Śmierć na torach

Do tragicznego wypadku doszło 19 grudnia na przejeździe kolejowym Warszawska/Borowa. Samochód, którym podróżowała 19-letnia Aleksandra, jej rówieśniczka Natalia i 27-letni Józef wjechał wprost pod rozpędzony szynobus.

19-letnia Ola planowała ślub z Józiem. Ich przyjaciółki, Natalii, miało wtedy nie być z nimi w samochodzie. Dlaczego młodzi ludzie wjechali wprost pod pędzący szynobus?

Tak dramatycznego w skutkach wypadku, jak ten, do którego doszło niedawno na przejeździe kolejowym przy ul. Warszawskiej w Rzeszowie jeszcze nie było. Życie straciły trzy młode osoby: dwie 19-latki i 27-latek. Najbliżsi i mieszkańcy z rodzinnych miejscowości trojga znajomych pogrążone są w żałobie. Rzeszowianie domagają się, by na przejeździe zamontowano rogatki, bo obawiają się, że prędzej czy później może dojść tam do kolejnej tragedii.

Była środa, 19 grudnia, dochodziła godz. 15. Ola, Józiu i Natalia jechali volkswagenem passatem ul. Warszawską. Skręcili w lewo w ul. Borową. Tego dnia mama Oli miała urodziny, dziewczyna obiecała jej, że przyjedzie w odwiedziny. Być może chcieli kupić jej prezent, a może wybrali się po bożonarodzeniowy stroik do znajdującej się po drugiej stronie torów hurtowni. Choć widok z lewej strony zasłaniało dostawcze auto, Józef wjechał na tory. W tym momencie uderzył w nich rozpędzony szynobus jadący z Rzeszowa do Stalowej Woli. Siła była tak duża, że auto zostało dosłownie zmiecione i przepchnięte około 200 m. Józef zginął na miejscu, Ola również. Żeby wydobyć ich ciała z wraku, strażacy musieli rozciąć karoserię.

Tragiczny wypadek przeżyła jedynie Natalia, która nieprzytomna w krytycznym stanie trafiła na oddział intensywnej terapii Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie. 19-latka walczyła o życie dwa dni. Pomimo wysiłków lekarzy przegrała walkę w piątek, 21 grudnia, we wczesnych godzinach popołudniowych.

Szynobusem podróżowało 58 pasażerów. Wszyscy wyszli ze zdarzenia bez szwanku.

Miał być ślub…

Ola pochodziła z podrzeszowskiej wsi, uczyła się w Zespole Szkół Zawodowych w Dynowie. Tam poznała Natalię, swoją rówieśnicę, mieszkankę niewielkiej miejscowości w powiecie przemyskim. Dziewczyny zaprzyjaźniły się.

2. Groby: Aleksandry, jej narzeczonego Józia i ich przyjaciółki Natalii toną w białych kwiatach.

Ola z Józefem poznała się około 3 lat temu. Młodzi zakochali się w sobie do szaleństwa i zaręczyli. Przeszło rok temu wyprowadzili się z rodzinnych miejscowości i zamieszkali razem w wynajętym mieszkaniu w Dynowie. – Nie widzieli świata poza sobą, bardzo się kochali – przyznają ich znajomi. – Niektórzy we wsi plotkowali, że oni już byli po ślubie cywilnym, ale to nieprawda. Mieli po prostu takie same nazwiska. Planowali ślub i dzieci… i długie szczęśliwe życie razem. Wydawało się, że nikt ani nic nie będzie w stanie ich rozdzielić, a jednak… rozdzieliła ich potworna śmierć – dodają ze smutkiem.

Ola miła, uprzejma, dobrze wychowana, zawsze uśmiechnięta – tak wspominają ją mieszkańcy rodzinnej miejscowości. – W domu była ich szóstka, wszystkie dzieci grzeczne. Aż się wierzyć nie chce, że Oleńki już nie ma, że nigdy jej tu nie zobaczę. Aż ciężko sobie wyobrazić, co ta matka i jej rodzeństwo muszą teraz czuć – mówi z żalem starsza kobieta. Na pogrzeb 19-latki, który odbył się w sobotę przed świętami przyszła cała wieś. Grób Oli zasypały białe kwiaty. Wszyscy płakali. – Jak można było nie płakać, kiedy taka tragedia się stała. Taka młoda dziewczyna, miała przed sobą całe życie – dodaje inna kobieta przysłuchująca się naszej rozmowie. – O tym wypadku dowiedzieliśmy się z telewizji, ale nikomu do głowy nawet nie przyszło, że może chodzić o Olę. A potem gruchnęła wieść, że to właśnie ona zginęła. To był dla nas szok – opowiada.

Sąsiad rodziny Oli kojarzy jej ukochanego, Józia. – Jak jeszcze mieszkała tutaj w domu, często u niej bywał. Przychodził też do mnie nie raz coś pożyczyć, a to po klucz, a to po coś innego. Miły chłopak, zaradny, taka złota rączka. To nie było tak, że miał prawo jazdy od niedawna. Dużo jeździł samochodami, towary woził. Nie mam pojęcia, jak mogło dojść do tego wypadku – nieostrożność, nieuwaga – czy się zagapili czy zagadali?! Coś potwornego… – kończy.

