Słyszę, migam, jestem…

Anna Wróbel apeluje o empatię dla tych, którzy żyją w świecie ciszy. Fot. Archiwum

– Jechałam kiedyś autobusem i na jednym z przystanków wsiadł znajomy. Zamigał do mnie z odległości,
odpowiedziałam i tak sobie rozmawialiśmy. Inni pasażerowie nam się przypatrywali. W pewnym momencie zadzwonił mój telefon. Odebrałam i zaczęłam rozmawiać z telefonującym. Miny pozostałych pasażerów były z gatunku bezcennych
– śmieje się Anna Wróbel z Przemyśla. – Ludziom kojarzy się, że każdy, kto miga, musi być głuchy…

Z wykształcenia jest historykiem. Na co dzień pracuje w biurze dużej firmy. Poza tym jest żoną i mamą studentki. Jej pasje to sport i muzyka. Jednak, gdy tylko ktoś głuchy potrzebuje tłumacza, Anna Wróbel z Przemyśla nie żałuje swoich rąk i pomaga komuś ze świata ciszy porozumieć się ze słyszącymi. Czasem proszą ją o to różne instytucje, czasem prywatne osoby. – Staram się nie odmawiać, gdy tylko mogę – deklaruje przemyślanka.
– Wiem, jak ważne jest rzetelne tłumaczenie z migowego na mówiony polski.
Skąd u osoby doskonale słyszącej umiejętność migania opanowana w stopniu takim, że Anna Wróbel często występuje w roli biegłej tłumaczki? Od kiedy trzeba zacząć naukę języka migowego, by osiągnąć taki poziom? – Przyznam się, że nie wiem – uśmiecha się Anna Wróbel. – Można powiedzieć, że migania uczyłam się od urodzenia. Podobno już w wieku 4 lat robiłam to całkiem nieźle, ale nie pamiętam. Jak to możliwe? Jestem CODĄ – wyjaśnia przemyślanka. Dla niewtajemniczonych: CODA (z ang. Children/Child of Deaf Adults) to słyszące dziecko niesłyszących rodziców. – Oboje moi rodzice są głusi od dzieciństwa – mówi Anna. – Ich głuchota nie jest skutkiem chorób genetycznych, więc zarówno ja, jak i moja młodsza siostra jesteśmy słyszące – dodaje.
Aby nie odstawać od rówieśników
Jak to jest nie móc pogadać z rodzicami, którzy są tuż obok? – No i znów muszę odpowiedzieć, że nie wiem
– śmieje się Anna Wróbel. – Nie wiem, bo ja przecież z rodzicami od małego rozmawiałam, tyle że w języku migowym – przypomina. – Dla mnie to całkowicie naturalny język, w każdej chwili mogę z mowy przejść na miganie
– zapewnia. Jak zatem mała Ania uczyła się mówić, mając niesłyszących rodziców? – Bardzo pomagała nam babcia, mama mojej mamy – wspomina przemyślanka. – To od niej uczyłam się mówić, to ona mi na głos czytała i w końcu to ona zajmowała się takimi sprawami, jak wizyta u lekarza ze mną czy siostrą, gdy byłyśmy małe, czy wywiadówka w szkole – dodaje.
Obecnie słyszące dzieci głuchych rodziców mają dodatkowe zajęcia pozwalające im na rozwijanie mowy poza domem, by nie były w tyle za rówieśnikami. – Za czasów mego dzieciństwa tak nie było – nie kryje Anna. – Z przykrością przyznaję, że w szkole podstawowej traktowano mnie jako gorszą i dotyczyło to traktowania zarówno przez rówieśników, jak i przez nauczycieli. Na przykład nauczycielka polskiego stale mnie ganiła, że nie wypowiadam się tak, jak oczekiwałaby. Nie usiłowała mi przy tym nijak pomóc, doskonale wiedząc, że mam głuchych rodziców
– wspomina kobieta. Wszystko się jednak zmieniło w liceum… – W liceum miałam wspaniałą polonistkę, która całym sercem starała się, bym nauczyła się wypowiadać nie tylko prawidłowo, ale też po prostu ładnie. Jestem jej bardzo wdzięczna – podkreśla A. Wróbel.
Kiedyś osoby, które urodziły się głuche, albo ogłuchły we wczesnym dzieciństwie uważano za mniej inteligentne od słyszących. Wynikało to z bariery komunikacyjnej między taką osobą a światem słyszących. – Dziś już wiadomo, że osoby niesłyszące bywają, jak wszystkie inne, po prostu różne. Są bardzo inteligentne i mniej inteligentne, są cholerykami i flegmatykami, są wesołe i melancholiczne – wyjaśnia Anna. – Żeby przekonać się, jaka jest dana głucha osoba, trzeba ją po prostu poznać, dokładnie tak samo, jak słyszącą – zauważa przemyślanka. – Niestety, słyszący rzadko są zainteresowani tym, by poznawać głuchych, przez co głusi bywają też nieufni wobec słyszących. To takie zamknięte koło – zauważa A. Wróbel.

