Siekiera – moja druga największa miłość

Edward Marszałek najlepiej wypoczywa przy... rąbaniu drewna.
Edward Marszałek najlepiej wypoczywa przy… rąbaniu drewna.

SuperWywiad Z Edwardem Marszałkiem, dr n. leśnych, rzecznikiem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie, kolekcjonerem, artystą, autorem wielu książek.

– Wydawałoby się, że siekiera to dziś „przeżytek”. Pan jednak ma szczególny sentyment do tego narzędzia…
– Z siekierą czuję się osobiście związany nie tylko poprzez fakt, że jestem leśnikiem. Pochodzę z Krościenka Wyżnego – wioski siekierników. To nazwanie wiąże się z czasami, kiedy Kazimierz Wielki sprowadził tu osadników z Niemiec i ze Śląska. Nadając im prawa, dał także powinności, wśród których był obowiązek świadczenia siekiernego, czyli wykonywania cięć w lasach królewskich i obrabiania bali dla zamku sanockiego. Gdy krościeniacy szli ponad 30 km do Sanoka, to chłopi pańszczyźniani z mijanych wsi krzyczeli z zazdrości na królewskich: „siekiernicy idą”. I tak zostało. Uważam, że jest to powód do dumy.

– Narzędzie to nie wywołuje jednak w Polsce pozytywnych skojarzeń.
– Tak. U nas, niestety, siekiera ma złe konotacje, jednak w wielu krajach jest narzędziem szanowanym. Gdy w Austrii czy Skandynawii mówi się o siekierze, to nie jest ona narzędziem zabójstwa, tylko narzędziem pracy. Tym pierwotnym, najstarszym narzędziem człowieka. Tym ostrzem, które zadecydowało o tym, że weszliśmy na pewien poziom cywilizacyjnego rozwoju. Trzeba sobie uświadomić, że bez siekiery nie byłoby cywilizacji.

– Napisał Pan książkę o siekierach: Od siekiery, czyli wstęp do toporologii”. Czy o tym prostym – jak się wydaje narzędziu – można aż tak wiele powiedzieć?
O siekierze można napisać kilka tomów! Siekiera w literaturze, poezji, w kulturze, w wierzeniach… Sama konstrukcja siekiery wcale nie jest taka prosta, jak chociażby budowa cepa. Kiedyś części siekiery opisywano tak, jak twarz człowieka. Miała ona policzki, czoło, bródkę, a przy toporze brodę. Dawniej ludzie traktowali ją jak rzeczywisty przedmiot kultu. To było najważniejsze narzędzie, bez którego chłop się nie ruszał do lasu. Nawet jeśli nie szedł ścinać drzew, to siekiera była potrzebna chociażby do obrony.

– Siekiera sprawdzała się jednak nie tylko w lesie…
– Nie ma wojska bez siekiery, bo np. saperzy bez niej nie istnieją. Są też ciupagi ludzi gór, które noszono w obrębie całych Karpat. Modyfikacją ciupagi jest zaś czekan, służący jako trzeci punkt podparcia w górach. Podobnie topór, który przecież też jest siekierą. Jeśli popatrzymy na jego historyczne konotacje, a więc na obuszki żołnierskie, staropolskie czy nadziaki – stanowiły one element wojskowy. Właśnie czekaniki i obuszki, które pojawiają się chociażby w „Potopie”, były kiedyś bardzo popularne wśród szlachty. Król zabronił nawet ich używania, bo szlachta po pijanemu strasznie się kaleczyła. Zakaz omijano robiąc w trzonku czekanika… flet.

– Gdzie jeszcze szukać tych narzędzi?
– Siekiery, topory pojawiają się np. w herbach wielu miast czy na szlacheckich pieczęciach. Znajdziemy je w wierszach, bajkach, powieściach, takich jak choćby „Siekierezada” Edwarda Stachury.

– Całkiem sporo znajdziemy też u Pana… 
– Zbieram siekiery od kilkunastu lat. Przy pracy nad książką „Od siekiery, czyli wstęp do toporologii”, zdałem sobie sprawę, jak są cenne i zacząłem je kolekcjonować. Kupowałem na aukcjach, jeździłem na targi staroci, a potem zauważyłem, że mnóstwo siekier przepada w skupach złomu. To, co przed laty wytworzyli mistrzowie kowalscy, znikało bezpowrotnie jako surowiec dla pieców hutniczych. Chciałem zatem uratować siekiery, bo w wielu przypadkach są to prawdziwe dzieła sztuki. Każda jest inna, jeśli nie liczyć tych robionych seryjnie.

