
SUPERWYWIAD z Gen. Dominikiem Traczem, b. Komendantem Głównym Straży Granicznej, obecnie wykładowcą WSPiA w Rzeszowie.
Gdzie zaczyna się ochrona granic?
– Jeszcze daleko od kraju – już w placówkach dyplomatycznych. Rozwiązania stosowane przez polskie służby graniczne i celne, zastosowane procedury oraz technologie to kolejny poziom ochrony. A wreszcie zaangażowanie wszystkich pozostałych służb i instytucji w trakcie pobytu cudzoziemców na terenie Polski i UE. Unia Europejska to ponad 512 mln obywateli i ok 50 000 km granic. Przez lata wypracowywała koncepcję wspólnej ochrony wewnętrznej i zewnętrznej. Wiele zaplanowanych działań w zderzeniu z masowym napływem migrantów się nie sprawdziło, bo realizujące je państwa członkowskie chyba trochę nieodpowiedzialnie do nich podeszły. Wierzę, że dziś świadomość zagrożeń jest zdecydowanie większa.
– Co Pan myśli, widząc, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej?
– Jesteśmy krajem, który świadomie przyjął na siebie zobowiązania wynikające z wejścia do Unii Europejskiej, a na następnie tzw. Układu z Schengen. Jako kraj ochraniamy ponad 3,5 tys. kilometrów granic. Te z Niemcami, Czechami, Słowacją czy Litwą są granicami wewnętrznymi Układu z Schengen. Możemy je przekraczać w każdym miejscu i o każdej porze, bez względu na obywatelstwo. W przypadku pozostałych sąsiadów tj. Rosji, Białorusi i Ukrainy mówimy o granicach zewnętrznych UE zaliczanych do najtrudniejszych. Wykonywanie zadań w bezpośrednim kontakcie ze służbami Rosji, Białorusi, czy też Ukrainy, biorąc pod uwagę nasze doświadczenia historyczne i uwarunkowania geopolityczne ostatnich lat nie jest łatwe. Sytuacja na Białorusi jest szczególna, bo nigdy wcześniej służby państwowe strony sąsiedniej nie były tak zaangażowane i otwarcie, nie brały udziału w organizowaniu nielegalnego przekraczania granicy Polski. Zdarzały się sytuacje korupcyjne, w których funkcjonariusze służb naszych wschodnich sąsiadów – samodzielnie lub z cichym przyzwoleniem swoich szefów – organizowali przemyt towarów lub ludzi. Dziś zamiast zwalczać zorganizowane grupy przestępcze funkcjonariusze Straży Granicznej, Policji i Wojska każdej doby starają się przeszkodzić przerzutowi na terytorium Polski i Unii cudzoziemców. Co gorsza, migranci są wykorzystywani instrumentalnie i strona białoruska próbuje dokonywać nielegalnego przerzutu – nie poprzez przejścia graniczne, ale na granicy zielonej, czyli w miejscach i warunkach, które stanowią zagrożenie życia – szczególnie dla tych zdesperowanych cudzoziemców.
– Dlaczego dziś tamta granica jest nieszczelna?
– Granica państwa to płaszczyzna. Można nad nią przelecieć, można się podkopać, można też jak to miało miejsce na granicy węgiersko-serbskiej w 2014 r. – zwyczajnie przeciąć druty i dużą grupą ruszyć dalej. Granica z Białorusią to bardzo długi, zróżnicowany geograficznie ponad 410-kilometrowy odcinek. Do tego mamy ponad 230 km z Federacją Rosyjską i ponad 530 km z Ukrainą. To granice zewnętrzne UE i Schengen, które legalnie można przekroczyć po spełnieniu wielu warunków w wyznaczonych przejściach. Posiadają odpowiednią infrastrukturę, by właściwie przeprowadzać kontrolę graniczną, celną i każdą inną. Niestety, jak widać, lata dobrej współpracy ze stroną białoruską minęły.
Znaczącą część swojej służby poświęciłem na zastosowanie w działaniach granicznych najnowocześniejszych dostępnych technologii i procedur. Nie podam szczegółów, powiem tylko, że są to informacje uzyskiwane przez SG i inne służby krajowe, ale i otrzymywane z poziomu Unijnej Agencji, zwanej potocznie Frontexem.
