Od wczoraj jesteśmy w Gdańsku. Tu z dumą pamięta się o wydarzeniach sprzed 40 lat.
Czuć już w powietrzu zapach zbliżającej się rocznicy, zjeżdżają zaproszeni i niezaproszeni goście. Okolice stoczni wypełniają powoli tłumy. Pojawiają się kolejne znajome twarze widziane dopiero co w poniedziałek na pogrzebie Henryka Wujca, gdzie byli przecież wszyscy, bo Heniek był tak ogromnie ważny. Jak to powiedział w pięknym pożegnaniu Kuba Wygnański: „Pokazywał, że wolność jest zadaniem a nie usprawiedliwieniem, które zwalnia ze zobowiązań. Że równość …. to obrona przypisanej każdemu z nas godności, a nie postulat, którego istotą są roszczenia. Że solidarność to nie znaczek.” Bardzo go będzie brakować i nie tylko przecież tutaj w Gdańsku przez następnych kilka dni. Tutaj, gdzie wszystko się zaczęło – ta „ nasza niezgoda, odmowa i upór”, które zaprowadziły do wolnej Polski – drżącej dzisiaj w posadach.
Tutaj opowieściom ulicznym, więziennym, strajkowym nie ma końca. Każdy ma jakieś wspomnienia z czasów solidarnościowej walki, którymi skwapliwie dzieli się ze wszystkimi wokół i choć oczywiście zdarzają się zabawne licytacje, że „ja to dopiero miałem przekichane za komuny”, to wszyscy wiedzą, że wtedy nikomu do śmiechu nie było, więc te wspomnienia z szacunkiem przyjmują. Mam i ja swoje szczeniackie, nie z Gdańska oczywiście, ale z Krosna, więc też się z Państwem dzisiaj podzielę, bo pamiętam dobrze każdą sekundę i nigdy nie zapomnę.
Było nas czterech. Wyszliśmy z kina. Śmialiśmy się.
To było piękne, upalne lato 1983 roku. Lady Pank wydało pierwszą płytę, Kukiz właśnie wygrywał Jarocin, papież był w Polsce i powiedział, że „naród ginie, gdy znieprawia swojego ducha”, a z warszawskiej ulicy zgarnęli Grzegorza Przemyka, a potem pobili go na śmierć. Podeszli na ulicy, zabrali na komisariat i zabili.
Ja miałem trzynaście lat i poznawałem smak wczesnej młodości w Krośnie. To była młodość mierzona tym, co piękne – piłką z kumplami, wystawaniem pod oknem dziewczyn i niezapomnianą muzyką.
To była młodość mierzona tym, co ważne – uczciwością, honorem, przyjaźnią.
To była młodość mierzona prawdą.
Kłamstwo, fałsz, zdrada – wykluczały z kompanii.
Znaczek Solidarności to była świętość.
Chodziliśmy do kościoła i śpiewaliśmy, żeby wolną raczył wrócić Pan.
Nic więcej. I nic mniej. Tylko tyle.
I szliśmy we czterech. Z kina. Jeszcze jasno było. Śmialiśmy się. Główna ulica.
– Tak wam wesoło? Do auta! – Czterech śliskich facetów oskrzydlało nasze pozycje. Wili się jak szczury szykując do ataku. Nie spojrzałem na chłopaków, ani na numer rejestracyjny – prysnąłem na wprost, bo tak jest najłatwiej i przeciwnik musi stracić czas, żeby się odwrócić. Myślałem, że chłopaki zrobią to samo. Nie zrobili – spojrzeli na rejestrację. Długonogi mnie gonił. Kiedy po pięciuset metrach usłyszałem jego oddech na plecach wymiękłem, choć teraz myślę, że te sto metrów do Franciszkanów bym dociągnął, bo biegałem naonczas w przełajach. Ale wtedy nie pomyślałem, żeby do kościoła uciekać, bo nie spojrzałem na rejestrację. Rzuciłem na nią okiem dopiero, gdy mnie ciągnęli skutego z powrotem do tego cholernego auta.
Miałem straszne szczęście, że było nas czterech, bo w aucie nie było miejsca, żeby mnie dobrze zlać. Walili głównie po brzuchu i po nerkach ale obijali sobie łokcie o metalowe drzwi UAZa. Przejechaliśmy jednak całe miasto wśród nieudolnych ciosów i opowieści jak będę „fruwał na wysokości lamperii” kiedy trafimy na komendę i że w końcu mnie „zajebią”.
