Rzeszowska „Solidarność” na protestach w Warszawie

Wszyscy członkowie rzeszowskiej „Solidarności” ubrani byli w niebieskie kurtki, symbolizujące region Doliny Lotniczej. Fot. Przemysław Polka
Wszyscy członkowie rzeszowskiej „Solidarności” ubrani byli w niebieskie kurtki, symbolizujące region Doliny Lotniczej. Fot. Przemysław Polka

„Każdy autokar to była swego rodzaju rodzina, a w Warszawie prawie trzymaliśmy się za ręce, żeby się nie pogubić”.

Wstali w środku nocy, chociaż tego dnia mogli się porządnie wyspać, a wolny dzień spędzić przy grillu czy przed telewizorem. Jak sami mówią, musieli jednak „załatwić coś ważnego nie tylko dla siebie, ale i dla swoich dzieci”. Chcieli w pokojowy, ale stanowczy sposób pokazać swoje niezadowolenie z polityki obecnego rządu. Zamiast opon, rac i kamieni wzięli ze sobą gwizdki, piszczałki, wuwuzele, bębny i tamburyna. W sobotę, 14 września, z całego Podkarpacia na Ogólnopolskie Dni Protestu pojechało do Warszawy ponad 5 tys. związkowców.

Najliczniej nasze województwo reprezentowała „Solidarność” (reprezentacje dwóch pozostałych związków – OPZZ i Forum – były nieco mniejsze). Z samego tylko jej regionu rzeszowskiego wyjechały 34 autokary, po około 50 osób w każdym. – Jakieś 90 proc. to byli nasi związkowcy, a pozostali to ludzie niezrzeszeni. Sympatycy różnych stowarzyszeń, jak choćby Gazeta Polska czy Narodowy Rzeszów. Oni mieli jeden warunek, zapisując się na listę do autobusu – podporządkować się naszej służbie porządkowej i zwyczajom, które panują w „Solidarności” – mówi koordynator wyjazdu Czesław Knapik, sekretarz zarządu rzeszowskiej „Solidarności”.

Miała być dyscyplina
Wyjechali między godz. 1 a 4 w nocy z różnych części Podkarpacia: z Przemyśla, z Jarosławia, ze Strzyżowa, z Ropczyc, z Leżajska, z Łańcuta, zabierając po drodze kolegów z północnych części województwa. Najwięcej autobusów – 10 – wyruszyło sprzed siedziby rzeszowskiej „Solidarności” na ul. Matuszczaka.

Wspólna podróż jednoczyła ludzi. Wszyscy zwracali się do siebie na „ty”. – Każdy autokar to była taka swego rodzaju rodzina. Nie spaliśmy, rozmawialiśmy, mówiliśmy sobie o tym, jak jest w naszych zakładach pracy, po co tam jedziemy, trochę śpiewaliśmy. Czytano też wiadomości, jak trzeba się zachowywać na manifestacji, jakby się coś wydarzyło – opowiada Anna Zacios z Miejskiego Zarządu Żłobków w Rzeszowie, członek Zarządu Regionu „Solidarności”. Organizatorzy wymagali od uczestników manifestacji żelaznej dyscypliny. W każdym autokarze było od tego 4 – 5 ludzi oraz kierownik. – Było mocno zaakcentowane, że nie pijemy, bo jedziemy coś wygrać, a żeby to się udało, to musimy trzeźwo myśleć – tłumaczy związkowiec Tomasz Nycz, magazynier rzeszowskiej Polfy, który zabrał ze sobą do Warszawy nastoletnią córkę.

200 tys. ludzi na manifestacji
Do stolicy dojechali rankiem. Zjedli śniadanie, a marsz rozpoczęli w samo południe z ul. Łazienkowskiej. – Jak czoło pochodu doszło do Pałacu Prezydenckiego na Krakowskie Przedmieście, to myśmy byli na wysokości Placu Trzech Krzyży i wychodziliśmy prawie jako ostatni – relacjonuje Czesław Knapik. Zatrzymali się jednak już na Placu Trzech Krzyży, a więc jakieś 3 kilometry bliżej. – Było tak dużo ludzi, że my nie doszliśmy nawet do Ronda de Gaulle’a. Po prostu przystawiło i dalej nie poszło, ale na szczęście oglądnęliśmy całą manifestację na jednym z ustawionych przy trasie telebimów – mówi koordynator. Na czoło manifestacji przedarł się tylko przewodniczący Regionu Wojciech Buczak, który maszerował obok szefa „Solidarności” Piotra Dudy.