– Jak duża jest Pana kolekcja?
– Mam kilkaset siekier. Nigdy ich nie liczyłem, bo to nie ma dla mnie znaczenia. Wśród nich jest m.in. komplet bard górniczych z polskich kopalni węgla kamiennego. Są ciupagi turystyczne, którymi kiedyś nabijano pamiątkowe odznaki z miast czy schronisk. Mam kilkanaście rzadkich dziś cechówek leśnych. Każda siekiera ma też swoją historię – np. ta, którą wykopano na miejscu spalonej leśniczówki, przy której UPA wymordowała Polaków bez użycia broni palnej. Być może jednym z narzędzi zbrodni był topór, który mam… Bardzo cenna jest też dla mnie siekiera, którą kiedyś podarował mi naczelnik GOPR – zużyta przez ratowników na Połoninie. Rąbała tam drewno przez wiele lat.

– W Pana zbiorach są okazy nie tylko z naszego kraju.
– Posiadam siekiery także z zagranicy m.in. z Rosji. Kapitalną mam z Finlandii. Jest ona wbita w pniaczek, zrobiony z ponad 100-letniej sosny zza kręgu polarnego, mającej zaledwie 10 cm średnicy. Kiedyś kolega – leśnik, który pracuje w USA – podczas swojej wyprawy przez Kanadę wszystkie siekiery, które znalazł po drodze, zapakował i mi przysłał. Czasami zupełnie niespodziewanie dostaję ciężką paczkę, żona myśli że coś wygrałem na aukcji, a to prezent od znajomego, który zużył siekierę, kupił sobie nową, a starą podsyła mi do mojej kolekcji. Bardzo sobie to cenię. Zresztą kolekcjonuję nie tylko same narzędzia, ale wszystko, co kojarzy się z siekierą i jej motywami: wisiorki, zawieszki, kolczyki, otwieracze, breloczki…

– Siekiery to nie jedyna pana kolekcja. Zbiera Pan m.in. pocztówki z motywem niezapominajki.
– Zebrałem ich prawie 200. Niektóre pochodzą z końca XIX w. Są wśród nich kartki z Austrii, Rosji, Francji, Czech. W każdym kraju można znaleźć niezapominajkowe motywy. Miałem nawet kilka wystaw. Pocztówek zebrało się tyle, że wystarczyło na książkę „Niezapominajki z polskiej bajki”. Mam też sporą kolekcję pocztówek z jeleniem na rykowisku.

– Dlaczego akurat jelenie?
– Zauważyłem, że obecnie motyw jelenia na rykowisku uznawany jest za symbol kiczu. Dzisiaj rykowisko spowszedniało, bo jeleni mamy tysiące. W XIX w., gdy jeleni było na Podkarpaciu może 200 – 300 i to dostępnych tylko dla pana hrabiego, który był właścicielem lasu, to malowanie jelenia było jak zjawisko nie z tej ziemi. Jeleń był wyśnionym elementem przyrody. Dlatego tak fantastycznie go przedstawiano: stojącego na wysokiej skale, z orłami krążącymi nad głową, ryczącego, z parą unoszącą się z pyska. Po latach uznano, że to kicz i już po wojnie nikt jelenia nie malował. W latach 50., 60. zniknął nie tylko z dworów i arrasów, ale także z chłopskich domów, skąd wyrzucano przedstawiające go obrazy, czy makatki. Jelenie zachowały się jednak na starych pocztówkach. Te właśnie kolekcjonuję. Ja nie wstydzę się jelenia na rykowisku!

– Nie tylko siekiery i stare pocztówki ratuje Pan od zapomnienia. Są jeszcze dzwoneczki…
– To stara historia. Przez wiele lat, będąc leśniczym, stałem się świadkiem znikania koni z lasu. Pamiętam czas likwidacji parków konnych w Bieszczadach. Gdy zacząłem pracować w leśnictwie Odrzykoń, to miałem na tzw. liście płac sił pociągowych 24 furmanów, czyli 48 koni. Z czasem jednak pojawiły się ciągniki, a konie stawały się niepotrzebne. Zauważyłem wtedy, że zwierzęta są sprzedawane, ale zostają po nich dzwonki. Zacząłem je wykupywać i gromadzić. Oprócz tych furmańskich, mam też okazy z różnych stron świata: z Indii, Chin, Australii. Często kupowali mi je znajomi. Brat mój, będąc w Dallas na targach bydła, kupił mi kowbojski, duży dzwon. Ktoś inny dał mi sygnaturkę z jakiejś kapliczki, od kolejnego dostałem dzwonki z kościoła. Nazbierało się tego sporo.