Józef został pochowany w swojej rodzinnej miejscowości tego samego dnia co Ola. Na jego grobie także wciąż leżą białe kwiaty. – To był taki dobry chłopak – wspomina go sąsiadka. – Złego słowa na niego nie można powiedzieć. Uczynny, pracowity, grzeczny. Nie pił, nie palił z nikim zwady nie miał. Miał takie dobre serce. Dwoje starszych sąsiadów, kiedy jeszcze żyli odwoził co niedzielę do kościoła. To potworny cios dla jego najbliższych. Jedyny chłopak w domu. Nie możemy uwierzyc w tą tragedię…  nie możemy się z tym pogodzić – kończy.

– Byli taką piękną parą, bardzo do siebie pasowali i widać było, że to, co ich połączyło, to była miłość na całe życie – przyznają przyjaciele pary. –  Szkoda, że przerwane zostało im tak szybko, że nie mogą się cieszyć sobą przez długie lata.

Miało jej z nimi nie być

Tuż po świętach, w czwartek, 27 grudnia, pochowana została ostatnia ofiara tragedii. Natalię również żegnały tłumy. – Na pogrzeb przyszło mnóstwo osób: rodzina, koleżanki i koledzy ze szkoły, sąsiedzi dalsi i bliżsi, a wszyscy mieli w rękach białe kwiaty. Nie było nikogo, kto tamtego dnia nie uroniłby chociaż łzy. Koleżanka tak pięknie mówiła o niej w kościele, aż serca nam ściskało – opowiada mieszkanka rodzinnej miejscowości 19-latki.

– Z Natalią chodziliśmy jeszcze do gimnazjum – opowiada sąsiad rodziny. – Była cicha, spokojna, lubiana w klasie. Potem ona poszła do szkoły do Dynowa.

Uczyła się w IV klasie informatycznej dynowskiego technikum. Była jedynaczką. Mieszkała z mamą na osiedlu domków jednorodzinnych. – Jej tata zmarł, gdy Natalka miała zaledwie trzy latka i od tego czasu cały czas z matką były nierozłączne, zawsze razem. Natalia to było jej oczko w głowie. Trudno mi sobie wyobrazić, co ona teraz czuje. Pożegnała jedyne dziecko… – opowiada najbliższa sąsiadka. Kobieta wspomina rozmowę z babcią Natalii. – Pamiętam, jak mówiła, że Natalka już kupiła sukienkę na studniówkę w lutym, że nie może się doczekać, że wszystko już ma przyszykowane i wisi w szafie.

Natalia zamiast bawić się w niej na szkolnej imprezie, spoczęła w trumnie. – W tej bordowej sukience wyglądała jakby spała. Boże, takie dziecko, taka ładna buzia, taka młodziutka… – załamuje ręce kobieta. – O tym, że Natalia pojechała wtedy z Olą i Józefem  matka nie wiedziała. Ona miała jechać gdzieś z Olą i Józiem ale dopiero na drugi dzień. Wyszła z domu, nic nie powiedziała. Po co pojechali? Gdzie? – zastanawia się kobieta i szybko dodaje. – Jak to młodzi… mają auto, to co im stoi na przeszkodzie. Aż tu policja przyjechała do matki i powiedzieli jej, co się stało, że z dwóch dziewczyn jedna przeżyła, ale nie wiedzą, która. Musiała pojechać rozpoznać. Biedna, jeszcze żyła nadzieją, że Natalka z tego wyjdzie, a tu za dwa dni dziecko zmarło. Potworna tragedia… Za wcześnie było dla niej na śmierć, za wcześnie…

Prokuratorskie śledztwo

Z pierwszych napływających tuż po wypadku informacji wynikało, że samochód kierowany przez 27-latka wjechał na przejazd niestrzeżony. PKP PLK szybko odniosło się do nich i zapewniło, że przejazd jest strzeżony z sygnalizacją świetlną i dzwiękową, a sygnalizacja tuż po wypadku działała prawidłowo. W oświadczeniu, które wpłynęło do naszej redakcji rzecznik spółki zapewnił, że sposób zabezpieczenia przejazdu na u. Warszawskiej jest zgodny z przepisami (Sygnalizacja na przejezdzie pojawiła się w 2007 r). – Kierowca, który dojeżdża do przejazdu kolejowo-drogowego na ulicy Warszawskiej, jadąc zgodnie z przepisami otrzymuje cztery informacje – sygnały o miejscu, do którego dojeżdża i o tym, jak ma się zachować – poinformował nas Karol Jakubowski z zespołu prasowego PKP Polskie Linie Kolejowe. – Widzi znak informujący, że będzie przejazd, następnie jest widoczny krzyż św. Andrzeja – czyli informacja, że jest skrzyżowanie z torem i należy zachować szczególną ostrożność, zatrzymać się, upewnić, że nic nie nadjeżdża. Na jezdni jest biała linia, a to oznacza nakaz bezwzględnego zatrzymania i widzi pulsujące czerwone światła, które tak jak na skrzyżowaniu drogowym oznaczają zakaz wjazdu i konieczność bezwzględnego zatrzymania. Zdaniem przedstawiciela PKP PLK, jeśli kierowca zastosuje się do umieszczonych na drodze informacji, może bezpiecznie pokonać przejazd. Wjazd na tory pomimo czerwonego światła, jest tym samym, co zignorowanie czerwonego światła na skrzyżowaniu drogowym i wjazd pod jadące zgodnie z przepisami samochody. Czerwone światło i sygnał dźwiękowy włączają się min. 30 sekund przed przejazdem pociągu.

