Sprawdzian z ratowania życia

Strażak Arkadiusz Cichocki w Komendzie Powiatowej PSP w Jarosławiu służy od września 2019 r. Wcześniej, od 18.
roku życia działał
w OSP i prywatnie interesował się pożarnictwem oraz ratownictwem.
Swoją pasją zaraził narzeczoną, która…
wybrała tę samą
drogę, co on. Fot. KP PSP Jarosław

Noc z 5 na 6 marca. Dochodzi do tragicznego wypadku ukraińskiego autokaru. W działaniach ratowniczych bierze udział m.in. jarosławska jednostka Państwowej Straży Pożarnej. Dwa tygodnie później, dokładnie w tym samym miejscu rozbija się kolejny autobus. Pierwszy na miejscu jest Arkadiusz Cichocki, strażak, który uczestniczył w pierwszej akcji. Tym razem jest tu przypadkiem. Wzywa służby ratownicze, ale zanim dotrą, sam udziela pomocy poszkodowanym. Nie chce, by nazywać go bohaterem. – Znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie i zrobiłem tylko to, co do mnie należało – mówi skromnie mundurowy.

– Nasz zawód wymaga ciągłego samodoskonalenia. Mamy moralne poczucie, żeby być dobrzy w tym, co robimy, bo ratujemy ludzkie życie – nie ma złudzeń strażak Arkadiusz Cichocki. – Nie zawsze narażamy własne. Czasem pomagamy w błahych sprawach, ale bywa, że naprawdę musimy stanąć na wysokości zadania – dodaje. Tak było w jego przypadku…

Wszyscy zostali postawieni na nogi

Wstępując do straży, każdy musi przejść szkolenie zawodowe. Dwa tygodnie przed pierwszym wypadkiem jarosławska jednostka skierowała Arkadiusza Cichockiego na kurs przypominający z triage’u, czyli segregowania poszkodowanych w wypadku o charakterze masowym. W zależności od oceny ich stanu nadaje się im priorytet określający kolejność udzielania pomocy.
– Szkolenie dotyczyło również tego, jak się zachowywać, jeżeli jesteśmy pierwsi na miejscu działania, a siły i środki są niewystarczające – zasób sprzętu oraz ratowników uniemożliwia udzielenie pomocy wszystkim jednocześnie – precyzuje mundurowy z jarosławskiej jednostki.
Po tygodniowej przerwie wrócił do pracy, by od razu zostać rzuconym na głęboką wodę. Już na pierwszej służbie teoria została sprawdzona w praktyce.
W nocy z 5 na 6 marca na autostradzie A4 na wysokości MOP Kaszyce autokar zjechał z jezdni i przebił barierki. Pojazd, którym podróżowało 57 obywateli Ukrainy, stoczył się z nasypu. Informację o zdarzeniu strażacy otrzymali około godz. 23.50.
– Przez radiowęzeł otrzymaliśmy głośną zapowiedź: „Wypadek autokaru. Dużo osób poszkodowanych”. Dwa razy zostało to bardzo donośnie zaakcentowane – relacjonuje Arkadiusz Cichocki. Wszyscy zostali postawieni na nogi.
W drodze strażacy dowiedzieli się, że wiele osób jest zakleszczonych. – Gdy to usłyszeliśmy, wiedzieliśmy, że będzie ciężko – przyznaje nasz rozmówca. – Kiedy pierwsze zastępy dotarły na miejsce, nie wiadomo było, w co ręce włożyć. To był obraz, który na długo zapada w pamięć – nie ma wątpliwości.
Pasażerowie, którzy mogli wyjść, opuścili autokar. – Przy użyciu desek ortopedycznych ewakuowano pozostałych poszkodowanych, by jak najszybciej dostać się do kolejnych. Pojazd przewrócił się na bok, co spowodowało, że niektóre osoby leżały jedna na drugiej. To nie był przyjemny widok, ale człowiek skupia się na tym, co robi. Nie ma czasu na stres – podkreśla strażak.
Równocześnie z uwalnianiem poszkodowanych z rozbitego autokaru funkcjonariusze udzielali pomocy przedmedycznej rannym. Później wszyscy trafili pod opiekę ratowników medycznych. Niektórych przewieziono do szpitali. Niestety, na miejscu zginęło 5 osób (24 marca – w szpitalu zmarła kolejna).