– Oprócz dzwoneczków są jeszcze monety…
– Zacząłem je zbierać jeszcze w przedszkolu, gdzie wymienialiśmy się różnymi monetami znalezionymi w zakamarkach starych, rozbieranych domów. Znajdowaliśmy je zawsze pod belkami na południowo-wschodnim węgle. Najczęściej było one austriackie, czasem też rosyjskie. I tak to się zaczęło. W latach 70. – 80. moją wielką pasją stało się zbieranie drobnych monet z wizerunkami zwierząt z całego świata. Teraz już się w to nie bawię. Jeśli jednak pojawia się polska moneta z serii „zwierzęta świata”, to oczywiście dorzucam do kolekcji.

– W Pana kolekcji siekier są czekany. Gdyby mieszkał Pan w Tatrach pewnie miałby z nimi do czynienia także w praktyce. Jest pan bowiem ratownikiem GOPR i przewodnikiem górskim.
– GOPR pojawił się w moim życiu trochę przypadkiem. Gdy pracowałem w Bieszczadach – w Mucznem, pomagałem koledze Antkowi Derwichowi, który był jedynym ratownikiem we wsi. Gdy trzeba było to np. w nocy zabierał mnie na akcje. Zazwyczaj dostawałem za to podziękowanie z centrali grupy. Wreszcie kumpel powiedział: „Zapisz ty się wreszcie do tego GOPR-u i nie będę ci już musiał pisać tych durnych podziękowań”. I tak też zrobiłem. To było ponad 30 lat temu, jednak wciąż jestem z GOPR-em bardzo mocno związany. Przez 15 lat prowadziłem nawet kwartalnik „Echo z Połonin”, który ukazuje się do dzisiaj.

– Efektem współpracy z GOPR-em są dwa tomy książki „Wołanie z Połonin”. Znalazło się w niej wiele historii prosto z bieszczadzkich szlaków, ale i sporo ciekawostek…
– Ja zredagowałem tę książkę, natomiast opowieści snuli koledzy ratownicy. Historie te mają swoje przesłanie; po pierwsze zapoznać, po drugie ostrzec, a po trzecie… zabawić. Nie chcieliśmy, żeby wszystkie opowieści były smutne. Cieszy, że gdy 10 lat temu wyszedł I tom „Wołania…”, koniecznych było później 6 wydań, żeby sprostać zapotrzebowaniom. Wierzę, że jeśli przeczytało to parę tysięcy osób, przynajmniej 100 zastanowiło się nad tym, co robi w górach, a jeden uniknął jakiegoś nieszczęścia, to już jest powód do radości.

– W górach niedługo zaczyna się sezon. Niestety, wielu turystów wciąż lekceważy Bieszczady…
– W każdych górach może wydarzyć się wypadek i tragedia.

– Nawet w drodze do Chatki Puchatka…
 -Wystarczy przytoczyć historię sprzed lat, kiedy to Ulka Pińczuk, przez wiele lat gospodyni schroniska Chatka Puchatka, nie trafiła do niego we mgle. Ona wiedziała, jak się zachować, więc wszystko skończyło się szczęśliwie. Jeśli turysta znajdzie się w podobnych okolicznościach, musi zachować zimną krew. Trudno o to we mgle, jednak trzeba pamiętać, że schodząc w dół, zawsze dojdziemy to jakiegoś potoku, rzeki. Nie próbujmy cały czas forsować jednego kierunku, bo niewiele nam to da. I przede wszystkim trzymajmy się szlaku. Jeśli ktoś chodzi całe życie po szlakach i nagle spróbuje wędrówki na skróty w Bieszczadach, to może go spotkać sroga przygoda. Góry mają bowiem swoje prawa. Wracając wieczorem z gór z trwogą patrzę też na turystów dopiero wchodzących i to jeszcze bez wyposażenia. Ja, wychodząc w góry nawet rano, mam w plecaku latarkę-czołówkę, bo nie wiadomo, czy nie będzie potrzebna. Praktycznie nic nie waży, a może się przydać.

– Pozostając w bieszczadzkim klimacie… Zakątek ten słynie z poetów, malarzy, rzeźbiarzy. Pan zakosztował każdej z tych profesji…
– Kiedyś dużo rzeźbiłem. Później nadwyrężyłem sobie nadgarstek i musiałem zrezygnować, bo nie mogłem nawet pisać prawą ręką. Wszystko przez zamówienie, na którego potrzeby wyrzeźbiłem 150 diabłów w ciągu półtora miesiąca. Może anioły nie dałyby mi tak w kość… Wcześniej też malowałem na szkle. Nawet kiedyś dostałem nagrodę w Konkursie Twórczości Amatorskiej Leśników. Poezja zaś to taka fanaberia ostatnich lat, taki incydent. Wydałem jeden tomik. Potem, żeby nie być autorem tylko jednego, zrobiłem drugi, a później… mi przeszło. Cieszy mnie jednak, że kilka moich wierszy zostało nagrodzonych w konkursach ogólnopolskich.

