Co roku miliony złotych idą na programy profilaktyczne mające wcześnie wykryć nowotwory, setki milionów przeznaczane są na nowoczesny sprzęt do diagnostyki i leczenia raka. Rośnie wykrywalność i nagle trach…., wszystko bierze w łeb, bo ktoś – nie wiadomo kto – zaniedbał tak oczywistą rzecz jak zagwarantowanie dostępności do leków onkologicznych.
W marcu wybuchła jedna afera, gdy brakło cytostatyków stosowanych w chemioterapii. Dyrektorzy i lekarze onkolodzy stawali na głowie by nie odsyłać chorych, nie obyło się jednak bez łez i nerwówki pacjentów, którzy musieli o tydzień czy dwa odłożyć terapię. Potem minister zdrowia bił się w piersi, zapewniał, że leki już zamówione, już jadą do Polski, że sytuacja była wyjątkowa i więcej się nie zdarzy. A wszystko załatwi import docelowy. Nie minęło dwa miesiące, a już wybucha kolejna afera z lekami.
Następna firma farmaceutyczna zaprzestaje działalności (tak jak w poprzednim przypadku) i nagle okazuje się, że nie ma standardowych leków stosowanych w hematologii. Także w tym przypadku chodzi o leki tanie i powszechnie stosowane, a problem dotyczy co najmniej 6 tys. pacjentów chorych na białaczki limfatyczne, szpiczaki, słowem choroby krwi. I co? Ano nic, winnych nie ma, ministerstwo uspokaja, każe zamawiać leki w imporcie docelowym (jakoś nikt nie wyjaśnia dlaczego są oryginalne leki w imporcie docelowym skoro firma ich nie produkuje). Dyrektorzy szpitali klną, ale płacą krocie (leki z importu docelowego są dużo, dużo droższe, zamiast 6,5 zł płacą 135 zł), w dodatku nikt im za nie pieniędzy nie zwróci, przecież fundusz płaci tak jak ma zapisane w umowie kontraktowej, czyli 6,5 zł. A coraz głośniej mówi się o kolejnym skandalu.
Z katalogu leków refundowanych w ramach chemioterapii wyparowało 15 substancji leczniczych. Od lipca mają być dostępne…, ale tylko w ramach chemioterapii niestandardowej wymagającej indywidualnej zgody dyrektora oddziału wojewódzkiego NFZ po rozpatrzeniu wielostronicowego wniosku podpisanego przez lekarza, jego ordynatora, dyrektora szpitala i konsultanta wojewódzkiego. Co więcej, procedura ta musi być powtarzana co 2-3 miesiące. To straszna wiadomość dla chorych, bo wielu z nich z różnych przyczyn nie spełni kryteriów, które będą obowiązywać (jak w każdym programie lekowym). Na pewno będzie dochodzić do sytuacji paradoksalnych np. z dwóch pacjentów w podobnym wieku, stadium choroby i stanie zdrowia jeden zostanie zakwalifikowany, a drugi nie, bo będzie za dużo ważył, lub mierzył, a lekarze znów będą stawać przed dylematem jak mu to powiedzieć, by nie mówić dziś ty idziesz do odstrzału. Quo vadis polska onkologio?
Anna Moraniec



2 Responses to "Quo vadis polska onkologio?"