Rząd ukrywa prawdziwe zadłużenie Polski. Grozi nam powtórka z Grecji!

W ciągu niespełna 5 lat rządów Donald Tusk zadłużył Polskę o ponad 300 mld zł. Fot. Archiwum

Polska zadłużona jest na 840 mld zł. Bezsensownych wydatków rządu i samorządów jednak nie brakuje, bo i tak za wszystko zapłacą obywatele.

Już za kilka lat Polska może okazać się drugą Grecją. Wszystko przez ogromne zadłużanie państwa przez rząd PO-PSL, które w tym roku każdego Polaka będzie kosztowało średnio 1117 zł. Tyle właśnie wynoszą odsetki od długu wypłacane zagranicznym instytucjom finansowym. To więcej niż wydatki na drogi, koleje, policję i wojsko razem wzięte! Według obliczeń „Pulsu Biznesu” większa kwota niż na spłatę długu pójdzie w tym roku tylko na ZUS, ale już w następnym ta kolejność może ulec zmianie. Prawdopodobna jest nawet sytuacja, że ludzie będą musieli na ulicy protestować przeciwko podwyższaniu podatków. Jednak to i tak nie pomoże i dopiero wtedy poczują, że ich pieniądze zostały zdefraudowane.

Z 6878 zł, jakie statystyczny Polak odda w podatkach PIT, CIT, VAT i akcyzach do budżetu państwa w 2012 roku, prawie połowę rząd przeznaczy na 3 obszary: oświatę, emerytury i renty oraz… obsługę długu publicznego. O ile jednak wydatki na szkoły są inwestycją w przyszłość, a składki na ZUS wracają do gospodarki jako emerytury i renty, to spłata zadłużenia znika w czarnej dziurze, która z roku na rok jest coraz większa. Jeszcze w 2007 roku, w którym Platforma Obywatelska przejęła władzę, odsetki od długu kosztowały Polaków 728 zł rocznie. W ciągu niespełna 5 lat obecna władza zadłużyła Polskę o kolejne 300 mld zł, przez co obywatele dokładają teraz 400 zł więcej.

Tylko kreatywna rachunkowość ministra Rostowskiego zapobiegła przed przekroczeniem progu ostrożnościowego długu, czyli 55 proc. PKB. Sposób na ukrycie faktycznego zadłużenia państwa jest prosty – część długu publicznego chowana jest w Krajowym Funduszu Drogowym oraz na nowych subkontach ZUS. Dzięki temu Rostowskiemu wyszło, że zadłużenie Polski wynosi dokładnie… 54,99 procenta PKB! Takiego ministra finansów może nam pozazdrościć cała pogrążona w kryzysie Europa!

Ile faktycznie wynosi dług?
Obecnie licznik długu publicznego uruchomiony w centrum Warszawy przez Leszka Balcerowicza wskazuje 840 mld zł! Kilka tygodni temu Jacek Rostowski postulował Balcerowiczowi ściągniecie licznika, tłumacząc to spadającym długiem publicznym w relacji do PKB. Tyle, że to jego kolejne kłamstwo, ponieważ oficjalne statystyki nie biorą pod uwagę części wydatków, które w przyszłości będą musiały zostać pokryte pieniędzmi podatników. Najlepszym przykładem jest tutaj skok na OFE, który nie zmniejszył zadłużenia publicznego, a jedynie przełożył w czasie wydatki państwa na emerytury. We wrześniu 2009 roku ekonomiści Instytut Sobieskiego policzyli pozabilansowe zadłużenie Polski, biorąc pod uwagę wszystkie zobowiązania, które kolejne rządy będą realizowały w przyszłości. Po uwzględnieniu oficjalnego zadłużenia, przyszłych zobowiązań funduszu emerytalnego, zobowiązań związanych z KRUS, przyszłych kosztów emerytur mundurowych, pracowników wymiaru sprawiedliwości i nauki oraz kosztów funduszu emerytur pomostowych, wskaźnik polskiego długu do PKB wyniósł… 208%. A przecież przez ostatnie 3 lata nasze zadłużenie znowu znacznie wzrosło!

Grecka tragedia w Polsce?
Obecnie na każdego obywatela przypada ponad 22 tys. zł długu, a wynika to z niczego innego jak ze złej polityki kolejnych rządów. To olbrzymie zadłużenie trzeba będzie systematycznie spłacać, a jeśli gospodarka tego nie wytrzyma, to czeka nas powtórka z Grecji. Tyle, że tam przynajmniej przed kryzysem obywatele czuli, że państwo pożycza pieniądze dla nich. Dziesiątki rodzajów dodatków do pensji (m.in. za mycie rąk), trzynastki, czternastki, a nawet piętnastki (!) w budżetówce. Grekom żyło się bardzo wygodnie, ale po prostu przeholowali. Tymczasem w Polsce, mimo ogromnego zadłużenia, pieniędzy brakuje na niemal wszystko! Do ZUS-u trzeba było zabrać z OFE, w służbie zdrowia oszczędza się na najbardziej chorych, gwałtowanie tnie się wydatki na aktywizację bezrobotnych, stażystów, a teraz na oświatę. Gdzie się podziały te setki miliardów złotych, które rząd pożyczył za granicą w imieniu Polaków?

