
JAROSŁAW. Prokuratura sprawdza, czy lekarz ginekolog zaniedbał swoich obowiązków. Ten nie odbiera telefonów od naszej dziennikarki.
Dramat młodego małżeństwa z powiatu jarosławskiego najprawdopodobniej jest wynikiem błędu lekarza. Dominika i Adam (zmienione imiona) stracili swoją nienarodzoną córeczkę w 36. tygodniu ciąży. Wcześniej zaniepokojeni udali się do szpitala. Tam, jak twierdzą, przyjął ich niechętnie lekarz, a badanie USG trwało pół minuty…
Z 25-letnią kobietą i jej o trzy lata starszym mężem rozmawiamy 28 października. To tragiczna dla rodziców data. W tym dniu, według planu ciąży, mieli zostać drugi raz rodzicami. Mają już dwuletnią córeczkę. Niestety, druga ich pociecha umarła.
Zwykły dzień przemienił się w horror
Adam łamiącym głosem opowiada o całej historii. – 4 października był dla nas zwykłym dniem. Żona do południa czuła się dobrze, po południu przestała odczuwać ruchy maleństwa. Zadzwoniliśmy zaniepokojeni do lekarza prowadzącego. Ten natychmiast kazał nam jechać do szpitala w Jarosławiu. Znaleźliśmy się tam około 18. Przyjęto nas spisując wszystkie dokumenty, potem kazano czekać. Zaniepokojony poszedłem dwa razy do lekarza, który miał nas przyjąć, ale ociągał się. Siedział w gabinecie z jakimiś dziećmi, jedli obiad. Kiedy drugi raz zapukałem do drzwi, z ogromną niechęcią zaprosił żonę do gabinetu zabiegowego – głos mężczyzny załamuje się całkiem. – Po około minucie lekarz wyszedł z gabinetu i powiedział, że w USG wszystko jest w porządku, dziecko śpi, kazał pielęgniarkom zrobić KTG. Do dziś go nie mamy. Żonie wówczas nawet nie zmierzono ciśnienia, mimo iż mówiła, że źle się czuje – kończył Adam.
„Wasze dziecko nie żyje”
– We wtorek, 7 października, mieliśmy termin wizyty u lekarza prowadzącego. Ten na początku, jak zwykle, żartował, uśmiechał się do żony, przed rozpoczęciem badania nawet powiedział, że może cesarkę zrobimy wcześniej… Podczas USG, które robił żonie, zbladł, zasugerował, żebyśmy natychmiast pojechali do szpitala w Jarosławiu, bo nasze dziecko prawdopodobnie nie żyje. W szpitalu potwierdził się czarny scenariusz – mówi Adam.
Na drugi dzień lekarz prowadzący wykonał cesarskie cięcie. Rodzice zamiast płaczu córeczki, usłyszeli, że powinni zrobić sekcję zwłok. Mimo oporów młodego małżeństwa, wykonano ją. Przyczyną zgonu dziecka było dwukrotne zaciśnięcie sobie węzła stałego na pępowinie, co uniemożliwiło nienarodzonemu maleństwu oddychanie.
Rodzice zgłosili sprawę do prokuratury. Bada ją Prokuratura Rejonowa w Lubaczowie. – Zostało wszczęte postępowanie przygotowawcze, na razie nie możemy nic więcej powiedzieć – usłyszeliśmy w lubaczowskiej prokuraturze.
Adam i Dominika podkreślają, że nie znają wyników sekcji, która została zrobiona na polecenie tamtejszej prokuratury. Podejrzewają, że lekarz ginekolog, który, ich zdaniem, przyczynił się do śmierci ich córeczki, dokumentację w tej sprawie wypełnił dopiero w dniu, kiedy Dominika miała cesarskie cięcie. – Najpierw odesłał nas do domu z kwitkiem, na USG było widać, że serduszko dziecka źle pracuje. Wówczas, 4 października, powinien zrobić cesarkę i dzisiaj bylibyśmy rodzicami, a nie opłakiwali nasze maleństwo! 8 października ten lekarz miał pojawić się w dyrekcji szpitala o godz. 10. Był wcześniej. Zapewne po to, aby wypełnić papiery, bo podczas badania, które robił żonie, nie wypisał nic! – mówią załamani rodzice.
Rodzice zgłosili sprawę do Ministerstwa Zdrowia, Rzecznika Praw Pacjenta i do wielu innych instytucji.
Prokuratura bada sprawę
Lekarz pracuje w jarosławskim szpitalu na podstawie umowy o pełnienie dyżurów. Został odsunięty od tych czynności do wyjaśnienia sprawy, a dokumentacja zabezpieczona – potwierdzono oficjalnie w Centrum Opieki Medycznej w Jarosławiu.
Lekarz ginekolog przyjmuje również w jednej z przeworskich klinik, której jest współwłaścicielem. Lekarz ten i klinika byli w 2012 r. badani przez przemyską prokuraturę. Rzecz dotyczyła fikcyjnych pacjentów i chorób, które leczył zakład, oraz wypisywania fikcyjnych skierowań do innych lekarzy z tej samej kliniki. NFZ miał płacić za wszystko. Wówczas ginekologa ukarano ośmioma miesiącami więzienia w zawieszeniu na 2 lata i 10 tys. zł grzywny.
Nie udało nam się skontaktować telefonicznie z ginekologiem, mimo usilnych prób. Ginekologa nie było w czwartek w pracy w przeworskiej klinice.
Viktoria Krakowska



12 Responses to "Rodzice, zamiast płaczu niemowlaka, usłyszeli, że powinni zrobić sekcję zwłok"