Przychodzę do neurologa. Rodzinny wypisał skierowanie, bo dopadła mnie kontuzja pleców. Wcześniej chodziłem na zabiegi i praktycznie wszystkie objawy mi przeszły, tyle że ta kontuzja może się odnawiać, stąd wizyta u specjalisty. No i zaczęło się.
Fizjoterapeutki podczas zabiegów zasugerowały, że warto zbadać mój kręgosłup rezonansem magnetycznym. Nie proszę, nie żądam, tylko mówię to, co powiedziały mi doświadczone rehabilitantki. Na co pani doktor oburzona: „Jak one są takie mądre, to niech panu same wypisują skierowania. Ci wszyscy masażyści są tacy mądrzy? To są kretyni. Ja, proszę pana, jestem lekarzem i rady jakichś masażystek mnie nie interesują, bo mi to uwłacza jako lekarzowi. Pan jest młody, nic panu nie jest, a badanie rezonansem kosztuje mnóstwo pieniędzy”. Przytaknąłem, bo to w końcu lekarka, która neurologiem jest ponad 30 lat i powinna wiedzieć, co dla mnie jest dobre. Mówię lekarce, że praktycznie nic mnie nie boli, chcę wiedzieć, jak mam dalej postępować, żeby kontuzja się nie odnowiła. Lekarka bierze się za badanie i wmawia, że mnie noga boli, choć nie bolała, tylko naciągała mi mięsień (od dziecka przy tym ruchu odczuwam to samo, ale nie ból). Na to pani doktor bierze się za wypisywanie recepty. Cała lista, m.in. bardzo mocnych leków przeciwbólowych plus zastrzyki. Grzecznie się pytam co to za leki. Lekarka: „Pan ma bóle, to wszystko nie jest zaleczone”. Powtarzam, że nie odczuwam już prawie wcale bólu, zresztą według słów wypowiedzianych dwie minuty wcześniej przez panią doktor, nic mi nie jest i rezonansu nie trzeba. Na to pani doktor pyta: „Chcesz się pan leczyć czy nie?”. Chcę. Oprócz recepty otrzymałem też skierowanie na rehabilitację i masaże, ale lekarka powiedziała: „I tak pan szybko nie dostaniesz”. Okazuje się, że na NFZ należy czekać 2 miesiące, a niektóre gabinety rehabilitacyjne już w tym roku mnie nie przyjmą, bo nie wiedzą, jak będzie z kontraktem.
Tu pojawia się pytanie: po co mi rehabilitacja i masaże za kilka miesięcy? No, ale dobra. Pytam więc kolejny raz grzecznie, jakie to będą ćwiczenia na rehabilitacji. Lekarka: „A co ja będę panu wykład z medycyny robić?” Odpowiadam, że chcę się dowiedzieć w dwóch zdaniach, jakie to ćwiczenia, tak z czystej ciekawości. Lekarka: „Co ja będę tłumaczyła, ja mam innych w kolejce, a zresztą biologię to miał, do szkoły chodził?” Nie odpowiedziałem. Nie poddaję się i pytam: Jaki sport mogę uprawiać przy tego rodzaju schorzeniu? Mogę pływać? Lekarka: „Hmm, no można”. Tłumaczę, że bolą mnie plecy przy pływaniu żabką. Lekarka: „Hmm no to żabką nie i niech pan samochodem nie jeździ, chyba że są dobre amortyzatory”. Siedzę w gabinecie już 10 minut i z każdą sekundą wydaje mi się, że trafiłem na oddział psychiatryczny. Myślę sobie, że zadam ostatnie pytanie, a mianowicie, jakie pani doktor daje mi przy tej kontuzji zalecenia w życiu codziennym. Lekarka: „A przeczytaj pan sobie w Internecie o dalszych zaleceniach”.
Wyszedłem z gabinetu. W Internecie poszukałem innych neurologów. Chciałem zobaczyć opinie. Przy trzecim, o którym ludzie wyrażali się w podobnym tonie jak ja o lekarce, u której byłem, odpuściłem. Liczę, że wszystko samo przejdzie, a jak nie przejdzie, to nie wiem, co zrobię. Wiem za to, że wielu lekarzom wydaje się, że są Bóg wie kim. A nie są. Lekarzem powinien być ktoś, kto ma do tego powołanie, a nie jakiś burak, który ma kompleksy, a pacjenta traktuje jak skończonego kretyna, a czasami jak zwykłą szmatę do podłogi.
Grzegorz Anton



2 Responses to "Przychodzi facet do lekarza"