Rzeszów cieplejszy od Dakaru

Fot. Marcin Jeżowski
Fot. Marcin Jeżowski

RAJDY SAMOCHODOWE. Zwycięzca Baja Carpathia 2013 o wrażeniach i wyjątkowości tej imprezy, starcie w Dakarze, pierwszym pobycie w stolicy Podkarpacia, skokach narciarskich na Stadionie Narodowym i… udziale w Igrzyska Olimpijskich w Soczi.

Bez wątpienia najpopularniejszym zawodnikiem rajdu Baja Carpathia 2013 był Adam Małysz. Były skoczek narciarski, oprócz znakomitej i widowiskowej jazdy, sporo czasu poświęcił swoim fanom, rozdając setki autografów i pozując do wspólnych zdjęć. – Tak naprawdę ciągle uczę się rajdów i każdy wyścig, każde kolejne przejechane kilometry są dla mnie bardzo ważne – mówi ADAM MAŁYSZ.

– Jak wyglądały przygotowania do tej imprezy? 
– To nasz pierwszy tegoroczny rajd w Polsce. Po Dakarze jechaliśmy w trzech wyścigach: jednym we Włoszech i dwóch na Węgrzech. Przed Baja Carpathia mieliśmy dwa, trzy treningi na poligonie w Drawsku.

– Tegoroczny rajd rozpoczął się dość nietypowo, bo od asfaltowego OS-u w Rzeszowie…
– To mój pierwszy prolog na asfalcie. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Te samochody nie do końca trzymają się takiej nawierzchni, jeszcze przy tej temperaturze, tak więc było ciekawie.

– Jak pan ocenia ten rajd?
– Bardzo pozytywnie. Miałem miłe wspomnienia jeszcze z tamtego roku, kiedy to właśnie Baja Carpathia była pierwszym rajdem, który dojechaliśmy do mety, nie mając żądnej awarii. Rajd bardzo ciekawy, wąskie odcinki, między drzewami, do tego dużo piasku i różnych takich przejazdów. Poligon i te tereny są przeznaczone bardzo fajnie pod ten rajd. Można zaznać wszystkiego. Rajd charakteryzuje się długimi odcinkami, po 80 i 120 km, co w takich imprezach często się nie zdarza. Pod tym względem Baja Carpathia jest wyjątkowa i jest ewenementem w tej części Europy.

– W kolejnym Dakarze wystartuje pan samochodem, którym dysponował pan na Baja Carpathia?
– Będzie to ta sama toyota, w której planujemy zmienić tylko silnik na większy, 5-litrowy. Reszta elementów zostaje. Samochód na Baja Carpathia jest tak samo przygotowany i ustawiony jak na Dakar.

– Baja Carpathia 2013 to prawdziwe wyzwanie dla kierowców m.in. ze względu na panujące upały…
– Tak, jak w czasie konferencji powiedział Rafał (Rafał Marton, pilot Adama Małysza – przyp. red.), w tym roku Rzeszów jest cieplejszy od Dakaru. Tam mieliśmy temperatury rzędu 25-30 stopni, a tu grubo ponad 30. To mówi samo za siebie. W sobotę było z kolei potwornie parno i duszno.

– Często bywa pan na Podkarpaciu?
– W Rzeszowie jestem pierwszy raz. Nie miałem zbyt wiele czasu, żeby poznać miasto, bo terminarz rajdu jest bardzo napięty. Stalową Wolę miałem okazję poznać w zeszłym roku. Jest zdecydowanie mniejsza, więc nie było z tym większego problemu.

– Pana pilot wspominał, że jest pan nazwijmy to „wyrywnym” kierowcą i zwłaszcza na początku waszej współpracy musiał pana hamować i studzić temperament…
– Rzeczywiści, na początku mojego ścigania miały miejsce takie wydarzenia. Specyfika rajdów terenowych jest jednak taka, że nie zawsze opłaca się jechać na maksa i ryzykować. Owszem, prędkość jest ważna, ale czasem warto trochę przyhamować i przejechać jakiś fragment z głową, wolniej, niż np. uszkodzić samochód i nie ukończyć rajdu.

– Można powiedzieć, że czegokolwiek pan się dotknie, zamienia pan w sukces. Ma pan zatem przygotowany pokój na kolejne trofea, tym razem te rajdowe?
– Spokojnie, na razie wystarczy półka (śmiech). O pokoju pomyślimy później. Z pewnością będzie ciężko wyrównać ilość trofeów narciarskich, które znajdują się w galerii w Wiśle. Zresztą i tak wszystkie się tam nie zmieściły (śmiech). Pierwsze rajdowe puchary już się pojawiły i postaramy się, aby były też i następne. Rajdy bardzo mnie wciągnęły. To kolejny etap mojego życia, w który wkładam całe swoje serce.

