Rośnie nam pokolenie wydmuszek

3.qxdNie ulega wątpliwości, że dzisiejsze dzieci są pewniejsze siebie niż ich rówieśnicy z pokolenia ich matek i ojców. Czują się mądre, zaradne, wyjątkowe, bo są o tym zapewniane na co dzień przez rodziców czy dziadków. Wystarczy jednak, że zderzą się z „problemem” typu komar, pająk, zimna woda, wrzeszczą w panice i sięgają po telefon, by zadzwonić po pomoc, mamy, taty, babci…

A jeszcze w latach 80. dzieciarnia jeździła na obozy harcerskie, kolonie, na których nie było bieżącej wody, nie mówiąc o ciepłej, a mycie w strumyku było czymś zupełnie naturalnym. Wtedy dym z harcerskiego ogniska nikogo nie gryzł w oczy przynajmniej na tyle, by rezygnować z wyjazdu w ogóle, czy woleć pogapić się na ogień płonący na tablecie. Nikomu nie przeszkadzało też spanie w namiocie, nawet gdy źle okopany podmókł po deszczu. Z rozrzewnieniem wspominam jak ja z dzieciakami z sąsiedztwa wakacje spędzałam nad wodą, bez obecności rodziców (o ratownikach nie było nawet mowy), jak wcinałyśmy nie do końca dojrzałe papierówki, wspinałyśmy się na pochylone nad rzeką drzewa, jedliśmy jagody czy dzikie poziomki bez strachu, że lis je obsikał. Moi synowie mieli już bardziej „pod górkę”, ale nie ograniczałam im zbytnio ani ich pomysłowości, ani inwencji twórczych. Co tam zepsute radio, nadpalone na ognisku trampki czy przemoczone i wybłocone do cna ubrania. Żaden z tego powodu nie zapadł na ciężką chorobę, zamiast antybiotyku dostawali syrop z cebuli, cytryny i miodu, a po złamaniu palca nie serwowałam im zwolnienia z wychowania fizycznego na rok. Gdy któryś porozbijał się na rowerze (bez przerzutek i profilowanych opon), nikogo nie zaalarmowały sińce i nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji (teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić). Nikt wtedy też nie tłumaczył robienia błędów ortograficznych dysgrafią, tylko nieuctwem. Może właśnie dzięki temu wyrośli na mężczyzn, co to i „kran naprawią i dziecko zabawią”. A na pewno potrafią zadbać o najbliższych. Nie uważają np. że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego, a obiad ugotować bez skończenia szkoły gastronomicznej. Moje obserwacje potwierdzają badania naukowe prowadzone w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Wnioski  testów są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7 (!). A przecież teraz dzieci i młodzież mają o wiele większe możliwości rozwijania swoich zainteresowań czy talentów. Do dyspozycji mają nowoczesny sprzęt w ogólnodostępnych siłowniach nawet takich pod chmurką i odzież: do biegania, na rower, słowem na każda możliwą okoliczność. Eksperci mówią jednak, że młodzież ćwiczy dziś tylko do „pierwszego potu”. Psycholodzy nazywają to syndromem nadmiaru możliwości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko się pokazać na portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego, oznacza jedno, tak naprawdę nie potrafią niczego. Wychowujemy więc, rzesze wydmuszek nasączonych niepotrzebną do niczego wiedzą, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia. Może poradzą sobie z odczytaniem schematu silnika rakietowego, ale nie poradzą z wyzwaniami codziennego życia. Przykre to.

Redaktor Anna Moraniec

3 Responses to "Rośnie nam pokolenie wydmuszek"

Leave a Reply

Your email address will not be published.