Śladami sanockich wampirów

Fot. Archiwum

Upiory, strzygi i wampiry grasowały także… na ziemi sanockiej. Ponoć krwi nie piły, jak Drakula i Nosferatu – ich filmowi odpowiednicy, ale miejscowa ludność wierzyła, że mogą wychodzić z grobów i dokuczać im w inny sposób. Dlatego, aby
„złe duchy” po śmierci nie wróciły do świata żywych, obcinano im głowy, przebijano kołkiem serca, a wieko trumny obciążano kamieniami, by uniemożliwić nieboszczykom opuszczenie miejsca spoczynku.

Najsłynniejszym sanockim wampirem, był ten, którego szczątki znaleziono w 1986 roku podczas rozbiórki zabytkowego domu mieszczącego się przy ulicy Zamkowej 20 w Sanoku. Pod fundamentami budynku natrafiono wówczas na cmentarz szkieletowy sąsiadujący niegdyś z katolicką kaplicą pod wezwaniem św. Jadwigi.
Podczas badań archeologicznych prowadzonych w latach 1987-1988 archeolodzy odkryli cmentarzysko złożone z 40 pochówków szkieletowych. Jeden z nich był inny niż wszystkie. Złożona w grobie osoba miała nie więcej niż 25 lat i, co ciekawe, najprawdopodobniej była androgyniczną – kości czaszki wskazywały na cechy męskie, natomiast kości miednicy na cechy żeńskie. Zmarły mógł być hermafrodytą, co, jak zwracają uwagę archeolodzy i historycy, mogło przypieczętować jego los i być powodem pośmiertnego zbezczeszczenia i rozczłonkowania jego szczątków. W tamtych czasach wszelka inność uważana była za przejaw powiązania z ciemnymi i złymi mocami.

By nie wrócił do świata żywych

Znaleziony przez badaczy szkielet był rozczłonkowany, ale w nienaturalny sposób, świadczący o ingerencji z zewnątrz. Czaszka była odłączona od szkieletu i znajdowała się między kośćmi udowymi, co oznacza, że ktoś obciął zmarłemu głowę i celowo ułożył ją w takim miejscu i pozycji. W tamtych czasach miejscowa ludność rozprawiała się z wampirami, strzygami, upiorami i wszystkimi, których podejrzewano o posiadanie magicznych i nadprzyrodzonych mocy. Ludzie wierzyli bowiem, że zmarli bez głowy nie będą mogli wrócić do świata żywych.
Historię „wampira z ulicy Zamkowej” szczegółowo opisał Piotr Kotowicz, archeolog z Muzeum Historycznego w Sanoku. – Podobne, odbiegające od standardowych, praktyki pogrzebowe określa się w literaturze antropologicznej mianem antywampirycznych. Ich zastosowanie miało na celu unieszkodliwienie zmarłego, a tym samym uniemożliwienie mu wyjścia z grobu i szkodzenia żyjącej społeczności – wyjaśnia Piotr Kotowicz.
Na tym samym cmentarzysku znaleziono jeszcze dwa pochówki różniące się od pozostałych – zmarłym włożono monety do ust, co miało być pewnego rodzaju przekupieniem ich, aby nie wracali z zaświatów.

Antywampiryczne pochówki w centrum

Na podobne pochówki w 2013 roku natrafili sanoccy archeolodzy podczas prac archeologicznych na placu św. Michała, realizowanych w ramach rewitalizacji centrum miasta. Odkryli tam mury średniowiecznego kościoła, w którym król Polski Władysław Jagiełło poślubił swoją trzecią żonę, Elżbietę Granowską, a przy nich cmentarz i około 200 grobów. Wśród nich kilka zasługujących na szczególną uwagę.
Jeden z pochówków znajdował się w otwartej trumnie. Nieboszczyk skierowany był twarzą do ziemi, jedną rękę miał złożoną na piersi, drugą nienaturalnie wykręconą do tyłu, możliwe, że był skrępowany, co dodatkowo miało utrudnić, lub uniemożliwić mu wydostanie się z grobu.
Analogiczny pochówek archeolodzy odkryli w ubiegłym roku na cmentarzysku przy kościele franciszkańskim.
W innym grobie znalezionym na placu św. Michała spoczywała starsza kobieta, w której usta włożono cztery monety. W kolejnym mężczyzna, któremu do ust włożono sporych rozmiarów kamień. W jeszcze innych natrafiono na szkielety, które miały podziurawione czaszki. Wszystkie te zabiegi miały charakter antywampiryczny i miały chronić mieszkańców przed przybyszami z zaświatów.

