historia wydaje się wprost nie do uwierzenia. Po pierwsze, z powodu występującej w niej postaci negatywnej, po drugie – z powodu tych, które rozpracowały jej proceder. Dwie przemyślanki zmusiły lekarza, który okradał swoje pacjentki, by się do tego przyznał. Ułożyły misterny plan prowokacji i zrealizowały go! Lekarz będzie odpowiadał za wykroczenie, ale w środowisku swych kolegów jest już „spalony”. Taki kolega po fachu to zwyczajnie wstyd dla nich.
Nim opowiemy o tym, jak dzielne pacjentki utarły nosa bezczelnemu, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, złodziejowi w kitlu, warto wspomnieć o tym, że sprawa okradania pacjentek to nie jedyna niechlubna historia, której lekarz – ginekolog został „bohaterem”. W grudniu zeszłego roku jedna z jego pacjentek zawiadomiła policję, że medyk przyjmuje w przychodni pijany. Policja zainterweniowała i potwierdziła przypuszczenia pacjentki. Sprawę bada prokuratura, która ustala, czy jego nietrzeźwość naraziła którąś z pacjentek. Jeśli nie, lekarzowi nic nie grozi, bo w myśl przepisów prawa samo bycie pijanym w pracy nie jest w przypadku lekarza przestępstwem.
Tajemnicze zniknięcie „stówki”
Na razie jednak cofnijmy się do października zeszłego roku. Oto dwie znajome, Ewa i Halina, postanowiły razem wybrać się do ginekologa. Ich wybór padł na przemyską przychodnię przy Lwowskiej 9, gdzie zostały zarejestrowane do lekarza, Krzysztofa Z.
Ginekolog zrobił na obu paniach niezłe wrażenie: nie ociągał się z wywiadem, a przede wszystkim z badaniem pacjentek. Do badania w tym gabinecie panie przygotowywały się w oddzielnym pomieszczeniu. Obie w trakcie swoich wizyt pozostawiły torebki na krześle przy lekarskim stoliku.
Kobiety razem wyszły z przychodni, chwilkę jeszcze porozmawiały i rozstały się. Ewa odjechała do domu, a Halina postanowiła pójść do apteki. – Przed wizytą u ginekologa miałam w portfelu 430 złotych – opowiada Halina. – Dokładnie cztery banknoty po 100 złotych, jeden 20-złotowy i jeden 10-złotowy. Tak byłam w każdym razie przekonana – podkreśla. – W aptece doliczyłam się tylko 330 złotych, jedna „stówka” tajemniczo zniknęła – dodaje Halina.
Postanowiły „sprawdzić” lekarza
Kobieta biła się z myślami. Bo z jednej strony wszystko wskazywało na to, że pieniądze ukradł jej podczas wizyty ginekolog, ale z drugiej…- Człowiek w takich sytuacjach „głupieje” – przyznaje Halina. – Tak sobie więc myślałam, że może gdzieś te 100 złotych wydałam i nie pamiętam, albo zgubiłam. Nie mieściło mi się w głowie, że lekarz mógłby mnie okraść! Nie chciałam posądzić niewinnego człowieka o takie coś – dodaje.
Tak czy owak Halina podzieliła się swymi wątpliwościami z Ewą. Ta swój portfel sprawdziła. Nie brakowało ani banknotu 50-złotowego, ani 20-złotowego, a tylko te dwa miała podczas wizyty i była tego zupełnie pewna. Choć Ewie też nie mieściło się w głowie, że lekarz mógłby okradać pacjentki, wspólnie z Haliną uznały, że muszą to sprawdzić. Na następną wizytę u doktora Krzysztofa Z. Halina opróżniła całkowicie swój portfel, pozostawiając w nim tylko karteczkę z napisem: „Dzisiaj nie będzie 100 zł. Nieładnie panie doktorze”. Zanim go zamknęła, zostawiła w nim nieco konfetti. – Wiadomo było, że kiedy lekarz otworzy portfel, to ono się wysypie – uśmiecha się Halina. Kobieta pozostawiła też na krześle przy stoliku lekarskim torbę z nie do końca zasuniętym zamkiem.