Wymarsz części delegacji Regionu Rzeszowskiego z ul. Łazienkowskiej. Po lewej stronie przewodniczący Wojciech Buczak oraz sekretarz Czesław Knapik.
Wymarsz części delegacji Regionu Rzeszowskiego z ul. Łazienkowskiej. Po lewej stronie przewodniczący Wojciech Buczak oraz sekretarz Czesław Knapik.

Podkarpaccy związkowcy podkreślają ogromną siłę tak wielkiej, bo około 200-tysięcznej armii ludzi. – Szliśmy ulicami Warszawy w gwarze trąbek, piszczałek, petard i czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Mnie urzekła też jedna starsza pani na balkonie, która widząc nas płakała – opowiada Tomasz Nycz. – Ludzie szli, rozmawiali, łączyliśmy się w grupy. To była manifestacja inna niż te poprzednie – dodaje Anna Zacios. Później przyszedł czas na hymn Polski. – Z godnością, wszyscy czapki z głów, a niektórzy mieli łzy w oczach – opisują ten wzruszający moment protestów związkowcy.

Wszyscy członkowie rzeszowskiej „Solidarności” ubrani byli w niebieskie kurtki, symbolizujące region Doliny Lotniczej. – Podczas marszu myśmy się prawie za ręce trzymali, żeby się nie pogubić. I nie pogubiliśmy się – mówi Knapik, który jako koordynator wyjazdu nie ukrywa zadowolenia z postawy swoich ludzi: – Manifestacja to nie jest zabawa. Każde wyjście na ulice wiąże się z niebezpieczeństwem. W Warszawie nie miałem jednak żadnych zgłoszeń, a koledzy z innych regionów mówili, że ci w niebieskich kurtkach są bardzo zdyscyplinowani.

Polska wstaje z kolan
Po zakończeniu manifestacji większość rzeszowskiej delegacji wróciła autobusami do domów. Przyjechali pomiędzy godz. 22 a 1 w nocy. 10 autokarów pojechało natomiast z Warszawy prosto na pielgrzymkę ludzi pracy do Częstochowy. – Pojechaliśmy tam podładować akumulatorki. Byliśmy pod wrażeniem kazania arcybiskupa Sławoja Leszka Głódźa, który utwierdzał nas w przekonaniu, że Polska wstaje z kolan, że to już niedługo – dodaje.

Rzeszowska „Solidarność”, podobnie jak i centrala związku, jest bardzo zadowolona z przebiegu protestów. – Ten wyjazd nas wzmocnił i jak wracaliśmy, to mówiliśmy, że jak będzie potrzeba wyjazdu jeszcze, to weźmiemy liczny udział. Bo chcemy tego lepszego życia – mówi Anna Zacios. – Mimo utrudzenia, ludzie byli zadowoleni. Uzbroili się w cierpliwość, bo wiedzieli, że czeka ich długi marsz. To było przecież 11 godzin w autobusie i 5 godzin na manifestacji – dodaje Bogusława Buda, przewodnicząca rzeszowskiej „Solidarności” Oświaty i Wychowania. Ona wraz z 300 nauczycielami wzięła udział także w tzw. protestach branżowych w czwartek, 12 września.

Wolą pracować, niż manifestować
Związkowcy podkreślają jednak, że to nie manifestacje są ich celem. – Wolelibyśmy na manifestację nie jeździć, bo zawsze by było lepiej tak, żeby nie trzeba na ulicy domagać się swoich praw. Ale niestety, obecna ekipa rządząca zmusza nas do tego – tłumaczy Czesław Knapik. Jego zdaniem, Donaldowi Tuskowi udał się cud, który nie udał się żadnej ekipie rządzącej. – zjednoczyć wszystkie związki zawodowe obce ideowo, kiedyś przeciwstawne sobie. Co dalej? – To jest swego rodzaju walka bokserska. Pierwsza i druga runda wygrana przez „Solidarność” i związki zawodowe wygrane przez nas, a w trzeciej będzie po prostu nokaut – mówi sekretarz rzeszowskiej „Solidarności”. Z relacji jego i innych podkarpackich związkowców można wywnioskować, że kolejnej rundy też na pewno nie odpuszczą…

Arkadiusz Rogowski

[print_gllr id=95123]

3 Responses to "Rzeszowska „Solidarność” na protestach w Warszawie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.