
Zawsze wesoły i uśmiechnięty, czy lipcowy skwar, czy styczniowy mróz. W mundurze żołnierza CK armii z nieodłączną dużą fajką i swoim przyjacielem Wieśkiem u boku. I zawsze z nowym dowcipem „w rękawie” i optymizmem, którym potrafił zarazić każdego. Któż go nie znał? Wszyscy znali! – Witaj Szwejku, cześć Julek – słyszało się tam, gdzie żwawym krokiem przechodził. W środę (3 lutego) bliscy, przyjaciele, znajomi powiedzieli: – Żegnaj Szwejku, żegnaj Julianie – gdy spoczął na Cmentarzu Głównym w Przemyślu. Julian Smuk, przemyski Dobry Wojak Szwejk, odszedł na wieczną wartę w wieku 79 lat. I nic już w Przemyślu nie będzie takie samo…
Był zawsze wszędzie tam, gdzie trzeba było pomóc, ale szczególnie bliska była mu idea Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dlatego w niedzielę, 31 grudnia, podczas 29. finału WOŚP wielu rozglądało się po przemyskim Rynku, wypatrując Julka Szwejka, który był niejako wizytówką miasta i przemyskich finałów WOŚP. – Pewnie jest w innej części miasta, ale zaraz się przecież pojawi – myśleli przemyślanie. Jego przyjaciel, Wiesław Pielech, który zawsze przemierzał z nim ulice Przemyśla, jako towarzyszący Szwejkowi feldfebel CK Armii, czekał nadaremnie. A gdy już się zaniepokoił, co tchu popędził na Sanocką do domu swego przyjaciela. Znalazł Juliana, ale już bez życia… Był przy nim inny jego przyjaciel, który rozpaczliwie usiłował obudzić Szwejka. To ukochana papuga Juliana, którą miał od pisklęcia. Wdzięczny ptak o niemniej wdzięcznym imieniu „Włóczęga”.
– Miotał się po domu, nie rozumiejąc, co się stało – wspomina W. Pielech. – Ja też nie rozumiałem i nie wierzyłem, że Julek naprawdę nie żyje – przyznaje członek Przemyskiego Stowarzyszenia Dobrego Wojaka Szwejka.
Nie „grał” Szwejka, on nim był
Śp. Julian Smuk nie był pierwszym członkiem stowarzyszenia, który wcielił się w postać Szwejka. Przed nim czynili to inni, ale on był absolutnie wyjątkowy. – Julian po prostu był Szwejkiem. Stał się nim bez rozkazu, przyszło mu to całkiem naturalnie – mówił nad grobem przyjaciela, prezes Przemyskiego Stowarzyszenia Dobrego Wojaka Szwejka, Zbigniew Rużycki. – Robił to społecznie – podkreślił. Julek do stowarzyszenia trafił też całkiem naturalnie, bo jednym z założycieli tegoż był jego młodszy brat, Adam. – Kiedy od ówczesnego urzędu wojewódzkiego dostaliśmy „we władanie” tę Bramę Sanocką Dolną, naszą wartownię, powiedziałem do Julka: „Masz tu klucze i pilnuj tego zabytku” – wspominał Adam Smuk.
– Julek mieszkał przecież niedaleko, a ja na Zasaniu, to wiadomo było, że on się tym zajmie – uśmiechał się. No i zajął się bramą, ale nie tylko. To Julian Smuk, Dobry Wojak Szwejk z zaszczytnym tytułem Cesarsko-Królewskiego Osrajnogi decydował, kto może spacerować po Wolnym Królewskim Mieście Przemyślu i kto może bywać w Twierdzy Przemyśl. Każdy musiał o to poprosić, czy to turysta, czy sam włodarz miasta. A Julian, jak to Julian: – pozwolenie dawał, ale bywało, że i w kajdanki zakuł i tytuł Cesarsko – Królewskiej Arcypierdoły nadał. – Organizatorzy wielu imprez po prostu podjeżdżali pod jego dom i zabierali go, bo przecież bez Szwejka żadna poważna impreza odbywać się nie mogla – prezesowi Rużyckiemu głos łamał się, gdy opowiadał o zmarłym przyjacielu. – On nigdy nie odmawiał. Był przygotowany i punktualny. W mundurze CK Monarchii z fajką, kajdankami, przepustkami i odpowiednimi certyfikatami jechał czasem kilkaset kilometrów, żeby bawić ludzi, ale też rozsławiać Przemyśl i …Dobrego Wojaka Szwejka – przypominał.