– W Polsce usłyszano o Panu nie tylko w kontekście poezji. W 2014 r. został Pan Mistrzem Mowy Polskiej, dołączając do grona sław jak choćby Władysław Bartoszewski, Anna Dymna czy Irena Kwiatkowska.
– To trochę przypadek, bo zaproponowała mnie do tego konkursu osoba, której nawet nie znałem. Nagle znalazłem się wśród nominowanych.

Ujął pan jury… wulgaryzmami. Skąd ten pomysł?
– Wulgaryzmy w każdym języku istnieją i są nawet niezbędne do wyrażenia emocji, rzecz w tym, żeby były one ładne. Dlatego zaproponowałem, żeby te „chwasty” językowe wypierać przy pomocy nazw roślin szlachetnych, a nawet chronionych. Przykładowo, zamiast mówić o kimś, że „olewa robotę”, można powiedzieć, że jest z niego zwiesiniec szorstki – to taka roślina. Chcąc dosadnie określić człowieka małej inteligencji, wystarczy rzec: tęposz niski, by zaś nie obrazić kogoś, tytułując go wariatem – można rzucić botanicznie: czubek delikatny. Po co drażnić kolegów określeniami typu pijaczyna czy ochlaptus, skoro da się wyrazić to ładniej: kielisznik zaroślowy. O osobie określanej delikatnie mianem malkontenta można też powiedzieć boczeń nastroszony albo pieszczotliwie: nastroszek, a człowieka nerwowego nazwać oględniej niecierpkiem pospolitym. Kobieta swobodniejszych obyczajów to niekoniecznie k… – o wiele ładniej brzmi naleźlina pospolita. Ten pomysł może zainspirować do poznawania polskiej przyrody, a w efekcie doprowadzić do takiej sytuacji, że bez znajomości botaniki leśnej to nawet zakląć elegancko się nie da.

– I wygrał Pan!
– Do dzisiaj się temu dziwię. Na pewno dla wielu aktorów czy ludzi kultury, którzy tam byli wśród nominowanych, też było zaskoczeniem, że zwykłego leśnika, prostego chłopa ze wsi, dopadła taka radość, że został Mistrzem Mowy Polskiej. Jak pomyślę, kto przede mną zdobywał te tytuły, to jak Boga kocham, do dzisiaj nie wiem, skąd się tam wziąłem.

Mógł pan być prawnikiem, a pana nauka poszła w… las. Nie żałuje Pan?
– Ukończyłem studia prawnicze, ale żeby być prawnikiem, trzeba poważnie do tego podejść, czyli skończyć aplikację, poświęcić życie dla tego zawodu. Ja uważałem, że życie jest jedno i nie wolno go poświęcać na przebywanie w sądzie przez 8 godzin dzienne, lecz na jakieś ciekawsze rzeczy. Wiedziałem, że najlepsze co mnie może spotkać, to praca w lesie. Pracowałem w nim ponad 20 lat. Obecnie, będąc rzecznikiem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych oprócz kontaktu z ludźmi, wciąż mogę jeździć do lasu, skąd przywożę różne wieści, uczestniczę w wielu wydarzeniach. Mogę się w ten sposób realizować. Ważne, żeby robić, to co cieszy, bo wtedy… nie musi się ciężko pracować.

Rozmawiali: Aneta Jamroży i Marcin Jeżowski

EDWARD MARSZAŁEK, mgr prawa, dr n. leśnych, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie. Ratownik ochotnik w Grupie Bieszczadzkiej GOPR i redaktor naczelny „Echa Połonin”, przewodnik beskidzki, Prezes Stowarzyszenia Kulturalnego „Dębina” w Krościenku Wyżnym i redaktor naczelny miesięcznika „Dębina”. Jest autorem kilkuset artykułów oraz wielu książek, m. in. „Wołanie z połonin”, ”„Od siekiery, czyli wstęp do toporologii”, „Leśne opowieści z Beskidu”, „Leśne ślady wiary”, „Las pełen zwierza”, „Żubr przywrócony górom, „Z dziejów leśnictwa na Podkarpaciu”. Wybrane osiągnięcia: Człowiek Roku Podkarpacia 1997, laureat nagrody im. Adama Loreta 2004, zdobywca głównej nagrody w Turnieju Jednego Wiersza na Ogólnopolskim Festiwalu „Bieszczadzkie Anioły” w 2003 r., Podkarpacki Dziennikarz Roku 2004, „Leśnik Roku 2006”, Mistrz Mowy Polskiej.

2 Responses to "Siekiera – moja druga największa miłość"

Leave a Reply

Your email address will not be published.