– Trudno było rzucić narty i przesiąść się na fotel samochodu rajdowego?
– Nie, bowiem to nie było tak, że z dnia na dzień odstawiłem narty w kąt i zacząłem się ścigać. Ta myśl dojrzewała we mnie długo. Wiedziałem, że przyjdzie takim czas, kiedy będę musiał przestać skakać. W tym momencie chciałem koniecznie coś robić, a że samochody zawsze były moją pasją, tak więc postanowiłem spróbować swoich sił w rajdach. Propozycję startów dostałem już 2 lata wcześniej. Namawiano mnie na udział w Dakarze. Dla mnie wówczas był to szok. Powiedziałem wtedy, że oglądam Dakar w TV, kibicuję, ale przez myśl mi nie przeszło, żeby w nim wystartować. Odłożyłem to na czas po zakończeniu skoków. Pamiętam, jak dzień po ostatnich lotach w Planicy ponownie odezwał się telefon w sprawie Dakaru. Tym razem się zgodziłem.

– Nie ciągnie pana do skoków?
– Powiedziałem raz „koniec” i tego się trzymam. Zresztą nawet, gdybym chciał wrócić do skoków, nie byłoby to takie proste, bowiem trochę mnie przybyło (śmiech).

– Kibice jednak żałują, że przestał pan skakać. Z Adamem Małyszem obecna kadra skoczków byłaby jeszcze mocniejsza…
– Nie ma co gdybać. Jest wielu takich, którzy żałują, ale chyba jeszcze więcej tych, którzy rozumieją moją decyzję i twierdzą, że zrezygnowałem ze skoków w bardzo dobrym momencie. Ja zawsze chciałem zakończyć karierę skoczka, będąc w dobrej formie i to mi się udało. Cieszę się, że mam następców, którzy skaczą bardzo dobrze i odnoszą sukcesy. To, że mamy w tej chwili tylu młodych, utalentowanych chłopaków, do tego lider, jakim jest Kamil Stoch, to zasługa programu, który został wprowadzony kilka lat temu. Myślę, że w jakimś tam stopniu można też przyznać zasługę mojej osobie. W momencie, gdy zacząłem odnosić sukcesy, pojawiło się bardzo duże zainteresowanie skokami, powstawały kluby, były nabory i z tego wszystkiego udało się wyłonić zawodników, którzy teraz stanowią o sile kadry.

– Ze skokami nie zerwał pan jednak definitywnie…
– Jestem w stałym kontakcie z chłopaki z kadry. Byłem z nimi w minionym sezonie na mistrzostwach świata i to zarówno seniorów, jak i juniorów. Jak tylko mogę, to udaję się na skocznie, pomagam. Robię to nieoficjalnie, bardziej prywatnie, koleżeńsko.

– Przyszłoroczne zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi zapowiadają się bardzo ciekawie…
– Oj tak. Mamy szansę sporo tam namieszać. Jednak nie ma co na siłę pompować balonu. Chłopcy znają swoją wartość, wiedzą, że są silni, tak więc dajmy im spokój i niech się solidnie przygotują do tych konkursów. Na pewne będą trzymał za nich kciuki.

– Pan ponoć też będzie obecny w Soczi…
– Dostałem propozycje bycia attache olimpijskim polskiej reprezentacji i pewnie z niej skorzystam.

– Kontynuując wątek skoków narciarskich, coraz częściej pojawiają się głosy, że wszelkiego rodzaju przeliczniki matematyczne, zmiany belek startowych, zabijają tę dyscyplinę sportu…
– Skoki narciarskie od zawsze związane były z naturą i tego się nie zmieni. Obecnie nie jest to wszystko takie ładne, jak było wcześniej. Jest na pewno dużo bardziej skomplikowane. Teoretycznie ma to wyrównać szansę, sprawić że będzie sprawiedliwie, ale do końca tak nie jest. Ja mogę się cieszyć, że nie muszę już w tym wszystkim uczestniczyć. Wszelkie zmiany dla starszych zawodników są trudne i ciężko jest im się przestawić na tego typu nowinki.

– Podoba się panu pomysł przeprowadzenia jednego z konkursów Pucharu Świata na stadionie narodowym w Warszawie?
– Pomysł sam w sobie jest ciekawy. Może nie rywalizacja od razu w Pucharze Świata, ale jako show dla kibiców z pewnością byłoby ciekawym wydarzeniem.

Rozmawiał Marcin Jeżowski

Leave a Reply

Your email address will not be published.