„Oddaj drewno!”
Znano go nie tylko w Przemyślu i okolicach, ale w zasadzie…wszędzie. – Bywało tak, że wyjeżdżaliśmy na przykład do Krakowa, czy Gdańska i na ulicy ludzie na widok Julka wołali „O, Szwejk z Przemyśla, witamy u nas!” – opowiadał Z. Rużycki. – A on się uśmiechał dobrotliwie, po czym zaraz jakimś żartem „zarzucił”. Nie zawsze były to żarty, które można by teraz na łamach gazety powtarzać, ale nikt się nigdy na Juliana nie obraził, bo też on nikogo obrazić nigdy nie chciał
– podkreślił prezes stowarzyszenia. Żarty Juliana zawsze się trzymały, nie tylko wobec tych, dla których był Szwejkiem i atrakcją, ale także wobec przyjaciół. – Razu pewnego zimą, po jakiejś imprezie, na której szwejkowaliśmy razem, poszedłem do Julka przebrać się w cywilne ciuchy
– wracał do wspomnień o przyjacielu Wiesław Pielech. – Posiedziałem u niego chwilę, zarzuciłem na ramię swój plecak i poszedłem do domu. Ledwie stanąłem w drzwiach swego mieszkania, zadzwonił mój telefon. Patrzę dzwoni „Wapniak”, tak czasem Julka pieszczotliwie nazywałem – wspominał CK feldfebel. – Odebrałem, a on do mnie mówi „Słuchaj no, D…ku”, czasem bowiem raczył tak zwracać się do mnie, „Dlaczegoś ty mi drzewo ukradł? Taki z ciebie kolega? Oddawaj drzewo!”. Ki diabeł, nie wiem, o jakie drzewo chodzi. Ale że Julka dobrze znałem, wiedziałem już, że jakiś kawał mi wykręcił – śmiał się W. Pielech. – Otwieram swój plecak, a tam drewno! Na jednym grubym polanie napis „Czegoś mi drzewo ukradł? Oddawaj!”. Roześmiałem się serdecznie i na tym polanie napisałem, że przepraszam i oddaję. No i odniosłem to drewno. Julek nigdy nie spalił tego polana, trzymał je na półce w domu – w oczach Wiesława Pielecha zalśniły łzy. – Ej, nie będę płakał – zapowiedział.
– Julek by tego nie chciał, on zawsze się śmiał – przypomniał CK feldfebel.
Bo Julek żartownisiem był…
– Julian zawsze był sobą i tego mnie nauczył – podkreślił Mariusz Bednarz, członek stowarzyszenia, któremu także zdarza się i zdarzało wcielać w postać Dobrego Wojaka Szwejka. – Nauczył mnie być pewnym siebie i patrzeć na wszystko z optymizmem. Zawsze, w każdej sytuacji starał się widzieć jasne strony – uśmiechał się M. Bednarz. – Taki po prostu Julek był. Juliana Smuka brakować będzie też innym przyjaciołom. – Julek usiedzieć nie umiał i nie dało się przy nim nudzić – zauważyła Maria Żemełko, przyjaciółka J. Smuka, przemyska poetka i pisarka. – Często wyjeżdżałam razem ze Szwejkami na różne imprezy poza Przemyślem i oczywiście tam nocowaliśmy, gdzie nas szwejkowski szlak rzucił. Julek potem ze śmiechem opowiadał, że „spał razem z Marysią”, czyli ze mną – uśmiechała się M. Żemełko. – Poniekąd była to prawda, bo przecież w końcu sen zmorzy każdego, ale niektórzy dziwnie się nam potem przyglądali – śmiała się.