– A dlaczego, jak słyszymy, jednak zdarzają się, i to dość często, zatrzymania grup dalej od granicy?
-Bo strona białoruska też stosuje technologie pozwalające ustalić nasze słabsze punkty i bezwzględnie je wykorzystuje. Bo, mimo najlepszych informacji i rozpoznania, koniec końców do działania czy to w dzień czy w nocy potrzebny jest konkretny sprzęt, pojazdy i konkretni, znający teren i przygotowani ludzie, a przy takiej liczbie prób i tak długim odcinku granicy bardzo trudno mieć stuprocentową skuteczność.
– Czy polski rząd jest gotowy na scenariusz, w którym prezydent Łukaszenka zacznie transportować do naszej granicy tysiące uchodźców, a z powodu zbliżającej się zimy dojdzie tam do kolejnych dramatów?
-Myślę, że plany prezydenta Łukaszenki to jedno, a realne położenie Białorusi i brutalnie mówiąc, możliwości logistyczne to drugie. W przypadku Turcji, która graniczy z Syrią, masowy napływ ludzi uciekających przed kolejnymi konfliktami powodował przedostawanie się do obozów zorganizowanych na terenie Turcji tysięcy uchodźców. Byłem w tych obozach. Na Białorusi jest inaczej. Żaden sąsiad raczej nie spowoduje masowego napływu cudzoziemców, bo w pierwszej kolejności musiałby wpuścić ich na swoje terytorium. W tej sytuacji trzeba będzie ich zatem zaprosić lub przywieźć, a to w obu przypadkach kosztuje. Co więcej, by migranci wybrali taką drogę, trzeba będzie im pokazać, jak to było w Turcji, że na teren Unii mogą dość łatwo się przedostać, a to, jak wiemy, na dziś chyba nie działa. Nie czuję się uprawniony do oceny kogokolwiek. Wiem tylko z własnego doświadczenia, że mechanizmy wypracowane w ramach Europejskiej Straży Granicznej i Przybrzeżnej czyli Frontexu i innych instytucji, przewidują bardzo wiele rozwiązań ,które w sytuacji długotrwałego konfliktu granicznego właśnie na granicach zewnętrznych warto byłoby rozważyć i z nich skorzystać.
– Nie przyjmujemy ich wniosków, bo boimy się fali uchodźców?
– Z wielu przekazów Straży Granicznej i informacji z mediów, wynika, że cudzoziemcy są zawracani na granicę. Nie wiem, czy przyjmowane są jakiekolwiek wyjaśnienia lub wnioski. Słyszałem o decyzjach, które pozwalają funkcjonariuszom SG na takie postępowanie. Protestowało w tej sprawie wiele osób i instytucji. Wiele wskazuje, że są to ludzie naprawdę potrzebujący pomocy. Nie jestem już w służbie, ale uważam, że nie jest to procedura miesząca się w Konwencji Wiedeńskiej, która w przypadku uchodźców bardzo wyraźnie reguluje, jakie prawa i ochrona im przysługuje. Kłóci się to też z Deklaracją Praw Człowieka. A ta mówi, że uchodźcą nie jest ktoś, kto zdecydował się nim być, ale został do tego niejako zmuszony.
– Kim jest „uchodźca”, a kim „nielegalny migrant” – czy w kontekście informowania o wydarzeniach na granicy nomenklatura ma znaczenie?
– Ogromne! „Uchodźca” to termin zapisany w prawie międzynarodowym, zaakceptowany przez większość społeczności międzynarodowej, określający wyraźnie, kto ma prawo mówić, że jest w takiej sytuacji. To ktoś, kto nie czuje się bezpiecznie w swoim kraju ze względu na rasę, religię, czasami narodowość czy przekonania polityczne. Jest zmuszony do opuszczenia ojczyzny. Konwencja Wiedeńska mówi, że takie osoby powinny być przyjęte przez kraje, do których się zwracają. Nie mogą być zawracane, ani wydalane. Natomiast migranci – legalni bądź nielegalni – to ludzie, którzy postanowili – ze względów ekonomicznych, edukacyjnych, z głodu, albo klęski żywiołowej – wyjechać do innego kraju. Robią to dobrowolnie. Często, choćby w kontekście odcinka białoruskiego, używa się zamiennego określenia. Słyszymy o „nielegalnej migracji”. Czyli zakładamy, że ci wszyscy ludzie przyszli tutaj z własnej woli, ich celem jest poprawa warunków życia i mogliby to uzyskać w Rosji czy Białorusi. A ja myślę, że to nie jest tak oczywiste, bo ich obywatelstwa świadczą o tym, że są z rejonów objętych działaniami, w których może zaistnieć konieczność ochrony międzynarodowej.
