Stary Fred

Tekst pochodzi z książki Jana Miszczaka „Wpadki i wypadki”, która stanowi wybór felietonów „Zza kratek”, opublikowanych w latach 1969 – 1978. Pozycja ukazła się w 1980 r. nakładem Naczelnej Redakcji Wydawnictw Pozaprasowych.

Alfred B. to był świetny, jednoosobowy punkt usług różnych, połączony z przedwojennym sklepem kolonialnym. U Freda można było kupić, sprzedać, pożyczyć, zastawić, a nawet zasięgnąć porady.
W swym nieuczciwym w gruncie rzeczy fachu był on rzetelny i pewny.
Otóż Alfred B. zajmował się m.in. sprzedażą i skupem dewiz. Jeśli na przykład w Narodowym Banku Polskim nie przydzielano już forintów – on przydzielał, z tym tylko, że u niego kurs był znacznie wyższy. Jeśli ktoś, dajmy na to, wyjeżdżał za granicę i potrzebował 20 peruk na handel lub sto metrów tzw. krysztaliku – u Freda mógł się swobodnie zaopatrzyć. Gdy jacyś faceci zrobili skok i chcieli ukryć łupy – Alfred ukrywał je za niewielką opłatą. Można tu wyliczać wiele najrozmaitszych świadczeń, które życzliwy dla przestępczego światka Fred wykonywał szybko, zgrabnie i bezbłędnie…
Sam natomiast nigdy nie pchał się do bezpośredniej roboty, czyli osobiście nie kradł, nie przemycał, nie napadał itp., zajmując się wyłącznie wspomaganiem kandydatów do kryminału. Na plus też zapisać mu trzeba, że nigdy nikogo nie wsypał, a ryzyko wynikające z zawodu brał na siebie. Jeśli nawet – jak raz się zdarzyło – milicja znalazła u niego rzeczy pochodzące z kradzieży, umiał się z tego wyplątać i zwrócił później poszkodowanym, tj. złodziejom, równowartość zajętego przez organa ścigania mienia. Działał więc jakby na zasadzie banku szwajcarskiego; gdy decydował się wziąć coś na przechowanie, brał za to pełną odpowiedzialność.
Alfred B. miał własną klientelę. Poratować u niego mógł się tylko dobry fachowiec, rutyniarz i człowiek poważnie traktujący swój niecny zawód. Sprzyjał też młodzieży przestępczej, pod warunkiem jednak, że takiego młodego zbira rekomendował zbir doświadczony i znany osobiście Fredowi.
– Namnożyło się teraz mnóstwo gówniarzy – mawiał Fred – bez polotu, ambicji i techniki, którzy chcą tanim kosztem żyć w dostatku. Takich należy tępić, a nie przyprowadzać ich do mnie, bo wyrzucę na zbity łeb!
Alfred B. raz jednak miał chwilę słabości i dzięki temu czytamy teraz o nim.
Zjawił się u niego Bolesław G., lat 20, i rzekł, że przychodzi z polecenia znanego w tych sferach Władysława K.
– Mam trochę towaru do przechowania – powiedział.
– Skąd ten towar? – zapytał Fred, choć nie miał zwyczaju wtrącać się w cudze sprawy. Tym razem jednak klient nie podobał mu się wyjątkowo.’Robił wrażenie faceta, który okrada staruszki wracające z nieszporów, a takich Fred nie lubił. Jednakże znał dobrze Władysława K. i wiedział, że ten nie przysłałby mu „tandety”. Zdecydował więc:
– Przynoś ten towar.
Bolesław G. wyszedł i po chwili wrócił, niosąc kilka przedmiotów. Alfred B. rzucił tylko okiem i od razu stwierdził:
– Prywatne mieszkanie…
– Skąd pan wie? – zdziwił się młodzieniec.
– Rzeczywiście zrobiliśmy p r y w a t k ę (co oznaczało, że obrabowali mieszkanie).
Fred nie zwrócił uwagi na zdziwienie Bolesława G. i zapytał go tylko, na jak długo zamierza to zostawić.
– Trudno wyczuć – odparł „salonowiec”, czyli złodziejaszek od okradania mieszkań.
– T r u d n o to może być milicji wykryć sprawę, ale ty, gówniarzu, masz wiedzieć, co robisz!
Bolesław G. zawrzał gniewem, ale uspokoił się szybko, widząc karcące spojrzenie „profesora” i powiedział, że prosi o przechowanie towaru – powiedzmy – przez dwa tygodnie.
Fred zainteresował się jeszcze, czy przy okazji skoku nie polała się krew przypadkiem, bo nie lubił mokrej roboty, a kiedy upewnił się, że wszystko poszło gładko, przyjął zrabowane przedmioty do depozytu.
W kilka dni potem przyszedł do niego jakiś inny młodzieniec i już od progu skoczył z gębą:
– Ty judaszu! – krzyknął.
– Sypnąłeś Bolka! Wczoraj wzięła go milicja, z którą ty, stary dziadu, pewnie współpracujesz!
Nie z Alfredem B. można było pozwalać sobie na takie numery. Choć przestrzegał on zasad pracy cichej i bezszelestnej,- tym razem nie wytrzymał nerwowo i natychmiast skopał „gówniarza” ze schodów. Ten narobił wrzasku, przyjechała milicja i wtedy ten szczawik ze szczegółami wszystko wyszczekał.
Stary Fred spokojnie wysłuchał tych w pośpiechu złożonych zeznań, a następnie zwrócił się do funkcjonariuszy:
– Idziemy na górę. Wszystko pokażę i opowiem. Widocznie stary już jestem, bo zawiodła mnie intuicja, chociaż muszę powiedzieć, że ten Bolesław G. nie podobał mi się od pierwszego wejrzenia.
Alfred B. nie musiał nawet dokładnie wyjaśniać, na czym polegała jego robota. Bolesław G. opowiedział wszystko ze szczegółami, wspomniał też o Władysławie K. i w ten sposób, po nitce do kłębka, odtworzono całą, długoletnią działalność starego Freda, którego raz tylko zawiodła zawodowa intuicja…

Jan Miszczak

2 Responses to "Stary Fred"

Leave a Reply

Your email address will not be published.