
Niespełna
dwuletni Miłoszek
może liczyć
na wsparcie
wielu osób. Fot. Archiwum Fundacji Iskierka/zrzutka.pl
– Jesteśmy przekonani, że gdyby wszystko zależało od waszej modlitwy, wsparcia, życzliwości i dobrego słowa, Miłoszek już byłby zdrowy. Martwiliśmy się o pieniądze na leczenie, a teraz mamy wyrzuty sumienia, że pomagacie, choć czasami sami nie macie – napisała 3 lutego na Facebooku Anna Adamska, mama chorego na nowotwór nerki Miłoszka z Pstrągowej (gmina Czudec).
Miłosz Adamski to niespełna dwuletni chłopiec. Uwielbia traktory, koniki i bajkę „Masza i Niedźwiedź”. Jest wesołym chłopcem. Ma młodszego brata i szereg ludzi, którzy stoją za nim murem. Zbiórkę na jego leczenie uruchomiono 1 lutego i już po dwóch dniach, ku ogromnemu zaskoczeniu rodziców, kwota sięgnęła 50 tys zł. – Martwiłam się o pieniądze, a teraz jest mi trochę głupio, że ludzie wpłacili już tyle pieniędzy – mówi nam mama chłopca. Rodzice 2-latka do końca nie wiedzą, na co potrzebne będą środki. – O zbiórce powiedziały mi koleżanki z oddziału hematologii w Rzeszowie. Poradziły, żeby założyć ją jak najwcześniej. Wydatki generują się na bieżąco, teraz np. musimy kupić oczyszczacz powietrza, a to koszt około 3 tys zł – tłumaczy Anna Adamska.
Płacz i niedowierzanie
Wszystko zaczęło się od tego, że z początkiem stycznia mama Miłosza, karmiąc synka, wyczuła na jego brzuchu guz. – Nieświadomi i z nadzieją, że to nic poważnego, pojechaliśmy do pediatry. Po oględzinach wysłano nas do szpitala w trybie pilnym. Po USG dowiedzieliśmy się, że guz jest naprawdę bardzo duży, aż 15 cm – opowiadają rodzice chorego chłopca. Następnie zostali przyjęci na oddział Onkohematologii Dziecięcej w rzeszowskim szpitalu przy ul. Lwowskiej. – Miłoszek z paniką, bólem i ogromnym płaczem przeszedł szereg badań. Jak się okazało, to tzw. guz Wilmsa – złośliwy nowotwór nerki wieku dziecięcego – mówią. Niestety, pojawił się też 5-milimetrowy przerzut na płuco. Szok, płacz i niedowierzanie towarzyszą rodzicom chłopca do tej pory. Po 5 dniach badań pojawiła się wizja leczenia, mianowicie 6 tygodni chemii przedoperacyjnej, operacja w Rzeszowie lub Wrocławiu, a następnie chemioterapia pooperacyjna uzupełniająca. – Musimy patrzeć na krzywdę naszego dziecka, nie mogąc mu w żaden sposób pomóc. Mimo, iż Miłoszek wie, że chemoludki, które mieszkają w strzykawkach i drenach przychodzą pomóc dobrym komórkom w jego organizmie, to panicznie się ich boi. On musi zawalczyć z całych swoich sił, a my wszyscy musimy go wesprzeć, najlepiej jak umiemy – tłumaczy mama 2-latka.
50 tys zł w dwa dni
Dla chłopca założono zbiórkę, ponieważ badania, leki, konsultacje, opatrunki i dojazdy sporo kosztują. Już po dwóch dniach kwota przekroczyła 50 tys. zł. Jawni i anonimowi darczyńcy, których jest ponad 700, wciąż wpłacają różne kwoty, od 20 do nawet 1500 zł, każdy chce pomóc. – Miłosz jest w domu, my nigdzie nie chodzimy i nikt nie przyjeżdża do nas. Tu nie może być grzybów, bakterii – tłumaczy mama Miłosza. Chłopiec jest przed operacją, a w zeszły czwartek przyjął czwartą dawkę chemii, która trwa 6 tygodni. Następnie zaplanowano tomograf, rezonans i operację pod koniec lutego. – Jeszcze nie wiadomo, w którym mieście, to będzie zależało od tego, czy guz się zmniejszy i co z przerzutem. Będzie to jednak albo Rzeszów, albo nawet Wrocław, bo tam jest podobno jakiś chirurg – cudotwórca, specjalizujący się w guzach nerek – opowiada Anna. Kobieta opowiada, że kiedy byli z synkiem na oddziale, poznali 15-letniego chłopaka. Na jego zbiórkę wpłacono już 20 tysięcy złotych. – Mówiłam, że to niesamowite, że tak szybko zebrano tak dużo, a my w ciągu kilku dni mamy taką kwotę… – stwierdza. W promocję zbiórki włączyło się wiele osób, między innymi na swoich profilach na Facebooku. Udostępnienia przekraczają setki, organizowane są też licytacje. – Dużo zdrówka, dzielny wojowniku, niech moc będzie z wami, dużo sił na kolejne dni walki – to tylko niektóre komentarze od wspierających. Nawet pstrągowski sklep Delikatesy Passa przyłączył się do pomocy, pisząc: – Wspomagamy naszego małego klienta. Dobro powraca! Obecnie zebrana kwota wynosi ponad 70 tys zł, ale ciągnie rośnie. To pokazuje, jak pięknie możemy się zjednoczyć w słusznej sprawie, a solidarność ludzka nie zna granic.
Kinga Siewierska



One Response to "Solidarność ludzka nie zna granic"