
NISKO, STALOWA WOLA. Te pożary nie wybuchły samoistnie. Strażacy są pewni, że żywioł wznieca człowiek. Najczęściej mały niedopałek papierosa powoduje wielkie nieszczęście.
Na północy województwa płoną lasy każdego dnia. Strażacy nie mają chwili wytchnienia. Z pomocą idą im mieszkańcy z najbliższej okolicy. Ściółka jest sucha jak wiór. Leśnicy nie wprowadzają zakazu wejścia do lasów, bo to niewiele daje. Stawiają na całodobowe patrole.
Nie było dnia w tym tygodniu, żeby w pow. niżańskim lub stalowowolskim nie palił się las. W widłach Wisły i Sanu dominują lasy iglaste. Przepuszczają promienie słońca, które wysuszają podłoże, a do tego są żywiczne i palą się jak bierwiona.
Zostało kilkadziesiąt hektarów pogorzeliska
Pierwszy poważny alarm był we wtorek, tuż przed południem. Las palił się w okolicach Jeżowego (pow. niżański). Wiatr przerzucał ogień w błyskawicznym tempie. Na ratunek ruszyli strażacy z czterech powiatów. Łącznie pożar gasiło 87 fajermanów z zaciągów ochotniczych i zawodowców. Z powietrza wspierał ich dromader, który dokonał czterech zrzutów. Był wielki problem z dojechaniem ciężkiego sprzętu. Były też trudności z poborem wody, a w końcu utworzono prowizoryczną czerpnię na rzece Rudna. Po 10 godzinach pożar został opanowany. Przez całą jednak noc kilka jednostek czuwało, bo ogień nie dawał za wygraną. Z dymem poszło 25 ha młodnika.
Dobę później palił się las w gm. Pysznica (pow. stalowowolski), na obrzeżach rezerwatu Imielty Ług. Płonęły głównie prywatne lasy i mieszkańcy rzucili się na pomoc, z czym kto miał. Po kilku godzinach ludzie wygrali z żywiołem, ale spłonęło 12 ha dorodnego lasu. Jeszcze strażacy nie zdążyli wrócić do bazy, alarm napłynął z przeciwnej strony Stalowej Woli. Palił się las na obrzeżach miasta, przy drodze do Tarnobrzega. Pięć wspartych przez dromadera jednostek toczyło kilkugodzinny bój. Na dwóch hektarach jeszcze w środę rósł las. Teraz przy wylotówce z miasta jest pogorzelisko.
jam