Jeśli mamy być ludźmi mówiącymi o empatii, nie możemy zastanawiać się, komu chcemy pomóc, tylko pomagamy wszystkim. Badamy ich, weryfikujemy, czy spełnili kryteria. Ale najpierw trzeba się dowiedzieć, kim są, skąd przybywają i dlaczego uważają, że mogą się starać o status uchodźcy.
– Czy gdyby się okazało, że nie przyjmujemy wniosków o udzielenie ochrony, oznaczałoby to, że Polska łamie prawa człowieka?
– Żeby to przyznać, musiałbym tam być i zobaczyć. Najlepszą odpowiedzią są słowa Rzecznika Praw Obywatelskich – jeżeli ktoś stara się o status, to powinien mieć szansę na złożenie wniosku. A nie słyszałem, żeby były przyjmowane. Rozporządzenie z sierpnia mówi o tzw. pusch-back’u, jednak kłóci się to ze wspomnianym prawem międzynarodowym, a także naszą obowiązująca od 2003 r. polską ustawą o przyznawaniu ochrony cudzoziemcom. Mówiąc najogólniej, takie postępowanie budzi ogromne wątpliwości. Wydaje mi się, że jest na granicy prawa. W administracji obowiązuje pisemność, a to oznacza, że strona objęta działaniem organu powinna oczekiwać decyzji, od której można się odwołać itd. Nie słychać, żeby to funkcjonowało…
– Rządzący informują o niebezpiecznych osobach, które chciały dotrzeć do Polski. Jak – i czy w ogóle jest realna – dokładna weryfikacja każdej z osób?
– Do czasu trwającego obecnie kryzysu migracyjnego bardzo często porannym pociągiem z Brześcia przyjeżdżali do Polski cudzoziemcy głównie z Rosji, zazwyczaj narodowości czeczeńskiej, dagestańskiej i innych. W trakcie wjazdu zgłaszali funkcjonariuszowi SG, że będą się starać u Szefa Urzędu ds Cudzoziemców o przyznanie statusu uchodźcy lub ochronę międzynarodową. Ten mechanizm na odcinku białoruskim działał od lat. W 2014 r. wydano ponad 27 tysięcy odmów wjazdu. Jednocześnie przyjęto wnioski od 3,5 tys. osób. Jak weryfikować takie osoby? Procedura jest ogromnie złożona, długotrwała i wymaga zaangażowania kilku służb i instytucji. Potrzebny jest czas. W obecnej sytuacji funkcjonariusze tego czasu nie mają. Trzeba założyć, że idą przez granicę też tacy, którzy rzeczywiście mogą stanowić zagrożenie lub przeprowadzić prowokację. Strona białoruska w pełni świadomie kieruje ich na granicę zieloną, na której nie ma żadnych warunków do przyjmowania jakichkolwiek wyjaśnień i robi to celowo.
– Zgadzam się. Ale gdy media obiegają zdjęcia dzieci, które miały zostać odwiezione na granicę, wszyscy zastanawiamy, gdzie gdzie tu jest humanitaryzm?
-Trzeba zacząć od tego, co jest najważniejsze. Bez względu na to, czy jesteśmy szeregowymi funkcjonariuszami, oficerami czy generałami każdej ze służb, przede wszystkim jesteśmy ludźmi. Po to tyle lat szkolonymi, odpowiednio wyposażanymi, stosującymi sprawdzone i cywilizowane mechanizmy działania, żeby sobie z takim zagrożeniem poradzić. W mojej ocenie skala migracji, która dziś ma miejsce, naprawdę nie powinna doprowadzać do tego, żebyśmy mieli oglądać takie smutne zdjęcia. Ktoś powie: „To było przedstawione tendencyjnie”. Ale jakim zagrożeniem są te dzieci?! Jesteśmy krajem, którego ludność wielokrotnie dotykana była ogromnymi cierpieniami. Mamy za sobą powstania, zsyłki, mordy na cywilach i wiele innych tragedii. Dziś w końcu korzystamy z Schengenowskiej swobody przepływu. Mimo to doskonale wiemy, co znaczy opuszczać własny kraj i ruszać w nowe miejsce.