Wizyta i badanie przebiegły standardowo. Po opuszczeniu przychodni kobiety sprawdziły stan torebki i portfela. – Od razu rzuciło się nam w oczy, że zamek torebki jest zasunięty do końca, a nie w miejscu, gdzie był wcześniej – wspomina Halina. – W portfelu nie było konfetti, ale karteczka pozostała – dodaje.
Ułożyły misterny plan
W tej sytuacji kobiety zdecydowały się zgłosić sprawę policji. Sądziły, że funkcjonariusze pobiorą odciski palców z portfela i tym samym będzie niezbity dowód, że lekarz w nim „grzebał”, ale spotkało je rozczarowanie. – Policjanci powiedzieli nam, że nie ma ku temu podstaw, bo nic nie zginęło – wspominają. – Dodali też, że naszą prowokacją niepotrzebnie „spłoszyłyśmy” lekarza – mówią Halina i Ewa. – Zasugerowali nam, żebyśmy za jakiś czas przeprowadziły kolejną prowokację – dodają.
Przemyślanki postanowiły raz jeszcze spróbować zdobyć dowody na to, że lekarz kradnie. Tym razem na wizytę w połowie stycznia tego roku miała iść Ewa. Halina i ich wspólny znajomy towarzyszyli jej do przychodni. Nim to się jednak stało, cała trójka starannie przygotowała plan. – Wpadliśmy na pomysł, że cały czas będę mieć w kieszeni torebki telefon komórkowy z aktywnym połączeniem ze znajomym – zdradza Ewa. – W domu sprawdziliśmy, jak w jego telefonie słychać odsuwanie zamka w torebce. Następnie spisaliśmy numery seryjne z czterech 100-złotowych banknotów i jednego o nominale 20 złotych i schowaliśmy je do portfela – relacjonuje kobieta. – Dodatkowo nitką zaznaczyłam miejsce zasunięcia zamka torebki – dodaje.
„Są trzy „stówki”. Gdzie czwarta?”
Ewa jakby nigdy nic weszła do gabinetu. Lekarz po krótkiej rozmowie polecił jej przygotowanie się do badania. Kobieta wyszła, pozostawiając na krześle torebkę. W przebieralni zdjęła tylko buty i przyłożyła ucho do drzwi. Z gabinetu dobiegł ją dźwięk szybko zakładanych lateksowych rękawiczek. – Odczekałam chwilę i wyszłam z przebieralni – opowiada Ewa. – Zdziwionemu tym, że nie jestem przygotowana do badania lekarzowi powiedziałam, że nagle bardzo źle się poczułam. Usiadłam na krześle i lekarz zmierzył mi ciśnienie. Wynik zapisał na karteczce, którą mi dał – wspomina.
Wtedy kobieta sięgnęła po torebkę. Od razu zauważyła, że zamek jest zasunięty nie tam, gdzie zaznaczyła nitką. Wyjęła portfel pod pozorem schowania kartki z wynikiem i przeliczyła pieniądze. Brakowało 100 złotych. – Powiedziałam wówczas do lekarza: „Panie doktorze, są trzy „stówki”. Gdzie czwarta?” – relacjonuje Ewa. – Przyznaję, że przez chwilę wahałam się, czy mówić do niego „panie doktorze”, czy „ty złodzieju” – dodaje z gorzkim uśmiechem.
