
Katarzyna z dwójką małych dzieci kilka godzin stała w deszczu pod domem. Nie weszła do środka bo nie miała swoich kluczy. Nie miała, bo mieć ich nie mogła. Tak zdecydował jej partner. Prosto spod domu trafiła do Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia SOS w Lesku. Spędziła w nim kilka miesięcy. Dzięki wsparciu, jakie w nim otrzymała, wyrwała się z przemocowego związku, znalazła mieszkanie i układa życie swoje i swoich córek na nowo. Ale wkrótce ten i inne takie ośrodki dla ofiar przemocy w Polsce mogą przestać istnieć.
Katarzyna jest młodą mamą dwójki dziewczynek. Do ośrodka SOS w Lesku przywiozła ją policja. – Nie mogłam dostać się do domu. Partner zamknął drzwi, a swoich kluczy nie miałam, bo nie było mi wolno ich mieć. Stałam tak kilka godzin, dzieci były głodne, płakały. Nie wiedziałam co zrobić, zadzwoniłam na policję. Mundurowi jak przyjechali na miejsce też nie bardzo wiedzieli co z nami zrobić, odwieźli nas więc do ośrodka w Lesku. Pojechałyśmy tak jak stałyśmy, z domu nie zabrałam nic – opowiada.
Z Katarzyną spotkałam się kilka tygodni temu w ośrodku SOS Lesko. Mieszkała tam przez kilku miesięcy. Zajmowała jeden pokój, który dzieliła z dwiema córeczkami.
Rozmawiałyśmy przez kilka godzin. Swoją historię opowiedziała mi ze szczegółami, często bardzo drastycznymi. Wszystko co działo się w jej życiu przez ostatnich kilka lat pamięta bardzo dokładnie i tak też to opisuje. – To zostaje w człowieku już na zawsze. Nie da się tego zapomnieć, wymazać – mówi.
– Na szczęście dziewczynki są małe, może nie będą pamiętać tego koszmaru – dodaje patrząc na młodszą córkę, która siedzi w łóżeczku ustawionym w pokoju. Przez kilka ostatnich miesięcy ten pokój był ich domem.
Starsza córka bawi się w świetlicy pod opieką starszej pani, która uciekła z własnego domu przed swoim synem. Mężczyzna pod wpływem alkoholu ją katował. Wiele razy musiała w nocy uciekać, bo syn bił i poniewierał matkę. Chowała się wtedy krzakach i czekała aż w domu zapanuje cisza. Po cichutku wracała wtedy do swojego pokoju. Po kilku, czasem kilkunastu godzinach, kiedy syn wstawał i szedł znowu pić, koszmar wracał. – Po jednej z kolejnych awantur powiedziałam dość. Spakowałam kilka rzeczy i uciekłam. W ośrodku pierwszy raz od wielu miesięcy przespałam w spokoju całą noc – opowiada.
Oprócz Katarzyny i starszej pani podczas mojej wizyty w ośrodku przebywa jeszcze kilka kobiet. Są w różnym wieku, pochodzą z różnych miejsc, wykonują różne zawody. Łączy je doświadczenie – wszystkie doświadczyły przemocy ze strony swoich partnerów, mężów, dzieci, czy wnuków.
Wracam do rozmowy z Katarzyną. Jej córeczki się bawią, starsza co jakiś czas na nas spogląda. Widać, że nie jest ufna. – I tak od kiedy są w ośrodku przeszły ogromną przemianę. W domu nie miały zabawek, swoich łóżek, pokoi. Nie chodziły do przedszkola, w zasadzie to nie widywały nikogo oprócz mnie, partnera i czasem jego kolegów od kieliszka, więc trochę bały się ludzi. Na szczęście tutaj szybko się zaaklimatyzowały i są już bardziej ufne. Polubiły personel i inne mieszkanki ośrodka – mówi Katarzyna.
– W jakich okolicznościach poznałaś partnera? – pytam. – Kilka lat temu w pracy – odpowiada. – Na początku wszystko było normalnie. Spotykaliśmy się, chodziliśmy na kawę czy pizzę. Po jakimś czasie zamieszkaliśmy razem u jego rodziny – wspomina.
To wtedy między Katarzyną, a partnerem zaczęły się problemy. – Paweł zaczął popijać, a po alkoholu zmieniał się nie do poznania. Robił mi awantury z powodu zazdrości, chociaż kompletnie nie miał powodu. Z nikim się nie spotykałam, praktycznie cały czas siedziałam w domu – opowiada.
Paweł zaczął kontrolować Katarzynę, sprawdzał telefon, dopytywał, co robiła, kiedy nie było go w domu, ograniczył jej kontakt z rodziną i znajomymi. – Zaczęły się nakazy i zakazy, później wyzwiska, popychanie i szarpanie, a z czasem regularne bicie. Dla Pawła każdy powód był „dobry” – że za brudno, dzieci za głośno, obiad nie taki… – wspomina Katarzyna.
Wszystko potęgował alkohol, którego Paweł nadużywał. W międzyczasie przenieśli się do starej chaty pod lasem z dala od innych zabudowań. – Nikt nie wiedział co się u nas dzieje, no bo skąd. Do rodziców wrócić nie mogłam, bo ojciec też pije, więc to jak z deszczu pod rynnę.