Osoba niesłysząca czyta i pisze, ale…

– Oczywiście, że głusi umieją czytać i pisać, ale to w dobrej komunikacji może nie wystarczyć. Aby lepiej to zobrazować, opowiem anegdotkę. Kiedyś przyszłam z głuchym pacjentem na SOR do szpitala. Było to jeszcze przed pandemią, ale i tak pielęgniarka mnie „zastopowała”, gdy chciałam z nim wejść do gabinetu, by móc tłumaczyć – wspomina Anna. – Powiedziała, że „pani doktor sobie poradzi”. Ano skoro tak, to czekałam, będąc pewną, że zaraz mnie jednak zawołają. Nie myliłam się, może z 3 minuty upłynęły i pani pielęgniarka po mnie przyszła ze słowami, że „pani doktor jednak prosi” – uśmiecha się tłumaczka. – To jedna z wielu takich sytuacji i nie zaskoczyła mnie. Słyszącym zdaje się, że dadzą radę świetnie porozumieć się z głuchym pisząc do niego i czytając co odpisze. To tak nie działa – zdradza Anna. – Dla głuchych język migowy jest pierwszym językiem, polski pisany i czytany już kolejnym, a one się różnią. Na przykład w języku migowym czasownik często występuje na końcu zdania – wyjaśnia szczegóły.
W pewnych sytuacjach tłumacz języka migowego okazuje się więc niezbędny. – Powiedziałabym nawet, że w większości sytuacji, które wymagają doskonałego zrozumienia się pomiędzy niesłyszącymi a słyszącymi. Tak jest w sprawach sądowych, podczas przesłuchań na policji czy w prokuraturze, ale też podczas wizyt u lekarza czy załatwiania pozornie banalnych spraw urzędowych – tłumaczy specjalistka od migania. – Tu potrzeba precyzyjnego wyrażania się obu stron i obie muszą się rozumieć. Dla niemigającego słyszącego i niesłyszącego to nierealne bez tłumacza – zauważa.
Bywa, że słyszący zapominają, że głusi „mówią” rękoma? – No zdarza się – śmieje się Anna Wróbel. – Pamiętam jedną ze spraw sądowych, gdzie miał zeznawać głuchy doprowadzony z aresztu – wspomina kobieta. – Zostałam już zaprzysiężona jako biegła i wprowadzono świadka skutego do tyłu. Policjant towarzyszący mu zapomniał, że ja się przecież nie porozumiem z głuchym skutym. Na szczęście zareagował sędzia, polecając natychmiast rozkuć tę osobę.
A czy język migowy jest równie precyzyjny, jak taki mówiony i pisany?
– Tak, oczywiście – zapewnia Anna. – W języku migowym, tak jak w mowie i piśmie występują regionalizmy, a także slangi branżowe czy dotyczące danej grupy – zdradza. – Moim zdaniem, najłatwiej nauczyć się migowego słyszącemu będącemu CODĄ, a raczej wcześniej CODĄ, czyli niedorosłemu słyszącemu dziecku głuchych rodziców, bo taka osoba ma kontakt z językiem migowym na bieżąco – przyznaje tłumaczka. – Jednak znam osoby nimi niebędące, a doskonale migające. Niemniej konieczny jest stały kontakt z miganiem – zauważa. Zdaniem Anny Wróbel, oczekiwanie, że osoba znająca podstawy migowego, w dodatku używająca rzadko tego języka, porozumie się na przykład w sprawach urzędowych z głuchym jest nieporozumieniem. – W niektórych instytucjach posyła się pracowników na kursy migowego, one te kursy zaliczają, mają stosowne certyfikaty, ale gdy przyjdzie do rozmowy z głuchym poza zwrotami typu „dzień dobry” , bywa, że nic z tego nie wychodzi – przyznaje Anna.