Lekarz przyznał się do obu kradzieży
Na te słowa Ewy lekarz sięgnął do górnej kieszeni kitla i wyjął złożony w pół banknot. – Tylko proszę nikomu o tym nie mówić – powiedział proszącym tonem. Ewa jednak ani myślała milczeć. – Powiedziałam mu, że nic z tego, że na jego kradzież są świadkowie, którzy wszystko to słyszą, a wcześniej okradł w podobny sposób moją znajomą – mówi kobieta. Ewa otworzyła drzwi i do gabinetu weszli Halina i znajomy obu pań. Halina oznajmiła lekarzowi , że ją okradł w październiku. Krzysztof Z. obiecał, że odda jej pieniądze, ale twierdził, że teraz nie ma. – Chciał je nawet pożyczyć od pielęgniarki, która się pojawiła – wspominają Halina i Ewa. – Ale ta wymówiła się, twierdząc, że także nie ma takiej kwoty.
Kobiety i ich znajomy wezwali policję, która przesłuchała zainteresowanych i lekarza. Przyznał się on do kradzieży pieniędzy z portfela zarówno Ewie, jak i Halinie. Tej drugiej skradzione 100 złotych zwrócił 14 stycznia przy okazji spotkania na policji. Kobieta pieniądze wzięła, potwierdzając pisemnie, że przyjęła tę kwotę jako zwrot skradzionych jej w konkretnym dniu podczas wizyty lekarskiej 100 złotych.
Ostatnio Halina i Ewa otrzymały zawiadomienie, że policja po rozpoznaniu sprawy zdecydowała się skierować sprawę wykroczenia, jakiego dopuścił się lekarz do sądu grodzkiego. – Kradzież mienia, czy kwoty o wartości mniejszej niż 400 złotych stanowi jedynie wykroczenie – wyjaśnia asp. Bogusława Sebastianka, oficer prasowy przemyskiej KMP. – Sąd może orzec wobec popełniającego je karę grzywny, ograniczenia wolności, albo pozbawienia wolności – tłumaczy dodając, że dla policji, jako organu ścigania nie ma znaczenia zawód popełniającego wykroczenie.
Wstyd innym lekarzom
Zaskoczenie i niesmak w związku z tą sprawą, o której szczegółach dowiedział się od nas, okazuje Krzysztof Popławski, lekarz-ortopeda i zastępca dyrektora Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu. – Dla naszego środowiska to po prostu ogromny wstyd! – nie kryje lekarz. – Po ujawnieniu takich spraw pacjenci czasem nie ukrywają, że mają obawy pozostawić przy lekarzu torebkę, czy portfel. To bardzo nieprzyjemne i krzywdzące dla uczciwych lekarzy, ale trudno się takiemu pacjentowi też dziwić – przyznaje K. Popławski. Zdaniem ortopedy, izby lekarskie w takich sytuacjach niezależnie od orzeczeń sądów, powinny reagować ostrzej, podobnie jak w przypadkach pracy lekarzy w stanie nietrzeźwości. – Bardziej zdecydowana postawa izb lekarskich miałaby tu także aspekt związany z zaufaniem pacjenta, który widziałby, że środowisko medyczne bardzo zdecydowanie potępia takie zachowania – dodaje lekarz.
Trzeba umieć upomnieć się i swoje!
Ta historia pokazuje, że trzeba umieć upomnieć się o swoje. Dwie dzielne przemyślanki wykazały się ogromną przytomnością umysłu i nie tylko odzyskały swoje pieniądze, ale także zapewne uchroniły inne pacjentki, które lekarz mógł w podobny sposób okraść. Niewykluczone, że pan doktor brał sobie pieniądze także z portfeli innych pacjentek, a te brak na przykład 100 złotych kładły na karb swego zapominalstwa, albo roztrzepania. Jeśli jakiejś pani przydarzyła się taka niespodziewana strata po wizycie u pana doktora Krzysztofa Z. to prosimy o kontakt z nami.
Na prośbę bohaterek niektóre dotyczące ich szczegóły zostały zmienione.
Monika Kamińska



8 Responses to "Przemyski ginekolog bezczelnie okradał swoje pacjentki"