Patrzy na nas z góry
Po pogrzebie śp. Juliana idziemy do Bramy Sanockiej Dolnej. Jeden rzut oka na budynek opodal i z wysokości patrzy na nas …Julek. Nie, to nie żart i nie metafora! Oto tuż przy wjeździe do miasta od strony Prałkowiec na jednej z kamienic mamy duży baner z logo Przemyskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Dobrego Wojaka Szwejka i fotografią kilku członków stowarzyszenia. Na pierwszym planie – oczywiście – Dobry Wojak Szwejk, czyli Julian, tuż obok niego wierny CK feldfebel, Wiesiek Pielech.
– Julek będzie z nami zawsze i nic tego nie zmieni – podkreślał prezes stowarzyszenia Zbyszek Rużycki. – Teraz naprawdę patrzy na nas skądś i pewnie uważa, że coś tam nie tak po szwejkowsku robimy – uśmiechał się. – Odszedł na wieczną wartę, dołączył do innych miłośników Dobrego Wojaka Szwejka, którzy go tam pewnie godnie przyjęli. Już pewnie kombinują jakieś niebiańskie szwejkowskie przedsięwzięcie – stwierdzili brat Juliana Adam i bratowa Teresa. – Nas też kiedyś Julian przywita tam i powie „Witajcie Cesarsko-Królewskie Osrajnogi” – dodawali inni. – Czekaj na nas Julek, ale nie wzywaj nas za szybko – prosili przyjaciela, tak, jakby siedział wśród nich.
Poddałby Haszkowi kilka szwejkowskich wątków
– Ważne jest, żeby to powiedzieć
– podkreślił Z. Rużycki. – Julek był Szwejkiem. Dowcipem, filozofią życia, humorem czasem trochę rubasznym, naprawdę go przypominał – wspominał. – Ale Julek był też po prostu znawcą Szwejka i znawcą historii Przemyśla i Twierdzy Przemyśl – przypomniał.
– Gdyby Jarosław Haszek współcześnie pisał „Przygody Dobrego Wojaka Szwejka” zapewne wiele wątków miałby gotowych od Julka właśnie – wyraził swe przekonanie szef stowarzyszenia.
– Ale był nie tylko Szwejkiem i szwejkoznawcą – zastrzegał. – Mało kto wie, że był na przykład honorowym dawcą krwi i zapalonym wędkarzem! Czasem więc na chwilę porzucał swą szwejkowską nieodłączną fajkę i zamieniał ją na wędkę, by oddawać się kolejnej swej pasji – zdradził Z. Rużycki.
Jakoś będzie, ale tak samo na pewno nie
Na pogrzebie śp. Juliana Smuka było tłoczno. Tak jak zwykle tłoczno było wokół niego za życia. – Zawsze był otoczony ludźmi, bo miał sporo charyzmy
– wspominał młodszy brat śp. Juliana, Adam. – Wychowaliśmy się na przemyskiej ulicy Kopernika. Gdy Julek był dzieckiem, nie dał sobie w kaszę dmuchać i nie raz i nie dwa pobił się z kolegami z „innej parafii”. Milicja go czasem goniła – opowiadał z uśmiechem brat zmarłego. – A dziś przedstawiciel przemyskiej policji uroczyście składał kwiaty na jego świeżym grobie. Ot, historia zatoczyła dziwne koło – wzdychał.
Jak mówił Adam Smuk, jego brat zawsze mawiał, że „jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było” i zawsze mówił to z uśmiechem. Teraz śp. Julek Smuk odszedł i też jakoś będzie. Ale na pewno nie będzie tak, jak było…
Monika Kamińska



3 Responses to "Przemyski Wojak Szwejk odszedł na wieczną wartę"