Najtrudniej w urzędach

A gdzie najtrudniej, zdaniem tłumaczki, bywa głuchym załatwić swoje życiowe sprawy? – Różnie, ale z mego doświadczenia wynika, że najtrudniej jest w urzędach – wzdycha.
– Nie wiem, czy to ja miałam okazję spotykać mało empatycznych urzędników, czy tak ogólnie jest, że to najczęściej oni traktują głuchych, jak zło konieczne – nie kryje smutku tłumaczka. – Tu dodatkowo utrudniają głuchym życie sprzeczne z sobą przepisy kodeksu cywilnego i Ustawy o języku migowym i innych środkach porozumiewania się – wyjaśnia Anna Wróbel. – Problem w tym, że wspomniana ustawa niby zapewnia głuchym darmowego tłumacza migowego, ale kodeks cywilny traktuje ich jak …obcokrajowców – mówi przemyślanka.- Byłam świadkiem takiej sytuacji, że głuchy chciał załatwić zwykłą sprawę w pewnej instytucji. A instytucja kazała mu zapłacić za tłumacza języka migowego, powołując się na kodeks. To nie była duża kwota, ale chodzi o zasadę. Pomogłam mu bez wynagrodzenia – przyznaje kobieta. – Nie powinno tak być, że głuchy polski obywatel jest traktowany jak posługujący się obcym językiem cudzoziemiec, bo nie słyszy. To dyskryminacja – zauważa Anna Wróbel. – Ostatnio też w szpitalu spotkało mnie coś nieprawdopodobnego – relacjonuje kobieta. – Przyszłam z głuchym pacjentem na planowy zabieg i pani rejestrująca go do zabiegu zapytała o potwierdzenie testu. Pacjent nie potwierdził, więc pani zaczęła tyradę, że… pięć razy mu mówiła, że trzeba potwierdzać
– uśmiecha się z przekąsem przemyślanka. – Pozwoliłam sobie przypomnieć pani, że mogła i dziesięć razy mówić, a pacjent jest głuchy, więc i tak nie usłyszy! Na co owa pani odpowiedziała, że mógł tak długo słuchać, aż usłyszy – opowiada zirytowana.
– Słyszący są tak mało empatyczni dla głuchych? – Niektórzy tak, inni przeciwnie, na szczęście – mówi Anna Wróbel. – Niestety, ci pierwsi rzucają się w oczy i zapadają głuchym w pamięć, co sprawia, że część z nich świat słyszących postrzega jako wręcz wrogi głuchym. A to przecież nieprawda! Okazujmy im po prostu więcej zrozumienia i empatii, nie traktujmy jak zło konieczne – prosi tłumaczka. – Ja, jako CODA, zawsze będę bronić praw głuchych i ich interesów, bo oni sami nie zawsze potrafią to robić.

Monika Kamińska

Leave a Reply

Your email address will not be published.