
I LIGA. Rozmowa z Januszem Białkiem, trenerem Stali Mielec.
Pojedynkiem z Sandecją w ostatni weekend lipca piłkarze Stali rozpoczną zmagania na zapleczu ekstraklasy. Beniaminek do sezonu przygotowywał się m.in. w Nowym Jorku i okolicach.
– Ameryka zrobiła na panu wrażenie?
– Nie tak wielkie jak na moich piłkarzach, bo już tam kiedyś byłem. Inna architektura, odległości, styl życia – to wszystko działa na wyobraźnię. Zwiedziliśmy wzdłuż i wszerz Nowy Jork, jedno z najciekawszych miast świata. Dla większości zawodników to była przygoda życia.
– Ma pan znajomych, którzy realizują amerykański sen?
– Od pucybuta do milionera? W przypadku emigrantów z Polski to chyba tak nie działa, choć większość naszych rodaków mieszkających w USA, nie narzeka. Myślę, że realizowanie amerykańskiego snu jest już wtedy, gdy – mimo niewątpliwych wyrzeczeń – ktoś ma firmę, wykształcił dzieci, stać go na wczasy. Spotkaliśmy kilku byłych zawodników Stali, między innymi Mariusza Barnaka. Nieźle im się powodzi.
– Podczas 11-dniowego pobytu za oceanem rozegraliście kilka sparingów. Rywale nie byli jednak wymagający, więc można chyba powiedzieć, że to były porządne wakacje?
– To była nagroda dla chłopaków za wspaniały sezon. Zapewniam jednak, że nie zmarnowaliśmy ani jednego dnia. Popracowaliśmy nad motoryką, potrenowaliśmy na boiskach ze sztuczną trawą, co też było nowym doświadczeniem.
– Kim jest Greg Bajek, który zaprosił was do USA?
– To były zawodnik Stali Stalowa Wola. Grał tam, gdy trenerem był Włodek Gąsior. W Stanach prowadzi różne interesy, jest zajętym człowiekiem, ale dla nas zawsze miał czas. Greg jest współwłaścicielem półzawodowego klubu, znalazł wsparcie w mieście, bo pani prezydent też kiedyś grała w piłkę. Pieniędzy, organizacji, całego tego show można Amerykanom pozazdrościć. Piłka nożna przez lata nie mogła się przebić do masowej wyobraźni, wciąż jest mniej popularna od baseballu, koszykówki czy futbolu amerykańskiego, lecz na własne oczy widzieliśmy, że to się zmienia. Byliśmy na meczu Red Bull New York – Seattle Sounders. Dobry poziom, pełen stadion, doping po europejsku – ludzie żywiołowo reagowali na to, co się działo na boisku, rozumieli grę. Na razie tamtejsza liga zawodowa sprowadza podstarzałe gwiazdy, za chwilę zaczną kupować piłkarzy brylujących w Europie. Amerykanie mają pieniądze.
– Nie „złapaliście” tam żadnego sponsora?
– Byliśmy blisko, ale nie na tyle, żeby przywieźć coś do Mielca.
– Andrei Prokica naprawdę nie dało się zatrzymać?
– Proszę pana, GKS Katowice ma większy budżet niż podkarpackie kluby razem wzięte. Niestety, Polska nam odjechała. Sponsorzy znajdują się wszędzie, tylko nie u nas. Nie pojmuję tego, przecież w naszym regionie nie brakuje świetnie prosperujących firm. Z Andrzejem była krótka piłka, w Katowicach podpisał kontrakt, z którego będzie mógł odłożyć. Nie mieliśmy zbyt wielu argumentów, poza kapitalną atmosferą w szatni.
– Ciężko będzie zastąpić tak klasowego zawodnika.
– To prawda. Szukamy, testujemy różnych graczy, skupiamy się na młodych, będących na początku swojej drogi. Jak nie ma kasy na transfery, trzeba liczyć na szczęście. Może ktoś wypali? Z doświadczenia wiem jednak, że ciężko znaleźć piłkarza o parametrach rasowego napastnika.
– Obrońca Robert Sulewski wróci do Arki Gdynia?
– Arka chce go sprzedać, my chcemy, żeby nadal grał w Stali, lecz nie jesteśmy w stanie zapłacić tak dużych pieniędzy. Jeśli gdynianie obniżą swoje wymagania, może się dogadamy. Na razie ledwie wiążemy koniec z końcem. Marzy mi się, że otrzymujemy z miasta taką pomoc jak piłkarze ręczni. Kamil Radulj? Cóż, chciał spróbować szczęścia w ekstraklasie, coś mu jednak w Koronie Kielce nie wyszło i teraz chyba szuka klubu. Całe szczęście, że zostaje z nami Bartek Nowak, bo trzeba byłoby od nowa budować drużynę.
– Mielecki kibic to kibic wybredny, wciąż chętnie wracający do czasów, gdy Stal sięgała po medale mistrzostw Polski. Przez ostatni rok doświadczał samych zwycięstw, ale teraz mogą się pojawić porażki. Nie obawia się pan, że fani będą się domagać w I lidze niemożliwego?
– Podniesiemy ceny biletów do takiej wysokości, żeby wpływy z ich sprzedaży wystarczyły na zakup klasowych piłkarzy. Wtedy dostaniemy się na szczyt i ludzie będą zadowoleni.
– Pan kpi, a ja pytam poważnie: nie będzie się pan irytował, jeśli przyjdzie panu tłumaczyć różnicę między pierwszą a drugą ligą?
– Doskonale pan wie, jak wygląda sytuacja podkarpackiej piłki nożnej. Nie masz kasy, nie zbudujesz poważnego klubu. Nie bójmy się o tym głośno mówić. To naprawdę duży problem.
– Po awansie Stali na zaplecze ekstraklasy kusiły pana jakieś mocniejsze kluby?
– Telefon milczał. Najwyraźniej prezesi nie mieli mojego numeru (śmiech).
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