Mafia fotoradarowa niszczy kraj
Zamiast rozważnej i przemyślanej polityki gospodarczej nasz rząd wymyśla nowe metody łatania dziur w budżecie. Ustawia dodatkowe 330 fotoradary, które mają oskubać Polaków z 1,2 mld zł, a ich pomysłodawca – szef Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego – dostaje w nagrodę nominację generalską! Nowe fotoradary, nie dość że są wymierzone przeciwko kierowcom, to kosztowały podatników aż 50 mln zł. W przetargu wystartowały 6 firm i wszystkie 6… wygrało. Taka dziwna konkurencja doprowadziła do tego, że jeden fotoradar to koszt rzędu 150 tys. zł. Sam maszt kosztuje 22 tys. zł! Kwoty te są około kilkukrotnie wyższe niż faktyczna cena rynkowa fotoradarów, bo ich budowa nie jest aż tak bardzo skomplikowana. Ale mafia radarowa, czyli firmy kolesi obecnej władzy, muszą się obłowić, co już w sierpniu boleśnie odczują na własnym portfelu polscy kierowcy. Prawdopodobnie nowe 330 fotoradary to nie ostatnie słowo obecnej władzy, a do następnego zamówienia rząd być może wybierze tę firmę, której fotoradary zedrą z Polaków najwięcej.

Rzeszowskie miliony wyrzucane w błoto
Z wyrzucaniem pieniędzy w błoto mamy do czynienia również na naszym rzeszowskim podwórku, o czym już wielokrotnie informowaliśmy. Na wypożyczenie świątecznych światełek miasto od lat wydaje krocie. W 2007 roku 150 tys. zł, rok później 367 tys., w 2009 roku 573 tys., a w 3 miesiące 2010 roku aż 724 tys. zł! Ostatniej zimy padł rekord, bo tylko w 2 miesiące prezydent Tadeusz Ferenc wydał na świecidełka 701 tys. zł, czyli tyle ile kosztuje budowa 3 domków jednorodzinnych. Mniej na świąteczne oświetlenia przeznacza się nawet w Warszawie! Ale to nie wszystko. Na okrągłą kładkę Rzeszów wyda 12,4 mln zł, a służyć będzie ona przede wszystkim ułatwieniu dojazdu do powstającej równocześnie galerii Ryszarda Podkulskiego. Kolejny kaprys prezydenta Ferenca – multimedialna fontanna z otoczeniem – ma kosztować ponad 8 mln zł. Na wycieczkę do Chin, z której nic tak naprawdę nie wynika, miasto przeznaczyło 140 tys. zł, a najnowszy pomysł, czyli szybka kolej miejska, będzie wydatkiem rzędu 300 mln zł! Następny przykład – kwiatowe fototapety na koszach, których tylko 1 sztuka kosztowała miasto 100 zł.

Rzeszowianie będą spłacać Ferenca
– To skandal w obliczu chociażby braku w szkołach mydła i papieru toaletowego, ale kwiatki na śmietnikach mamy. W Rzeszowie marnotrawione są pieniądze na głupoty, a brakuje ich tam gdzie najbardziej są potrzebne – dla dzieci i młodzieży, niepełnosprawnych, chorych, biednych – komentuje na naszym portalu supernowosci24.pl internauta halszka. Nic dziwnego, że zadłużenie miasta gwałtownie rośnie. W 2002 roku, kiedy Ferenc obejmował stanowisko prezydenta, wynosiło ono 84 mln zł. Przez 10 lat urośnie ono do niebotycznych rozmiarów 450 mln zł (plan na koniec 2012 roku) i będzie nadal wzrastać. Według prognoz ratusza w kolejnym roku ma przekroczyć 0,5 mld zł, a w 2015 roku, gdy Ferenc już odejdzie z ratusza, wyniesie prawie 0,7 mld zł! Tracą na tym oczywiście mieszkańcy Rzeszowa, bo podobnie jak państwowy dług publiczny, również i dług miasta sporo kosztuje.

Marcin Fisz

12 Responses to "Rząd ukrywa prawdziwe zadłużenie Polski. Grozi nam powtórka z Grecji!"

Leave a Reply

Your email address will not be published.