Stanowisko za trzy procent

Jan Bury, podkarpacki baron i szef klubu parlamentarnego PSL, wystąpił do wszystkich, o których jest mowa w uchwale z 2003 r., o jednorazowe wsparcie funduszu wyborczego PSL kwotą 1 tys. zł. Wszystkie osoby z nadania tej partii, które pytaliśmy o wpłaty, deklarują, że już dawno to uczyniły. Fot. Wit Hadło
Jan Bury, podkarpacki baron i szef klubu parlamentarnego PSL, wystąpił do wszystkich, o których jest mowa w uchwale z 2003 r., o jednorazowe wsparcie funduszu wyborczego PSL kwotą 1 tys. zł. Wszystkie osoby z nadania tej partii, które pytaliśmy o wpłaty, deklarują, że już dawno to uczyniły. Fot. Wit Hadło

Polskie Stronnictwo Ludowe nałożyło na wszystkich, którzy coś partii zawdzięczają, obowiązek oddawania małej części z tego, co dostają.

Media ogólnopolskie odgrzebały starą uchwałę Rady Naczelnej PSL o darowiznach od osób rekomendowanych przez partię ludową na różnorakie stanowiska. Dokument pochodzi z 2003 r i nakłada na wszystkich ludowców i nieludowców, acz z ramienia partii, obowiązek oddawania trzech procent od poborów i diet. „Gazeta Wyborcza” nazwała to haraczem. Słowo mocne, ale nikogo w Stronnictwie nie obraziło. Dlaczego? Bo taki haracz ściągają wszystkie partie i większość komitetów wyborczych.

Dwa miliony dodatkowej kasy
Równo 11 lat temu RN Polskiego Stronnictwa Ludowego nałożyła na wszystkich, którzy coś partii zawdzięczają, obowiązek oddawania małej części z tego, co dostają. To nie była nowa uchwała, bo wcześniej już takie dokumenty były. Ta jednak szczegółowo reguluje płatności, dokładnie wyliczając, kto i za co ma płacić. Płacić muszą więc wszyscy wybrańcy społeczni, którzy do wyborów podchodzili z zieloną koniczynką w tle. Trzy procent z diet płaci więc radny gminny, powiatowy i wojewódzki, poseł i europoseł. Płacą wójtowie, starostowie, marszałkowie i ministrowie. Obowiązek ten spoczywa również na członkach zarządów i rad nadzorczych spółek państwowych, do których kogoś PSL wstawiło. Kto nie zapłaci, dostaje upomnienie i przypomnienie, że partia może wycofać mu poparcie, a to może oznaczać utratę stanowiska. Upomnienia takie są podobno bardzo skuteczne, a jak podał Krzysztof Kosiński, rzecznik PSL, w ubiegłym roku z tego tytułu darowizn Stronnictwo dostało blisko 2 mln. zł. To dziesięć razy więcej niż ze składek członkowskich.

– Każda partia musi z czegoś żyć – mówi Janusz Nawrocki, członek PSL i szef samorządu powiatowego w Nisku. – U nas przynajmniej zostało to elegancko i przejrzyście zorganizowane. Nie znam nikogo, kto by nie zapłacił. Organizacja różnych imprez w terenie kosztuje. Bywało już i tak, że niektórzy z naszych członków własne gospodarstwa zastawiali. Ja płacę dużo więcej niż uchwalone trzy procent. Gdyby władze Stronnictwa uznały, że trzeba płacić więcej, na pewno bym płacił.

Stary dług doskwiera
Nawrocki nie podał, ile odprowadza na konto NKW PSL, bo „składki to tajemnica wynikająca z bojaźni przed żoną”. Jak inni wyciąga swoją partię z tarapatów finansowych, w jakie wpakowała ją fatalna kampania wyborcza z 2001 roku? Państwowa Komisja Wyborcza zakwestionowała ówczesne rozliczenie finansowe kampanii PSL i po bardzo długich odwołaniach Stronnictwo zostało zobowiązane do oddania przeszło 21 mln zł. Ludowcy musieli zacisnąć pasa i chcąc być dalej języczkiem u wagi kolejnych parlamentów, muszą się jakoś utrzymywać na finansowej powierzchni. Ci z partyjnych dołów płacą na struktury powiatowe i wojewódzkie. Ministrowie i członkowie zarządów państwowych spółek gospodarczych wspierają głownie centralę. To jednak mało. Jan Bury, podkarpacki baron i szef klubu parlamentarnego PSL, wystąpił do wszystkich, o których jest mowa w uchwale z 2003 r., o jednorazowe wsparcie funduszu wyborczego PSL kwotą 1 tys. zł. Wszystkie osoby z nadania tej partii, które pytaliśmy o wpłaty, deklarują, że już dawno to uczyniły. Nie zrobił tego naczelnik starostwa pewnego powiatu na Podkarpaciu.