Karpaty – królestwo wampirów

Jak mówi Piotr Kotowicz, wiara mieszkańców Sanoka i okolic w wampiry, strzygi i upiory nie była niczym wyjątkowym. – Pierwszy, źródłowo potwierdzony przekaz dotyczący przeprowadzenia zabiegu antywampirycznego, z sądowych akt biskupich ks. Jana Karnkowskiego, pochodzi z 1529 r., a dotyczy profanacji dokonanej na zwłokach jednego z mieszkańców Lalina – opowiada archeolog. – Następny, datowany na 1756 r., zapisany został w wizytacji ks. Sierakowskiego, gdzie jeden z księży żali się, iż mieszkańcy wsi Niebocko w nocy wykopują trupy i ucinają im głowy – kontynuuje nasz rozmówca.
Zresztą, jak donoszą etnografowie, kulturoznawcy i archeolodzy – strzygi, upiory i wampiry grasowały w całych Karpatach, także w bieszczadzkich miejscowościach: Jaworniku, Solinie, Bystrem, Baligrodzie czy Dołżycy. Ziemie te zamieszkiwała swoista mieszanka różnych narodowości i kultur, które wzajemnie się przenikały, czerpały ze swych wierzeń, zwyczajów i tradycji, także tych pogańskich, niektóre z nich były szczególnie żywe.
Szczególną rolę pełniły wierzenia związane ze śmiercią. Za wampira uchodziły osoby, u których nie wystąpiło stężenie pośmiertne, lub u których już po śmierci głowa zwróciła się w kierunku okna czy drzwi, co sygnalizowało, że z nieboszczykiem może być jakiś kłopot.
Odpowiedni ceremoniał był też szczególnie ważny w przypadku osób, których niezwykły wygląd, sposób bycia lub działalność za życia budziły niepokój i lęk lokalnej społeczności. Posądzano je o magiczne moce i konszachty ze złem, wierzono, że mogą wrócić z zaświatów i uprzykrzać życie mieszkańcom wioski, powodując szkody i ściągając nieszczęścia, zsyłając choroby, a nawet śmierć.
Aby ustrzec się przed powrotem upiora z zaświatów, wokół jego grobu rozsypywano sól z makiem. Mak znany jest ze swoich właściwości usypiających, wierzono, że uśpi wampira. Wierzono też, że zanim nieboszczyk wyzbiera ziarenka maku i soli, to nastanie świt, straci on swoje magiczne moce i będzie musiał wrócić na miejsce spoczynku. Niekiedy zamiast maku używano nasion lnu lub prosa.

Jak chowano wampira?

Specjalny ceremoniał obowiązywał także sam pochówek. Nieboszczyka podejrzewanego o złe i nieczyste moce chowano z reguły na peryferiach miasta lub poza obrębem cmentarza. Czasem wkładano mu do ust monety, kamienie lub glinę, aby się „najadł” i nie był już żądny krwi pobratymców. Zdarzało się, że zwłoki układano na brzuchu twarzą do ziemi, aby w ten sposób utrudnić wampirowi wydostanie się z grobu. Krępowano lub odcinano kończyny. Zdarzało się też, że wieko trumny obciążone było dodatkowo ciężkimi kamieniami lub stosem kamieni.
Kiedy zabiegi te nie pomagały, a nieboszczyk się nie uspokajał i nadal grasował po siole, otwierano grób i przebijano mu czaszkę lub serce kołkiem, aby przygwoździć go do ziemi, w najbardziej drastycznych przypadkach obcinano głowę. Kiedy i ten sposób zawodził, na miejsce wzywani byli łowcy i pogromcy wampirów. Do ich głównych zadań należało wykrycie grobu dręczącego miejscową ludność osobnika i poskromienie go na wieki.

Spoczął na wieki

Dlaczego młoda osoba, zwana „wampirem z ulicy Zamkowej” została potraktowana w tak okrutny sposób? Czy to jej nietypowy wygląd sprawił, że powiązano ją ze złymi mocami, a tym samym uznano za zagrażającą lokalnej społeczności i dlatego zdecydowano się na okaleczenie i rozczłonkowanie jej ciała? Odpowiedzi na to pytanie najprawdopodobniej już nie poznamy. Ale co do jednego badacze są zgodni – „wampir z ulicy Zamkowej” niewątpliwie uznany został przez miejscową ludność za osobnika bardzo niebezpiecznego, skoro zdecydowano rozprawić się z nim w taki sposób. I chyba skuteczny, bo później historia o „wampirze z Zamkowej” już milczy.

Martyna Sokołowska

2 Responses to "Śladami sanockich wampirów"

Leave a Reply

Your email address will not be published.