Sądziłem się ze strażą miejską i wygrałem!

Paweł Szytuła z Rzeszowa wygrał w sądzie ze Strażą Miejską w Boguchwale sprawę o niewskazanie osoby kierującej pojazdem. - Jeżeli mamy dostać mandat czy to od straży miejskiej, czy Inspekcji Transportu Drogowego, czy policji i mamy jakiekolwiek wątpliwości co do słuszności jego przyznania, zawsze warto skorzystać z możliwości odmowy jego przyjęcia. Idąc do sądu nie tracimy nic, a możemy jedynie zyskać możliwość przedstawienia swoich racji i dochodzenia swojej niewinności. Moja wygrana jest najlepszym tego przykładem - przekonuje. Fot Paweł Bialic
Paweł Szytuła z Rzeszowa wygrał w sądzie ze Strażą Miejską w Boguchwale sprawę o niewskazanie osoby kierującej pojazdem. – Jeżeli mamy dostać mandat czy to od straży miejskiej, czy Inspekcji Transportu Drogowego, czy policji i mamy jakiekolwiek wątpliwości co do słuszności jego przyznania, zawsze warto skorzystać z możliwości odmowy jego przyjęcia. Idąc do sądu nie tracimy nic, a możemy jedynie zyskać możliwość przedstawienia swoich racji i dochodzenia swojej niewinności. Moja wygrana jest najlepszym tego przykładem – przekonuje. Fot Paweł Bialic

– Nie bójmy się nie przyjąć mandatu i dochodzić swoich praw przed wymiarem sprawiedliwości – mówi Paweł Szytuła z Rzeszowa, który wygrał w sądzie sprawę o niewskazanie osoby kierującej pojazdem.

11 czerwca Sąd Rejonowy w Rzeszowie uniewinnił Pawła Szytułę od zarzutu niewskazania osoby kierującej pojazdem. Jako pracownik firmy zajmującej się wypożyczaniem samochodów, mężczyzna nie był w stanie ustalić, kto w dniu zrobienia zdjęcia przez fotoradar Straży Miejskiej w Boguchwale poruszał się samochodem. Nie był to bowiem klient firmy, tylko jej pracownik, których przejazdy nie są ewidencjonowane. – Uznałem, że mandat w kwocie 500 zł, który mi zaproponowała straż miejska zwyczajnie mi się nie należny i postanowiłem, że będę dochodzić sprawiedliwości przed sądem. Opłaciło się. Sąd orzekł, że nie zrealizowałem znamion wykroczenia, które zostało mi zarzucone – mówi pan Paweł. – Nie bójmy się sądów, bo tak naprawę nie grozi nam nic więcej niż to, czym straszy nas strażnik miejski, a zyskujemy możliwość przedstawienia swoich racji i dochodzenia swojej niewinności – przekonuje.

2 września o godz. 7.18 w miejscowości Zgłobień koło Rzeszowa fotoradar Straży Miejskiej w Boguchwale zarejestrował przekroczenie dopuszczalnej prędkości o 42 km na godzinę przez osobę kierującą samochodem należącym do firmy, w której był wówczas zatrudniony pan Paweł. 10 października do firmy wpłynęło pismo, w którym straż miejska wzywa osobę reprezentującą ją do wskazania sprawcy wykroczenia. W przypadku braku możliwości stwierdzenia kto kierował pojazdem w tym czasie, w celu zakończenia postępowania wyjaśniającego bez skierowania wniosku do sądu, proponuje mandat w wysokości 500 zł.

– W naszej firmie prowadziliśmy jedynie ewidencję osób i samochodów, które były wynajmowane, a pracownicy i współpracownicy nie mieli obowiązku zgłaszania tego kiedy, gdzie i jakim samochodem się przemieszczają. W związku z tym nie byłem w stanie podać „sprawcy wykroczenia”, a tym bardziej nie poczuwałem się do przyjęcia mandatu. Wysłałem więc do straży miejskiej wniosek o umorzenie postępowania. Napisałem w nim, że nie posiadam wiedzy, kto był użytkownikiem pojazdu w chwili popełnienia tego wykroczenia, a wskazana przeze mnie osoba byłaby przypadkowa. A przecież chyba nie o to chodzi, żeby podać kogoś tylko „dla podania” kogokolwiek – tłumaczy.