– Kiedy Pan nosił mundur i stał na granicy, w czasie konfliktu w byłej Jugosławii też mieliście dylematy, o których rozmawiamy?
– Służyłem wtedy na granicy z Czechami. Tamten straszny konflikt pokazał, do czego może doprowadzić przekonanie, że od życia ważniejsza jest wyznawana religii czy przynależność do grupy narodowościowej lub etnicznej. Masowe mordy ludności cywilnej sprawiły, że obywatele byłej Jugosławii – Serbowie, Bośniacy, Chorwaci, czy Czarnogórcy – próbowali stamtąd uciec, bo każdego dnia mogły się zjawić bojówki, albo wojsko przeciwnej strony. Bez procesu i wyroku pozbawić ich życia. Uciekali głównie do Skandynawii, która zdecydowała się im pomóc. To były lata 90., a już potrafiliśmy okazać tak wiele gotowości do pomocy. Bardzo wielu cudzoziemców puszczaliśmy przez Polskę bez dokumentów, których zwyczajnie nie mieli, bo ich kraj przestał istnieć. Wystarczyło nam potwierdzenie, że jeśli znajdą się na promie do Skandynawii, to Szwecja bądź Dania po prostu ich przyjmie. Zakładaliśmy wtedy, co obserwujemy, i dziś, że cudzoziemcy traktują Polskę jak miejsce, w którym chcą przestać się bać, poczuć bezpieczniej, a ostatecznie ich celem jest dotrzeć do swoich, gdzieś w Europie, gdzie będą się czuli pewniej.
W Polsce od zawsze mamy przekonanie i szacunek dla podstawowych wartości. Uważam, że stać nas na to, aby jako państwo, które jest krótko w UE, ale ma na swoich barkach ogromną odpowiedzialność, pokazać i okazać humanitaryzm.
– Powinniśmy być gotowi na kryzys migracyjny rozmiarami podobny do tego z 2015 r.?
– Trudno będzie zdestabilizować UE, jeśli wspólnie wypracujemy skuteczniejsze i przez wszystkich stosowane procedury oceniania wniosków uchodźców i migrantów, przepracujemy pomysł na to, gdzie i czy ich relokować. Tym samym druga strona, nie uzyska tego, na czym jej zależy czyli: destabilizacji i pokazywania „co ta UE jest warta”. Białoruska propaganda mówi: „Wcale nie jest tak, że Europa na was czeka. Jeśli będziecie potrzebni, to was zaprosi, a jeżeli nie, to was wypchnie”.
– Gdyby jednak sytuacja nas przerosła, mamy prawo prosić o pomoc w relokacji uchodźców. Kilka lat temu Polska odmówiła.
– Jestem zwolennikiem, by nikogo do tego nie zmuszać i myślę, że w 2015 r. kryzys od tego się zaczął. Państwa, które nie miały tego typu doświadczeń, uznały to za dzielenie się zagrożeniem, z którym ktoś sobie nie radzi. Dziś w Polsce nie mamy takiej skali, ale mechanizm jest dokładnie ten sam. Jeśli wykorzystamy rozwiązania, które są już wypracowane, to w ramach kompromisu zbudujemy przekonanie, że możemy wspólnie pozyskać potrzebne środki i uzgodnić miejsca dla tych ludzi. UE to ogromny obszar. Potrzeby demograficzne mają wszystkie kraje, potrzeby rozwojowe niektórych są nieuniknione. Warto się nad tym zastanowić. Jesteśmy państwem, które przyjęło wielu np. z Ukrainy. Wydaje mi się, że obecnie nie ma gałęzi gospodarczej, w której nie mielibyśmy cudzoziemców, zaczynamy to w sobie oswajać. A przestępczość wśród nich? Sprawdziłem u kolegów z policji – przestępczość nie zbliża się nawet do promila w stosunku do ogólnej liczby.