Déjá vu

Kilkanaście dni później Arkadiusz Cichocki przeżył déjá vu. 22 marca miał dzień wolny. Było koło godz. 23. Wracał autostradą z Krakowa od narzeczonej. – Jechałem ze szwagierką i jej chłopakiem. W pewnym momencie zapytał: „Arek, w którym dokładnie miejscu doszło do wypadku?”. „Obok MOP-u” – odpowiedziałem.
Rozmawiali o tym, że teren jest mocno oświetlony, a dzięki temu łatwiej było dostrzec leżący w rowie pojazd, gdy nagle znajomy krzyknął: „Uważaj! Tam coś się wydarzyło!”.
– Zbliżając się do bariery przy MOP-ie zauważyłem dach autokaru. Przez jedną setną sekundy pomyślałem: „To niemożliwe…”. Dwa tygodnie wcześniej brałem udział w akcji ratowniczej i widziałem, jak zabierali wrak. Nie mógł tam leżeć – opowiada. Wtedy zobaczył ludzi wychodzących z autobusu. – Dotarło do mnie, że to nie jest ten sam autokar. Doszło do drugiego zdarzenia o podobnym charakterze – mówi.
Wypadł z samochodu. Poprosił znajomych, żeby wyciągnęli z bagażnika jego plecak medyczny. Sam przeskoczył przez barierkę i pobiegł do poszkodowanych. – Zadzwoniłem pod numer alarmowy, zawiadamiając o wypadku. Jednocześnie pytałem pasażerów: „Gdzie jest kierowca? Ile osób podróżuje autokarem?”. Przekazałem dyspozytorce, że w pojeździe było 10 osób – relacjonuje strażak. – Rzuciłem jeszcze, że jestem strażakiem i udaję się udzielać pierwszej pomocy, a potem się rozłączyłem się, by zweryfikować informacje – dodaje. Dla służb to niezwykle cenne, bo znając liczbę poszkodowanych oraz ich stan, wiedzą, na co się przygotować.
Strażak wbiegł do autokaru. Uspokoił wszystkich, że jest mundurowym, który im pomoże, a służby ratownicze lada chwila dotrą na miejsce. – Osoby, które mogły się poruszać, poprosiłem o wyjście na zewnątrz. Zajęła się nimi moja znajoma. Pilnowała, żeby się nie oddalały – relacjonuje.
W środku zostały dwie kobiety. Obie uskarżały się na bardzo silny ból pleców. – Jedna siedziała na fotelu. Druga leżała na podłodze, była zakleszczona. Miała zachowane funkcje życiowe, nie było krwotoku. Nie chciałem pogłębiać jej urazu. Wiedziałem, że koledzy będą musieli użyć sprzętu hydraulicznego, żeby usunąć fotele i ewakuować ją na desce – zaznacza Arkadiusz Cichocki. Stwierdził, że życiu pasażerek nie zagraża niebezpieczeństwo, dlatego zawołał znajomego, który miał monitorować ich stan do przyjazdu służb.
Sam wyszedł na zewnątrz i opatrzył kierowcę, który miał rany cięte głowy. Gdy krwotok ustał, skupił się na drugim. Miał zachowane funkcje życiowe. W chwili, kiedy nadjechała straż, mężczyzna przestał oddychać. – Koledzy niezwłocznie przystąpili do resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Niestety, pomimo reanimacji, drugiego kierowcy nie udało się uratować – mówi strażak.
Mundurowi wydostali z wraku uwięzione pasażerki. Spośród dziesięciu osób, pięć trafiło do szpitali.
Na miejscu pracowało niemal 80 strażaków. Wśród nich koledzy naszego rozmówcy, którzy nie mieli pojęcia, że jest na miejscu wypadku, a do tego samodzielnie rozpoczął akcję ratowniczą. Zdziwienia nie krył też on. – Kiedy zauważyłem w wozie kierowcę, uzmysłowiłem sobie: „To moja zmiana”. W tym szoku zapomniałem, że gdyby nie urlop, byłbym na służbie. Ta sama zmiana przyjechała do wypadku o podobnym charakterze. Do tego ja najechałem na to prywatnym samochodem. Nie dowierzaliśmy – przyznaje nasz rozmówca.
W porównaniu z pożarami czy wypadkami samochodowymi, zdarzenia masowe są bardzo rzadkie. – A żeby doszło do nich w tym samym miejscu, w tak krótkim odstępie czasu – to już niemal niemożliwe. Zrządzenie losu? – pyta. W remizie wszyscy mają nadzieję, że „do dwóch razy sztuka” i kolejnej powtórki nie będzie.

Po prostu zrobiłem swoją robotę

Mimo dzielnej postawy Arkadiusz Cichocki ani myśli nazywać się bohaterem. – Media to nagłośniły, doszukując się bohaterskiego czynu, ale ja tylko spełniłem swój obowiązek – obywatelski i zawodowy. Po prostu zrobiłem swoją robotę. Po to się szkoliłem. Cieszę się, że mi się udało, bo umocniłem się w przekonaniu, że nadaję się do tego zawodu. To był niezły sprawdzian! – przyznaje.
– Zrobiłem wszystko najlepiej, jak potrafiłem, ale cały czas się uczę i chcę nadal poszerzać swoją wiedzę i umiejętności
– dodaje.
Funkcjonariusz z krótkim stażem pracy stanął na wysokości zadania, choć nie było z nim kolegów z jednostki. – To było wyzwanie, bo kiedy na służbie jedziemy do działań każdy może na każdego liczyć. Każdy wie, co ma robić. Nasza komenda jest bardzo dobrze wyszkolona i na bieżąco monitorowana. Cała jednostka zasługuje na pochwałę za to, że potrafi przygotować młodych strażaków do tak ekstremalnych działań – podkreśla nasz rozmówca.
– Ja tylko znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Udzieliłem profesjonalnej pomocy, ale to żadne bohaterstwo – powtarza Arkadiusz Cichocki. – My taki mamy zawód. Tym żyjemy. W końcu strażakiem się jest, a nie bywa…

Wioletta Kruk

One Response to "Sprawdzian z ratowania życia"

Leave a Reply

Your email address will not be published.