– Było nam bardzo ciężko – mówi Katarzyna spoglądając na dzieci. – Paweł coraz częściej pił, spraszał kolegów, a nami kompletnie się nie interesował, zaniedbywał dzieci. Coraz częściej dochodziło też do konfliktów i rękoczynów – wspomina Katarzyna.
Podczas jednej z awantur partner rzucił w Katarzynę nożem. – Trafił mnie w plecy. Aby nikt się nie dowiedział o tym co zaszło zabronił mi wezwać karetkę i lekarza. Przez kilka tygodni sama musiałam opatrywać ranę. Dzisiaj mam w tym miejscu kilku centymetrową bliznę… – mówi.
Koszmar, w którym tkwiła Katarzyna, trwał kilka lat. Skończył się, kiedy policja odwiozła ją do ośrodka SOS w Lesku. – Nie wiem co by teraz z nami było, gdyby nie to miejsce. To dzięki wsparciu jakie tutaj otrzymałam wyszłam na prostą. Ocaliłam dzieci i siebie, dziewczynki w końcu są spokojne, mają warunki do rozwoju. Ostatnie kilka miesięcy nie było łatwe, ale teraz już wiem, że było warto. Znalazłam mieszkanie, wyprowadziłam się do innej miejscowości, układam życie na nowo. Bez strachu, bicia, lęku o dzieci. Ten ośrodek odmienił nasze życie – kończy Katarzyna.
W podobnej sytuacji jak Katarzyna są tysiące kobiet w całej Polsce. Policyjne statystyki nie pozostawiają złudzeń. – Od 1 stycznia do 31 sierpnia 2020 roku liczba osób, co do których istnieje podejrzenie, że są dotknięte przemocą wynosi 3662. W 2666 przypadkach ofiarami przemocy są kobiety, w 523 mężczyźni, a w 473 małoletni – wylicza Anna Klee z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Polski w Rzeszowie.
Ośrodki takie jak SOS w Lesku to często jedyne miejsce, gdzie ofiary przemocy mogą znaleźć schronienie i fachową, nieodpłatną pomoc. W całej Polsce takich ośrodków funkcjonuje 37, zapewniają miejsca dla prawie 600 osób doświadczających przemocy.
Ośrodek w Lesku powstał w 2007 roku i do dzisiaj pomógł ponad tysiącowi osób. W zdecydowanej większości były to kobiety i kobiety z dziećmi, ale zdarzali się też mężczyźni, głównie starsi, którzy przemocy doświadczali ze strony swoich dzieci i wnuków. – W ośrodku mogą liczyć na bezpłatny hostel oraz pomoc psychologa i prawnika – mówi Joanna Szurlej, dyrektorka ośrodka SOS w Lesku.
Działalność ośrodków finansowana jest z Krajowego Programu Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie. Leski ośrodek rocznie na funkcjonowanie dostaje 420 tysięcy złotych. Pieniądze wypłacane są w miesięcznych transzach po około 35 tys. zł. – Fundusze mają wystarczyć nam na wszystko, czyli: całodobowe utrzymanie dyżurów, media, wszystkie inne opłaty i wynagrodzenia, poradnictwo prawne i psychologiczne – wylicza dyrektorka ośrodka SOS w Lesku.
Rządowe finansowanie się kończy, a bez dotacji ośrodek dla ofiar przemocy w Lesku nie będzie w stanie dalej funkcjonować. – Jest początek października, a nikt nie mówi nic o przedłużeniu programu, który oficjalnie kończy się w grudniu 2020. Do tej pory nie mamy żadnych informacji odnośnie kontynuowania finansowania programu ani z urzędu wojewódzkiego, ani z samego ministerstwa – mówi Joanna Szurlej.
– Wiem, że nasze państwo ma teraz problemy z pandemią, ale znowu najsłabsi w tym ferworze mogą zostać zapomniani. Nikt z nas nie chce, aby ten cenny program przepadł i te 37 miejsc w Polsce przestało istnieć – dodaje.
Szacuje się, że co trzecia kobieta na świecie pada ofiarą przemocy – ekonomicznej, seksualnej, psychicznej, lub fizycznej. Tylko w Polsce rocznie w wyniku przemocy domowej umiera około 400 kobiet. – Być może teraz, kiedy rozmawiamy, gdzieś rozgrywa się tragedia. Media ją opiszą, będzie trochę szumu, na chwilę wstrzymamy oddech, po czym o wszystkim zapomnimy, a w Polsce takie dramaty rozgrywają się codziennie w tysiącach polskich domów, i to o te osoby powinniśmy w pierwszej kolejności zadbać – podsumowuje szefowa SOS Lesko.
***
Specjalistyczny Ośrodek Wsparcia SOS mieści się przy ulicy Jana Pawła II 18A w Lesku. Można tam skorzystać z hostelu oraz wsparcia prawnika i psychologa. W ośrodku można przebywać do trzech miesięcy, w szczególnych przypadkach pobyt można wydłużyć. Kontakt przez telefon 663 327 000 lub Facebook’a – Ośrodek Wsparcia SOS LESKO. Ośrodek świadczy pomoc całodobowo i bezpłatnie.
Martyna Sokołowska