Podejrzany
Tydzień później pan Paweł otrzymał wezwanie na przesłuchanie w charakterze podejrzanego o niewskazanie kierującego. – Korzystając skrupulatnie z moich praw, odmówiłem składania wyjaśnień i ponownie dołączyłem wniosek o umorzenie postępowania. 30 grudnia Straż Miejska w Boguchwale wniosła o ukaranie mnie – opisuje.

9 stycznia tego roku pan Paweł otrzymał wyrok nakazowy, w którym sąd uznał go za winnego zarzucanego mu czynu i skazał go na karę grzywny w kwocie 350 zł. – Proszę zauważyć, że najpierw groził mi mandat 500 zł, a teraz sąd orzekł karę pieniężną w kwocie 350 zł. Ale przecież skoro absolutnie nie czułem się winny, jak mogłem tak zostawić tę sprawę? – mówi.

Pan Paweł złożył więc do sądu sprzeciw od niesprawiedliwego, jego zdaniem, wyroku i sprawa ponownie trafiła do rozpatrzenia w rzeszowskim Sądzie Rejonowym. – 11 czerwca doczekałem się nareszcie sprawiedliwości – przyznaje z dumą pan Paweł. – Sąd uznał, że zgromadzony w sprawie materiał dowodowy nie dał podstaw do uznania mnie za winnego. W czasie kiedy popełniono to wykroczenie, samochód nie był nikomu wynajmowany, a tym samym nie była prowadzona ewidencja jego użytkowania. Dostęp do niego mieli pracownicy firmy, którzy zgodnie z obowiązującymi w niej zasadami, nie mieli obowiązku ani zgłaszania, ani tym bardziej dokumentowania użytkowania auta. Tym samym nie było możliwe, abym wskazał kierującego pojazdem. Ponadto sąd zauważył również, że obowiązek udzielania informacji o osobach kierujących pojazdem mają jedynie właściciel lub posiadacz pojazdu, a ja jako pracownik firmy nie byłem uprawniony do reprezentowania firmy na zewnątrz, a w tym przypadku podawania takich informacji – tłumaczy.

Nie bójmy się sądów
– Wiele osób otrzymując wezwanie do wskazania kto prowadził pojazd, na podstawie którego będzie wystawiony mandat, poddaje się jego zapłacie, obawiając się skierowania sprawy do sądu. To ogromny błąd, gdyż mając wątpliwości co do słuszności jego wystawienia i będąc przekonanymi o braku swojej winy, powinniśmy dochodzić swoich praw właśnie przed wymiarem sprawiedliwości. Ja poszedłem do sądu bez sztabu mecenasów, a tylko z zaczerpniętą z Internetu wiedzą, w jaki sposób postępować w takich przypadkach i co najważniejsze, z pełnym przekonaniem o braku mojej winy. I jak widać opłaciło się, a dzisiaj jestem bogatszy o tę wiedzę. Wiem przede wszystkim, że każdemu – czy to świadkowi, podejrzanemu czy obwinionemu przysługuje wiele praw, z których może skorzystać – przekonuje pan Paweł. – W przypadku spraw mandatowych sądy są dla wielu osób skutecznymi „straszakami” skłaniającymi do zapłaty mandatu, a nie dochodzenia prawdy. W sądzie tak naprawę nie grozi nam nic więcej niż to, czym straszy nas strażnik miejski, a zyskujemy możliwość przedstawienia swoich racji i dochodzenia swojej niewinności. Nie kładźmy po sobie uszu, tylko walczmy o swoje, bo warto! Moja sprawa jest najlepszym tego dowodem – mówi nasz rozmówca.

Katarzyna Szczyrek

5 Responses to "Sądziłem się ze strażą miejską i wygrałem!"

Leave a Reply

Your email address will not be published.