Po tragicznym wypadku Prokuratura Rejonowa dla miasta Rzeszów wszczęła w tej sprawie śledztwo. – Jak wynika z dotychczasowych ustaleń, kierujący samochodem nie zastosował się do sygnalizacji świetlnej nadającej sygnał czerwony i wjechał na przejazd kolejowy, którym w tym czasie poruszał się autobus szynowy relacji Rzeszów – Stalowa Wola, co doprowadziło do zderzenia się obu pojazdów – mówi prok. Artur Grabowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie. – Aktualnie w śledztwie wykonywane są dalsze czynności procesowe, mające na celu dokładne wyjaśnienie okoliczności zdarzenia – dodaje.

Tymczasem policja będzie wnioskować o montaż rogatek na przejeździe. Tego domagają się też mieszkańcy Rzeszowa, którzy obawiają się, że może dojść na nim do kolejnych tragedii. W tym roku, w maju wydarzył się tam podobnie niebezpieczny wypadek. Na szczęście obyło się bez ofiar. – Do zdarzenia doszło 4 maja br. Kierowca nissana wjechał pod nadjeżdżający szynobus jadący w kierunku Głogowa Małopolskiego – potwierdza nadkom. Adam Szeląg, rzecznik rzeszowskiej policji. Szynobus uderzył w bok auta, które zostało częściowo zmiażdżone i zepchnięte do rowu. Samochodem podróżowały trzy osoby. Jedna z pasażerek została ranna i przewieziono ją do szpitala. Kierowca i druga pasażerka zdołali opuścić auto o własnych siłach.

Zdaniem kierowcy nissana, oznakowanie przejazdu było praktycznie niewidoczne, bo świeciło ostre słońce. Szynobusem podróżowało 30 pasażerów. Żaden z nich nie ucierpiał.

Uważajmy!

Rocznie w wypadkach pod kołami pociągów giną dziesiątki kierowców. Setki pieszych giną, bo przechodzą przez tory w niedozwolonym miejscu. W ubiegłym roku (do 6 grudnia) doszło do 194 wypadków i kolizji na przejazdach kolejowych w całej Polsce z udziałem pojazdów i pieszych. W ich wyniku ciężko ranne zostały 32 osoby, a 47 straciło życie. W analogicznym czasie doszło do 211 wypadków z udziałem pieszych, którzy przechodzili przez tory w miejscach niedozwolonych. Ciężko rannych zostało 47 osób, a życie straciło 144.

W 98 proc. przypadków przyczyną wypadków i kolizji na torach jest brawura i ignorancja, czyli nie stosowanie się oznakowań. Kierowcy nagminnie lekceważą znak STOP, czerwone światła migające, wjeżdżają pod opadające rogatki, a nawet… omijają slalomem już opuszczone. Piesi omijają zaś opuszczone zapory i wchodzą na tory oraz przechodzą przez nie w miejscach, w których nie powinni. To „klasyczne” przykłady lekkomyślności, którą można przypłacić życiem.

– Zawsze uczulam moich kursantów, by zbliżając się do przejazdu kolejowego zachowywali szczególną ostrożność – mówi Magdalena Zaniewska, instruktor nauki jazdy z Rzeszowa. – Za każdym razem zbliżając się do niego mamy obowiązek upewnić się czy mamy możliwość bezpiecznego przejazdu. Niestety, wiele osób to lekceważy, bo „przecież sto razy tędy przejeżdżałem”, ale 101. może zakończyć się tragicznie. Zawsze upewniajmy się, czy możemy przejechać, nawet jeżeli na przejeździe są podniesione rogatki. W 2004 roku na strzeżonym przejeździe kolejowym niedaleko Bochni zginął znany kierowca rajdowy, Janusz Kulig, który wjechał wprost pod nadjeżdżający pociąg. W chwili wypadku rogatki były podniesione, a sygnalizacja świetlna nieuruchomiona przez błąd dróżniczki pełniącej służbę przy przejeździe kolejowym. Zawsze uważajmy, bo stawką jest nasze życie i zdrowie.

Katarzyna Szczyrek

4 Responses to "Śmierć na torach"

Leave a Reply

Your email address will not be published.