
Fot. autor
Do przejechania ma 7 krajów, łącznie 3,5 tysiąca kilometrów. Zamierza tego dokonać w pojedynkę i na dwóch kółkach. Bartek Motyka właśnie wyruszył w podróż, której początkiem jest Rzeszów, a metą Tbilisi w Gruzji. Wszystko po to, by nagłośnić działania Fundacji Pro Spe.
Skąd myśl o tej niecodziennej formie wsparcia? -2 lata temu pojechaliśmy z dziewczyną rowerami nad morze. Zajęło nam to 5 dni. Spaliśmy na dziko. Bardzo mi się spodobała ta przygoda i stwierdziłem, że potrzebuję czegoś więcej. Tak narodził się pomysł, by pojechać do Gruzji, a przy okazji pomóc Fundacji Pro Spe, która tam prężnie działa – opowiada Bartosz Motyka, który mieszka w Rzeszowie, ale pochodzi z Dynowa.
Zamierza promować organizację i o opowiadać o jej dziełach, by mogła zdobyć większe środki na pomoc osobom potrzebującym w Gruzji. – Jeśli się uda, zostanę tam przez jakiś czas i sam pomogę. W przeszłości już to robiłem i sprawiło mi to dużo satysfakcji – wyznaje.
– Jestem pełen uznania i podziwu dla Bartka. Jego wyprawa wymaga ogromnej odwagi, a także długotrwałych przygotowań. Bartek zna Gruzję, bo spędził tam 3 tygodnie jako wolontariusz, więc w zasadzie jedzie do znajomych – śmieje się ks. Maciej Gierula, prezes fundacji Pro Spe. – Natomiast każda rzecz, która promuje naszą fundację jest ważna. Chcemy, aby jak najwięcej osób dowiedziało się naszych działaniach – zauważa. A tych jest sporo. – To nie tylko zbiórki finansowe, ale przede wszystkim trwały projekt wolontariatu. Niedawno z Gruzji wróciła grupa wolontariuszy, a już we wrześniu pojedzie kolejna. Poza tym zbieramy pomoc rzeczową, a także finansową
– wylicza ks. Gierula. – Kilka inicjatyw jest stałych. To m.in.: utrzymanie przedszkola, świetlicy edukacyjnej w wiosce uchodźców, czy dożywianie. Absolutnie nie możemy ich przerwać – podkreśla.
Powoli do celu
Myśl o podróży długo w Bartku dojrzewała, ale trzymał ją w tajemnicy. – Żeby mama jak najdłużej nie denerwowała się wyjazdem i mogła spokojnie spać – śmieje się. Jak się okazuje, słusznie!
– Bardzo się martwię. Odradzaliśmy mu, ale nie posłuchał. Przemilczał to i dwa dni przed startem oświadczył nam, że wyjeżdża. To jest pasja. Podziwiamy zapał syna, bo to spore przedsięwzięcie, choćby pod kątem fizycznym – przyznaje w rozmowie z nami mama Bartka. Zamierzają śledzić jego wyprawę. Niewykluczone też, że dołączą do niego po drodze.
– Chcielibyśmy powitać go na mecie w Gruzji. Taki mamy plan i liczymy, że sytuacja pandemiczna nam nie przeszkodzi
– mówią bliscy.
Zanim jednak dotrze do Tbilisi, na pedałowaniu spędzi kilka tygodni. – Trasa biegnie przez Słowację, Węgry, dalej przez Rumunię, Bułgarię i Turcję – aż do Gruzji. Dystans, jaki mam do pokonania, to 3500 km. Planuję to zrobić w około miesiąc – opowiada Bartek. Wiezie ze sobą wszystko, czego potrzebuje. Ubrania, sprzęt, jedzenie.
– Bagaże wydają się nieduże, ale udało mi się wiele spakować – przekonuje śmiałek. Planuje nocować w hostelach, ale przygotował się na każdą ewentualność. – Mam namiot, śpiwór, a także poduszkę, żeby się wygodnie wyspać – żartuje.
Gdy pytamy o największe wyzwanie, stwierdza, że nie ma większych obaw przed podróżą. – Martwi mnie jedynie pierwszy odcinek, czyli polskie góry, a później część pasma w Rumunii
– zdradza. A po chwili dodaje:
– Myślę, że uda się to pokonać. Powoli, ostrożnie i do celu!
wk



One Response to "Rowerem do Gruzji"