– To najczęściej wykształceni ludzie, wyprzedający całe majątki, żeby zmienić swoje życie…
– Ktoś, kto pokonał tyle kilometrów w stresie, zagrożeniu, opłacaniu się, w momencie, kiedy nie będzie musiał już się bać, bardzo szybko znajdzie zajęcie, uporządkuje własne sprawy. Nie będzie czekał, żeby mu dać, bo te środki są stosunkowo niskie i oni tego nie oczekują. W większości to wyedukowani ludzie, świadomi, że mają możliwości rozwoju. Ja patrzę na to, jak na szansę. Jeżeli przyjeżdża do nas ktoś, kto jest wykształcony albo młody, chce budować tu życie, powinniśmy się dobrze zastanowić czy od razu go skreślić, bo wychował się i uczył gdzieś indziej, czy może wykorzystać potencjał, z którym przyjechał.
– Na koniec muszę zapytać o obraz pograniczników. Czy autorytet, którym się cieszyli zostanie nadszarpnięty?
– Myślę, że o wszystkim zdecydują najbliższe miesiące. Wtedy okaże się, czy presja Białorusi będzie podtrzymywana, a jedynym miejscem, o którym będziemy mówić, będzie teren objęty stanem wyjątkowym. W formacji bardzo dużo uwagi skupiliśmy na tym, by w pionie zajmującym się sprawami cudzoziemskimi znaleźli się ludzie, którzy dobrze się poruszają w prawie międzynarodowym. Ponadto szkolenie funkcjonariuszy zaczyna się od tego, żeby najpierw byli w stanie udzielić pierwszej pomocy. Potem rozpoczyna się pozostała część, taka jak wyjaśnienia, ewentualne zatrzymania, bo życie ludzkie jest najważniejsze.
Jestem i pozostanę funkcjonariuszem Straży Granicznej, bo spędziłem w niej całe swoje służbowe życie. Nie znam szczegółów i wielu wydarzeń polsko-białoruskiego pogranicza. Widzę tyle, co wszyscy. Wiem jednak, że kiedy koledzy realizują swoje zadania na innych odcinkach granic, robią to z pełnym zaangażowaniem, jednocześnie funkcjonariusze służb na granicy z Białorusią są pod ogromną presją.
Z jednej strony chcieliby jak najlepiej, zgodnie ze złożonym ślubowaniem wykonać powierzone zadania. Z drugiej – będąc lepiej przygotowani, wyposażeni i uzbrojeni – podejmują czynności nie w stosunku do przestępców, ale do osób, które nimi nie są i nie mają żadnych szans ze służbami. A zamiast opresji oczekują pomocy.
– Zastanawia się Pan, co by zrobił gdyby dziś był szefem lub znalazł się na miejscu szeregowych pograniczników?
– Mam ogromny szacunek dla wszystkich funkcjonariuszy i żołnierzy, że każdego dnia – mogąc zderzyć się z sytuacją, która odbiega od tego, czego ich uczono, albo do czego byli przygotowywani, starają się działać – tak w interesie bezpieczeństwa Polski, jak i Unii. Nie jest im łatwo. Jako były funkcjonariusz wiem, że czasem człowiek robi coś, czego by nie zrobił, gdyby nie był w mundurze.
Rozmawiała Wioletta Kruk
Gen. dyw. SG (rez.) Dominik Tracz – Komendant Główny Straży Granicznej 2012-2015, związany z formacją od chwili jej powołania. Absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych i politologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Uczestniczył w licznych kursach i stażach międzynarodowych m.in.: w Niemczech, Francji, USA I na Ukrainie. Przeszedł wszystkie szczeble hierarchii kariery zawodowej w Straży Granicznej od stanowisk wykonawczych poprzez kierownika zmiany, kierownika grupy, zastępcy komendanta Granicznej Placówki Kontrolnej SG, naczelnika wydziału, komendanta oddziału aż do stanowiska Komendanta Głównego Straży Granicznej. Pełnił służbę w trzech Oddziałach SG: Łużyckim, Lubuskim i Bieszczadzkim. Uczestniczył w pracach zespołów przygotowujących strategię przeobrażeń, jakie dokonywały się w SG w wyniku przystąpienia Polski do Unii Europejskiej 2004, a następnie do Układu z Schengen 2007. Wprowadził szereg nowatorskich rozwiązań, mających na celu usprawnienie kontroli granicznej, oraz ustawowe przypisanie Straży Granicznej nowych zadań. Obecnie wykładowca WSPiA Rzeszowskiej Szkoły Wyższej w Rzeszowie.



12 Responses to "Stać nas na humanitaryzm"