
Było już blisko północy, gdy uwagę policyjnego patrolu, jadącego uliczkami małego miasteczka, zwrócili dwaj mężczyźni oraz jedna kobieta. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że zachowanie tych trojga było, najdelikatniej mówiąc, zdecydowanie nietypowe.
Dwaj osobnicy płci męskiej popychali bowiem wózek sklepowy, który skakał na wyboistym trotuarze, wydając przy tym dźwięki przypominające przystawioną do ucha wiertarkę. Hałas był tak duży, że pobudził okolicznych mieszkańców, którzy podchodzili do okien, by sprawdzić, jaka jest przyczyna tego nocnego rumoru. Więc taki obrazek musiał zainteresować też policjantów, tym bardziej, że w wózku pchanym przez dwóch dżentelmenów siedziała, niczym w rikszy, swobodnie rozparta dama.
Na widok radiowozu mężczyźni porzucili wózek, pozostawiając w nim koleżankę i próbowali uciekać, co z góry było skazane na niepowodzenie, bowiem wszyscy byli pod wpływem alkoholu. I to pod potężnym wpływem, gdyż podane im w chwilę potem alkomaty wykazały od 2,5 do 3 promili alkoholu. Grzecznie jednak wybełkotali, że nie mieli żadnych złych zamiarów, a wręcz przeciwnie. Jako urodzeni dżentelmeni zamierzali jedynie odwieźć kobietę do domu, ponieważ wspólnie wypili sporo alkoholu, nie mieli pieniędzy na taksówkę, zaś pani ledwie stała na swych chwiejnych nóżkach.
– Mieliśmy zostawić kobietę w środku nocy na pastwę losu? – zapytali policjantów, po czym przyznali, że wózek zabrali spod jakiegoś sklepu, bo nie był przymocowany, by odstawić niewiastę na chatę, a rano odstawić też ten nietypowy wehikuł.
Wprawdzie pijacka fantazja nie zna granic, o czym większość policjantów wie z codziennych doświadczeń, ale z kolei nosy nawet najmniej czujnych stróżów prawa też nie są od parady. Tym razem uwagę mundurowych od razu zwrócił spory tobół wieziony na tym wózku razem z kobietą. Zajrzeli zatem do tej torby i zobaczyli w niej m.in. dwa laptopy, telefony komórkowe oraz kilka innych przedmiotów, które – jak niebawem ustalono – pochodziły z włamania dokonanego tego wieczoru do pomieszczenia biurowego miejscowej firmy.
Sprawcom, którzy wcześniej byli już karani za kradzieże i włamania, udało się sprzedać część łupów znajomemu paserowi, dzięki czemu urządzili sobie ostrą libację pod chmurką, po czym nie mając już siły, by resztę dotargać do swej meliny, ukradli sklepowy wózek. I był to pomysł ich wspólniczki, ponoć dowodzącej całą akcją!
W tej rubryce nie goszczą na ogół zbyt rozgarnięci osobnicy, ale żeby natrafić na aż takich świrów, to trzeba mieć szczęście.
JAN M.



4 Responses to "Rodzimi „rikszarze”"