Nie pamiętam jak mnie tam wciągnęli. Pamiętam dwóch typów stojących w mundurach ZOMO tuż przy windzie, kiedy mnie z niej wywlekli. To śmieszne teraz, bo jeden był napakowany jak Grzegorz Skrzecz i miał ze dwa metry wzrostu, a drugi był chudy jak ja i miał pewnie metr sześćdziesiąt – żyła taka. Rzucili mi przez zęby, że się śmiałem, a teraz będę płakał i wprowadzili mnie do pokoju z dwoma biurkami sadzając tyłem do drzwi.
To takie dziwne uczucie.
Gdy masz trzynaście lat zdobywasz zimą ośmiotysięczniki, strzelasz bramkę w ostatniej minucie finału Mundialu, zdobywasz Reichstag i uwalniasz Winnetou z niewoli Komanczów. Masz też szybkie Ferrari, wiernego psa przyjaciela i piękną narzeczoną – takie skrzyżowanie Poli Raksy z Jane Fondą. Obyty jesteś zatem wyobraźnią z wszelkimi możliwymi zagrożeniami, łącznie ze spaleniem na stosie.
I nagle zderzasz się z taką sytuacją, że siedzisz tyłem do drzwi i nie wiesz nawet kto cię zabije.
Bo wchodzą, wychodzą i gadają do ciebie zza pleców. Nie wiesz ilu ich jest i gdy dostajesz kolejny raz w tył głowy, to nie masz pojęcia czy ta łapa wielka jak bochen chleba, albo twoja własna legitymacja szkolna – wsadzona w ten gówniany, ostry jak cholera plastik – nie zmieni się w młotek przy następnym ciosie.
Albo drewnianą pałę.
Wieki upływają wśród niezliczonych pytań – co tu kurwa u nas robisz? dlaczego pizdo uciekałeś? z czego się chuju śmiałeś? I tak w kółko. W łeb od tyłu i kanonada pytań.
To takie dziwne uczucie.
Masz trzynaście lat, jesteś w, twoim zdaniem, sytuacji skrajnej, terminalnej, ale mózg pracuje jak automat. Rozważasz logicznie wszystkie okoliczności.
Myślisz – dużo ich, wielu świadków, jest szansa.
Myślisz – przy Przemyku też ich było kilku.
Myślisz – nie wzięli do piwnicy, jest dobrze.
Myślisz – zaraz cię „zajebią” – obiecali.
I nagle ni stąd ni zowąd wszystko im przechodzi. Ten ich herszt podnosi czarną słuchawkę bakelitowego telefonu i dzwonią do babci, że u nich jestem.
I nagle wiem, że mi nic nie zrobią. Bo się zdradzili i już nie mogą.
I nagle puszczają mnie jakby się nic kompletnie nie stało.
Jakby to był nic nie znaczący wieczór w ich pięknej karierze.
Bo pewnie był.
Wyszedłem zaciągając się letnim, nocnym powietrzem. Nie paliłem jeszcze wtedy.
Chłopcy wyszli wcześniej – jeden czekał na mnie, drugi pobiegł nieść wici po mieście, a trzeci ostrzec babcię. Jak to przyjaciele.
I ja wiem, że to zapewne była niegroźna, gówniarska, pewnie nic nie znacząca dziecięca przygoda. Ale przypominam ją sobie ciągle, bo w tymże 1983 roku potencjalny nadzorca i zarządca tych moich prywatnych sukinsynów, ówczesny krośnieński prokurator Stanisław Piotrowicz został odznaczony brązowym Krzyżem Zasługi.
A to ten sam, który dzisiaj z trybuny rządzącej partii chce mnie uczyć demokracji.
Łamiąc ją każdym oddechem. Więc nie nauczy. I pewnie nigdy nie zrozumie dlaczego.
Żałuję tylko, że się wtedy nie spotkaliśmy panie prokuratorze. Byłoby co wspominać.
Na zawsze. A podobnych, choć przecież o wiele bardziej dramatycznych wspomnień wszyscy tutaj wokół snują mnóstwo. I w uszach nam wszystkim dźwięczy tekst otwierającym stronę tego „Święta Wolności i Demokracji”:
„Porozumienia Sierpniowe z 1980 roku to historia stara jak świat? Nie! Każde naruszenie praw człowieka, każda krzywda wyrządzona słabszemu i użycie siły zamiast dialogu – woła o solidarność. Solidarność się nie starzeje, nie należy do partii politycznej, nie ma narodowości, koloru skóry i wyznania. Solidarność łączy ludzi niewidzialnymi więzami wspólnoty, stawia na porozumienie i daje nadzieję na lepszy świat.
W sierpniu 1980 roku opór Stoczni Gdańskiej im. Lenina wobec komunistycznej władzy uruchomił proces zmian systemu politycznego w Europie.
Dziś zmiana też jest możliwa, też dzięki solidarności.”
Redaktor Naczelny Super Nowości Jakub Karyś



21 Responses to "Sierpień 2020"