
Przechodnie idący obok przystanku autobusowego zauważyli leżącego tam na ławce pod wiatą młodego mężczyznę, który sprawiał wrażenie nieprzytomnego. Obok niego stał rower z przewieszoną na kierownicy dużą torbą. Ktoś zawiadomił pogotowie ratunkowe i wkrótce na miejscu zdarzenia pojawiła się karetka.
Kiedy ratownik podszedł bliżej do mężczyzny znajdującego się w pozycji horyzontalnej i nachylił się nad nim, by zbadać mu tętno, poczuł wyraźną woń alkoholu. Już wstępne oględziny wykazały, że młody człowiek jest całkiem żywy, ale śpi jak zabity, gdyż znajduje się pod mocnym wpływem napoju wyskokowego i raczej nie podskoczy. Facet musiał sporo wypić, bo ciężko go było obudzić, ale gdy wreszcie się udało, to… skoczył z tej ławki jak z procy i rzucił się na ratownika, uderzając go pięścią w twarz. Napastnika udało się jednak poskromić i wezwano policję, która przejęła pijanego bandytę.
Zapytany o imię i nazwisko odpowiedział, że obowiązuje RODO i on nie zamierza zdradzać swoich personaliów. Wtedy policjanci skuli drania i znaleźli w kieszeni jego kurtki dowód osobisty. Był to 34-letni Mirosław D., znany organom ścigania z różnych przestępczych wyczynów, za które parę razy już kiblował i niedawno wyszedł z kibla, czyli z kicia.
Funkcjonariuszy zainteresował także rower oparty o przystankową wiatę oraz przewieszona na kierownicy torba. Okazało się, że w torbie znajdują się butelki z drogim alkoholem, skradzione w pobliskim barze, do którego tego dnia rano dokonano włamania. Pijany oprych powiedział jednak, iż ani rower, ani torba do niego nie należą i sądził, że mu uwierzą. Twierdził, że nie ma nic wspólnego ani ze stojącym tu bicyklem, ani tym bardziej z torbą wypełnioną trunkami. Pojawili się jednak świadkowie, którzy widzieli, jak Mirosław D. przyjechał na tym jednośladzie, choć słowo „przyjechał” jest mocno przesadzone, bo raczej się doturlał.
Po przewiezieniu go na komendę szybko ustalono, że rower także był kradziony i on też dokonał włamania do baru, a potem przysiadł na skwerze, gdzie opróżnił jedną butelkę o pojemności 0,7 litra, po czym z resztą łupu ruszył w drogę do domu.
Szło mu się jednak tak ciężko, że kiedy ujrzał, iż jakaś kobieta na chwilę postawiła rower przed sklepem, to wsiadł na te dwa kółka i odjechał. Ale niedaleko, gdyż nagle odkrył, że ani pieszo, ani tym bardziej rowerem nie dotrze do domu, bo nie utrzymuje równowagi. Usiadł zatem na ławce na przystanku i zmęczony „uderzył w kimę”. A resztę już znamy.
Finał tego zdarzenia jest mimo wszystko optymistyczny, bo alkohol (z wyjątkiem jednej butelki) wrócił do baru, rower do właścicielki, a Miruś do pudła.
Jan Miszczak



9 Responses to "Rowerzysta kryminalista"