– Bo ja się dopiero do Stronnictwa zapisałem – mówił nam w zaufaniu. – Nawet nie mam jeszcze legitymacji i pewnie nikt o mnie nie wie. Płacić będę, choć nie jestem przekonany, czy wszystko jest tu zgodne z prawem.

Inni też płacą, tylko po cichu
Gdyby coś było niezgodne, komornik już dawno zaglądałby do kasy PSL. Wpłaty są dobrowolnymi darowiznami, a takiej nikomu nie można zabronić. Można się tylko zatrzymać nad etyczną stroną uchwały RN PSL z 2003 roku. Urzędnik, który ulega finansowym naciskom, nie jest niezależny. Stawia też interes partii nad interesem urzędu. To nic innego, jak psucie służby cywilnej, która w potężnych bólach się rodzi. Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego, w rozmowie z „GW” mówi wprost, że jest to sankcjonowanie patologii i osłabianie instytucji państwowych czy samorządowych. Mecenas Aleksander Bentkowski byłby ostrożny z takimi opiniami. W 2003 r. był we władzach partii ludowej, gdy słynna dziś uchwała była przyjmowana.

– Uważałem wtedy i zdania do dziś nie zmieniłem, że lepsza jest taka jawność w składkach partyjnych niż zakamuflowane opłaty, jak to jest w innych partiach – mówi były minister sprawiedliwości. – Proszę sprawdzić, a przekona się pan, że niektórzy działacze innych partii płacą np. 1,5 tys. zł tzw. składki członkowskiej. Wprowadziliśmy dyscyplinę finansową i nie potrzebujemy ratować się cichymi zbiórkami.

Miliony z naszych kieszeni
Uchwała o darowiznach w PSL jest zgodna z Ustawą o partiach politycznych. Mówi ona m.in., że jeden darczyńca może przekazać w ciągu roku na cele partyjne nie więcej niż 15 najniższych pensji. Raczej żaden z donatorów nie był tak łaskawy dla partii, by zapłacić więcej niż 25 tys. zł, a to znaczy, że Państwowa Komisja Wyborcza nie ma się do czego przyczepić.

Ustawa o partiach jest u nas bardzo kontrowersyjna. Głównie ze względu na wysokość dotacji państwowych, które w zamyśle ustawodawców miały uniezależnić partie od nacisków zewnętrznych. Nie ma kampanii wyborczej, w której jakaś partia nie zapowiadałaby zmiany warunków finansowania partii politycznych. Gdy wejdzie do parlamentu, zmienia zdanie i tak jest do dziś. Wysokość państwowych subwencji, czyli podatków wyjmowanych z naszych kieszeni, uzależniona jest od wyniku wyborczego, a otrzymują je partie, które zdobyły w wyborach więcej niż 3 procent głosów. W poprzedniej kadencji wszystkie partie sejmowe dostały w ramach subwencji na działalność statutową aż 466 mln zł. Byłoby więcej, ale od 2011 r. wysokość subwencji została obcięta o połowę. W 2012 r. dwie największe nasze partie dostały prawie po równo. Platforma Obywatelska 47,6 mln zł, a Prawo i Sprawiedliwość o 400 tys. zł mniej. Dla PSL była to kwota 11,9 ml zł, SLD dostał 11,3 mln. zł, a Ruch Palikota 7,3 mln zł. Do tego zwracane są wydatki na kampanię wyborczą. Da przykładu za ostatnią parlamentarną PiS i PO dostały po ok. 30 mln zł. PSL relatywnie mniej, a że ma stare długi, musiało zdyscyplinować szeregi. Zrobiło to siermiężnie w stylu „Samoobrony”, więc mu się zbiera za haracze w majestacie prawa.

Jerzy Mielniczuk

12 Responses to "Stanowisko za trzy procent"

Leave a Reply

Your email address will not be published.